ZIMNA WOJNA — czyli DOBRY film ze ZŁYM melodramatem

Dalej nie wiem, co myśleć o tym filmie. Seans skończył się 20:45, a z Towarzyszem Seansu i Życia rozmawialiśmy o nim nieprzerwanie do co najmniej 22:50. Z jednej strony zobaczyliśmy film piękny, z cudowną muzyką, o bardzo ciekawych czasach, fantastycznie zagrany, z dwoma doskonałymi postaciami drugoplanowymi (rola życia Szyca, który urodził się by grać aparatczyka oraz zdecydowanie za mało cudownie wściekłej Kuleszy). Było w nim kilka scen, które — tu nie przesadzam — było najpiękniejszymi, jakie widziałam w kinie. A jednak coś jest nie tak…

Zimna Wojna

Polska, Francja, Wielka Brytania 2018

reż. Paweł Pawlikowski, scen. tenże oraz Janusz Głowacki i Piotr Borkowski

wyk. Tomasz Kot, Joanna Kulig, Agata Kulesza, Borys Szyc

 

Zaczyna się fantastycznie. Polska, 1949 rok. Wiktor (Kot) z Kuleszą (dopiero teraz doczytałam, że jej postać nazywa się Irena) jeżdżą po polskich wsiach i nagrywają ludową muzykę. Następnie zakładają zespół pieśni i tańca „Mazurek” (takie „Mazowsze”). Zbierają zespół, z którym w rozpadającym się pałacyku ćwiczą pieśni i taniec. W zespole jest Zula (Kulig). Najciekawszym elementem jest pokazanie rozwoju muzyki ludowej, która spod strzech trafia — wygładzona — do filharmonii, po czym za naciskiem władzy ludowej dopisuje się pieśni pochwalne ku czci Stalina i reformy rolnej, a przy tym awans Kaczmarka Lecha (doskonały Szyc), od kierowcy, po „dyrektora administracyjnego” zespołu, po partyjną szychę. Cały czas towarzyszy nam jedna piosenka — od śpiewającej ją małej dziewczynki w chłopskiej chacie, po dziewczęta na próbach, po liczne występy, po jazzowe aranżacje i francuskie (luźne) tłumaczenie.

Szyc nie tylko świetnie gra, ale i świetnie łysieje.

Problem w tym, że to nie jest film o ewolucji muzyki ludowej w powojennej Polsce. To historia miłosna pomiędzy pianistą/dyrygentem Wiktorem a tancerką Zulą, którą obserwujemy w krótkich migawkach skacząc od sceny do sceny co kilka lat, widząc jak się schodzą i rozstają. „Nie mogą żyć bez siebie, nie mogą żyć z sobą” — tak reklamuje się ten film i to powinno mnie odstraszyć. Ta melodramatyczna klisza, kiedy dwie nieznoszące się osoby po trupach dążą do bycia razem a potem i tak są smutni i się krzywdzą to coś, czego nie znoszę, poczynając od „Przeminęło z Wiatrem” (gdzie przynajmniej się iskrzy). Trawię ją tylko wtedy, kiedy bohaterowie są sami w sobie interesujący i kiedy widać, dlaczego oni właściwie się kochają. Tutaj niestety tak nie jest. Wiktor jest melancholijnym ciaptakiem, a po wątku „budowania zespołu” Zula powoli traci charakter. Poza tym trudno uwierzyć co ich łączy. A zwłaszcza w dzisiejszych czasach romans pomiędzy dużo starszym przełożonym (niby Kot jest tylko pięć lat starszy od Kulig, ale on w całym filmie jest już niewątpliwie dojrzałym facetem, a ona od początku gra bardzo młodą dziewczynę) a podopieczną/uczennicą która w sumie ma dużo do stracenia jest dość podejrzany, zwłaszcza, że Wiktor używa przemocy fizycznej wobec Zuli. A rozterki w stylu „Kochamy się! Nienawidzimy się! Co począć? Ale po co rozmawiać o ważnych sprawach, kiedy można uciec?” są już trochę… stare.

Nie jest to bynajmniej wina aktorów, a scenariusza. I Kot, i zwłaszcza Kulig grają cudownie i wyciągają co się da z w sumie płaskich postaci. Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak Joanna Kulig potrafi pokazać burzę emocji nie przestając tańcowania na scenie (część Jugosłowiańska).

Dużą częścią tego filmu jest emigracja. Problem w tym, że… bohaterom się trochę zbyt dobrze na niej powodzi. Wiktor jest z dala od domu, ale gra w popularnym klubie i nagrywa muzykę do filmów — nieźle, jak na muzyka. Zula nie musi szukać pracy poza zawodem, sprzątać, czy sprzedawać w sklepie, tylko nagrywa solową płytę. Może ich rozterki bardziej trafiałyby do widza, gdyby na przykład okazało się, że w Paryżu nie mogą się odnaleźć również zawodowo, że uciekli, ale nie wiedzą, co dalej. Tak samo trochę żałuję, że nic nie ma o paryskiej Polonii czy w ogóle o światku emigracyjnym tamtych czasów. Bohaterowie nie zadają się z rodakami (których przecież, również wśród artystów było w Paryżu dużo), tylko z niezwykle stereotypowym „artystycznym towarzystwem” jazzujących francuzów, które już widzieliśmy nie raz, nie dwa razy. Jedynymi poznanymi przez nas francuzami są chodzące (czy leżące) klisze: podstarzały bon-vivant w czarnym golfie oraz uwodzicielska (też podstarzała) poetessa. Znacznie chętniej obejrzałabym film o aparatczyku Kaczmarku Lechu, który okazuje się najbardziej trójwymiarową postacią albo o bohaterce Kuleszy, która w pierwszej połowie jest cudownie wściekła a potem znika (umówmy się, więcej Kuleszy nigdy nikomu nie zaszkodziło).

Problem jest taki, że widać, jak bardzo „Zimna Wojna” była robiona pod festiwale. Jest śliczna, ale próbuje być zbyt uniwersalna, odnosiliśmy wrażenie, że niektóre dialogi były pisane tak, ażeby je było łatwiej przełożyć. Pawlikowskiemu najlepiej wychodzą „Polskie smaczki”: muzyka ludowa, powojenna nowomowa, cudowny gość w ambasadzie, staruszka obierająca jajko na twardo w pociągu, „Bajobongo” w Operze Leśnej (ciekawostka: do wczoraj myślałam, że tak cudownie durny tekst i melodia to musiał być wymysł mojego ojca, który uwielbiał to śpiewać o poranku). Nie będę się czepiać drobiazgów historycznych (czy za Gomułki były obozy pracy w Polsce?). Widać jednak, że zależało mu na tym, by był to film jak najbardziej uniwersalny… i to właśnie błąd, bo wyszła historia zbyt uniwersalna, zbyt rozpoznawalna, zbyt kliszowa.

Więcej Kuleszy! Więcej Kuleszy!

Nie zmienia to jednak faktu, że „Zimną Wojnę” się dobrze ogląda. Jest fenomenalnie zagrana, cudownie nakręcona, ma doskonałe tło — tyle że to tło jest znacznie ciekawsze niż boleśnie melodramatyczny wątek główny. Jest równie piękny, jeśli nie piękniejszy, co Ida, lecz Ida równiejsza.

Ryba

Ja tak sobie narzekam, ale charakteryzacja jest fantastyczna. Upływ czasu fantastycznie widać po zmianie wyglądu Zuli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *