Aż tak zły?: Han Solo. Gwiezdne wojny — historie

Od dwudziestu lat z okładem każda informacja o nowych “Gwiezdnych Wojnach” wywoływała u mnie przyśpieszony oddech i palpitacje serca. Fotosy z planu, szkice koncepcyjne, teasery, trailery – wszystko. Kiedy Lucasfilm przejął Disney wydawało się, że nastały złote czasy dla fanów tego uniwersum: nowa trylogia, prequele, filmy dedykowane bohaterom – żyć nie umierać. Azali, jakby to powiedział Tadeusz Sznuk – “otóż nie”…

Solo: A Star Wars Story

USA, 2018

reż. Ron Howard, scen. Jonathan Kasdan, Lawrence Kasdan

wyk. Alden Ehrenreich, Woody Harrelson, Emilia Clarke

[Poniższa recenzja powstała trochę postfactum w ramach kategorii “Mili goście”. Kolega Olek dał upust swojemu rozczarowaniu na pewnym medium społecznościowym, a my postanowiliśmy za pomocą naszego bloga podać ją dalej w świat. Współautor — zaznaczmy — nie podziela aż takiej frustracji. Fakt, czuć skok na kasę, promocji prawie w ogóle nie było, a Alden Ehrenreich — choć się stara — to niewiele z tego wychodzi. Niemniej jest to niezłe kino przygodowe, z puszczaniem oczka do widza. L3 jako wyemancypowana antykapitalistka jest ciekawym wątkiem, a pojawienie się pewnego Sitha wynagradza wszystko.

Jest to jednak niewątpliwie najsłabszy film w świecie gwiezdowojennej sagi za czasów Disney’a. Źródeł tego należy szukać w poniższych narzekaniach. Zgadzacie się? Proszę komentować!]

Bez oczekiwań

Przejście na tryb jednego filmu rocznie uwaliło tego ducha oczekiwania. O ile przy “Przebudzeniu Mocy” z wywieszonym jęzorem czekałem na premierę, tak teraz o premierze najnowszego spin-offa dowiedziałem się przypadkiem od kolegi w biurze (“ty, dzisiaj ‘Han Solo’ wchodzi”). Wiedziałem, że robią film o Hanie Solo, ale nie jarałem się nic a nic. Coś tam do mnie docierało, że kłopoty na planie, zmiana reżysera, że aktorzy źle dobrani, ale generalnie zero emocji. Podobnie miałem przy “Ostatnim Jedi”, ale film wynagrodził mi to z nawiązką, bo bawiłem się doskonale, (chociaż zaniepokoiła mnie lekka marvelizacja widowiska – ale do tego wrócimy). No ale w końcu to “Gwiezdne Wojny”, więc wziąłem i poszłem na tego “Solo”, tym bardziej, że opinie czytałem skrajne i zwyczajowo musiałem wyrobić sobie własną.

[EDIT: Będą lajtowe spojlery, ale nic nie tracicie]

I powiem Wam, że gdzieś w połowie przestało mi zależeć. Tak po prostu. W sumie to czekałem, aż się skończy i będę mógł wrócić do domu. To zadziwiające, bo teoretycznie film w widowiskowy sposób pokazywał wszystkie kanoniczne wydarzenia z życia Hana Solo (Alden Ehrenreich, znany z m. in. “Blue Jasmine”, czy “Ave Cezar!”: jak poznał Chewbaccę, jak zdobył swój ikoniczny blaster, jak wygrał “Sokoła Millenium” od Lando, kostki zawieszone w kabinie pilotów, w końcu heroiczną podróż na Kessel w 12 parseków, dyskutowaną od 30 lat za każdym razem kiedy zbierze się dwóch nerdów – w skrócie, wszystkie rzeczy, które u prawdziwych fanów SW powinny wywołać emocje zbliżone do niezapowiedzianej wizyty Mii Khalify o 3 nad ranem.

Tylko że nie wywoływały.

Bez Hana Solo

To miał być film o Hanie Solo, a nie był. Wiadomo, Harrison Ford jest tylko jeden, ale młodzian, który wskoczył w jego buty NIE JEST Hanem Solo. Jest miły, sympatyczny, widać, że się stara, ale nie kradnie scen jednym uśmiechem, nie podbija serc jednym spojrzeniem, nie potrafi tak ostentacyjnie łgać w żywe oczy.

Woody Harrelson (ostatnio m. in. szeryf z “Trzy Bilboardy za Ebbing, Missouri”) zjada go charyzmą do spółki z Emilią Clarke a.k.a. Khaleesi, z której po prostu bije autorytet i pewność siebie (Chewbacca też na propsie). No fajny chłopak, ale do łobuza mu daleko. Tak samo Lando – no fajny ściemniacz i bawidamek, jednak w ogólnym rozrachunku to ‘meh‘, murzyn w pelerynie i tyle. W takim przypadku rewanżowa partyjka sabaka, podczas której Han wygrał “Sokoła”, zamiast spinać opowieść magiczną klamrą, również wywołuje u mnie emocje typu ‘meh‘.

No heloł?

Zawsze może być gorzej: sześcioręki ziomeczek z początku filmu, w założeniu (chyba) comic relief, był zabawny jak Jar-Jar Binks i poczułem ulgę po jego śmierci (a powinienem się chyba przejąć?), westworldowa Maeve ze swoim wyniosłym spojrzeniem pokrzywdzonej nubijskiej księżniczki na szczęście szybko zniknęła z ekranu, nie wspominając już o L3 – najgorszym droidzie w historii “Star Warsów”, którego dialogi pisał chyba ktoś przyjęty w poczet scenarzystów na zasadzie parytetu, z poczuciem humory drewnianym jak pszczyński skansen.

Naprawdę, K-2SO z “Łotra Jeden” zjada L3 i resztę tego towarzystwa swoją blaszaną dupą. W całym filmie szczerze zaśmiałem się raz. No, może dwa. W filmie o Hanie, ku*wa, “rzucę-jeszcze-jakimś-zabawnym-bon-motem-a-potem-ją-pocałuję” Solo.

Znowu Marvel

W ogóle fabularnie wyglądało to tak, jakby Disney wysłał producentom spis treści, co musi się w nim znaleźć i scenarzyści odhaczali po kolei sceny, zmieniając jedynie dekoracje – dokładnie tak samo jak w Marvelach, które de-facto różnią się od siebie jedynie imionami superbohaterów w tytule. Pościg? Jest. Zdrada? Jest. Jakieś krótkie back-story, żeby wyjaśnić coś-tam coś-tam? Jest. Moment kulminacyjny o gargantuicznej skali, potworem z mackami i obowiązkowym odliczaniem? Jest. Jeszcze jedna (siurprajz!) zdrada? Checked.

I to jest największy problem, o którym wspomniałem na początku: marvelizacja widowiska. Zestaw wytycznych, grzecznie przetwarzanych na celuloid przez sprawdzonych wyrobników. Tym bardziej się człowiekowi robi żal zmarnowanego potencjału: co by było, gdyby Disney nie odsunął od produkcji pierwotnych reżyserów, odpowiedzialnych m.in. za “LEGO Przygodę”, imho jeden z najzabawniejszych filmów wszech czasów, szalona jazda bez trzymanki po gatunkach z absolutnym szacunkiem do materiału źródłowego. Ale by to był zajebisty film! A tak mamy kolejny, bezpieczny odcinek gwiezdno-wojennego serialu.

Disneyowi się udało. Zarżnął moją bezwarunkową miłość do “Star Warsów”. Od teraz będę czytał recenzje czy warto iść – przedtem coś nie do pomyślenia. Poczekajcie aż będzie na Canal Plusie, można zobaczyć do odkurzania.

P. S. Kompletnie zapomniałem o gościnnym występie pewnego Sitha. Niech to świadczy o stopniu emocjonalnego zaangażowania w stworzenie powyższego posta.

 

 

Jedna myśl nt. „Aż tak zły?: Han Solo. Gwiezdne wojny — historie

  1. Długo wytrzymałeś.
    Jestem trochę wiekowy i na powrocie Jedi byłem mając jedenaście lat.
    Dlatego mnie zabił pierwszy film zrobiony przez Disneya… Przebudzenie mocy.
    Choć pierwsze historia by rewelacyjna!
    Łotr 1 świetny żałowałem że nie byłem w kinie.
    A później było już tylko dno..
    Ostatni Jedi… Ostateczna porażka… Szkoda opisywać.

    Han Solo.
    Zwiastun też mi do końca nie przypadł do gustu po tej recenzji nic mi nie pozostaje.
    Na ten film też nie pójdę szkoda mojego życia na gnioty Disneya…
    Poczekam na emisję w telewizji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *