DOBRY film o DOBRYCH psach i meandrach przekładu: Wyspa psów

Z: thefilmexperiance.net

Oczywiście, że czekałam na ten film — jak na każdy tego reżysera. Tym razem powodów do radości i ciekawości jest więcej: mamy animację poklatkową (jak w Fantastycznym Panu Lisie), której akcja umiejscowiona jest w Japonii, w niedalekiej przyszłości. Ponadto jest to film  dwujęzyczny. Moje tłumacko-przekładoznawcze serduszko rosło już od samego początku, gdzie widza uprzedza się o „strategii językowej” twórców: szczekanie przetłumaczono na angielski, japońscy bohaterowie mówią po japońsku, ich wypowiedzi są (czasem) tłumaczone przez postaci (wśród nich mamy też tłumaczy ustnych, często dodających co nieco od siebie) lub paski z tłumaczeniem, lub translatory. W Japonii oraz w innych krajach, gdzie przekład jest naturalnym elementem odbierania kultury zostało to przyjęte z entuzjazmem jako element głębszego przesłania filmu. Natomiast w Stanach Zjednoczonych wywołało to  burzę, przeciekawą dyskusję i oskarżenia o „apropriację kulturową”, co — jak zauważają nieamerykańscy krytycy krytyków — dużo mówi o anglo(ameryko)centryzmie amerykańskiego odbiorcy i jego zagubienia w świetle nierozumianego. Tymczasem ta zabawa niejasnością i brakiem (po/z)rozumienia doskonale wpisuje się w tą opowieść o nierównościach, nadużywaniu władzy i próby dojścia do głosu tych zagłuszanych.  Jest to film o prawach zwierząt ale i ludzi. 

The Isle of Dogs

USA, Niemcy 2018

reż. Wes Anderson, scen. tenże oraz Roman Coppola, Jason Schwartzman, Kunichi Nomura

wyk. Bryan Cranston, Kunichi Nomura, Koyu Rankin, Greta Gerwig, Frances McDormand i cała zgraja Andersonowska

tłum. Piotr Kacprzak

 

Japonia, rok 2028. W mieście Megasaki szaleje (a raczej mówi się, że szaleje) psia grypa. Mimo zapewnień Partii Naukowców wspieranych głównie przez młodzież szkolną, że niedługo zostanie wynalezione lekarstwo, władze miejskie (opcja niezwykle anty-psia) zsyłają wszystkie psy na wyspę śmieci, gdzie zarówno psy bezpańskie, jak i dotychczas udomowione walczą o przeżycie. Widzimy oczywiście mroczne kulisy nadużywania władzy oraz trochę bezradne próby walki z nią, jednak na pierwszy plan wysuwają się dwa łączące się wątki: zamieszkującej wyspę bandy  pokiereszowanych czworonogów na której czele stoi Szef, który zastanawia się, dlaczego właściwie gryzie oraz dwunastoletniego Atariego, który przyleciał tam porwanym samolotem aby odnaleźć ukochanego psa.

Jak to u Andersona, wszystko pokazane jest w przepiękny, symetryczny i pomysłowy sposób. Tym razem odniosłam wrażenie, że dzięki połączeniu różnych technik animacji i zabawą z różnymi kanonami i klasyką japońskiego kina sama wizualna warstwa filmu jest jeszcze ciekawsza niż w poprzednich dziełach reżysera.

Jest to film zabawny i poruszający, drastyczny i śmieszny. Zaskoczyło mnie tylko, że poza naszą czwórką nikt na widowni się nie śmiał. Może była to wina późnej pory, może zasnęli. Nawet Współautor na chwilę odpłynął, choć przyczyną mogło być zjedzenie przed seansem dużej ilości pysznego gruzińskiego jedzenia. Towarzysz seansu i życia też ziewał, ale przyznał, że chwilami nużące dla Zachodniego widza przemowy mogły być odwołaniem do konwencji kina Japońskiego. Mnie zachwyciło wplatanie do fabuły i na ekran dwu(trzy?)języcznego haiku (brawo, Polski Tłumaczu!) oraz wyjaśnienie tłumaczki symultanicznej („Yyyyy… tu powiedział haiku. Przetłumaczę potem”).

Jak już zaznaczyłam we wstępie, w Stanach na temat „Wyspy psów” rozgorzała niezwykle ciekawa dyskusja, która wiele mówi o tym, jak kto ogląda filmy. Niektórzy zarzucali Andersonowi westernizowanie kultury Japońskiej. Ciekawym zarzutem było oburzanie się na brak angielskich podpisów pod niektórymi japońskimi dialogami (oraz o komentarze tłumaczy!), jakoby Anderson „traktował język niczym efekty dźwiękowe”. Na to podniosły się inne głosy (w tym Japończyków), którzy z kolei zarzucają tym krytykom amerykocentryczność. Gorąco polecam opublikowany w New Yorkerze artykuł Moeko Fujii.  Dziennika zaznacza, że zważywszy na wstydliwą historię amerykańskiego przeinaczania wizerunku kultur Azji (i, umówmy się — wielu innych) w kinie rozumie zaniepokojenie tym, że „kolejny biały reżyser reinterpretuje kulturę japońską”, jednak w tym przypadku większość zarzutów wynika z niewiedzy i niezrozumienia wielu nieczytelnych dla Zachodniego widza „mrugnięć” do kultury i realiów Kraju Kwitnącej Wiśni. Podkreśla, że tylko ktoś, kto przedkłada prawa publiczności anglojęzycznej może uznać że film ten „odczłowiecza Japończyków”. Ponadto autorka tłumaczy niekoniecznie widoczne dla niejapońskich widzów odwołania do tamtejszych legend i kultury popularnej. Mam nadzieję, że wynikiem tego będzie szersza dyskusja na temat tego, czym właściwie jest, a jaka powinna być wrażliwość kulturowa i czy jej przejawem w sztuce  rzeczywiście powinno być, jak chcieliby niektórzy, dokumentalnie wierne rzeczywistości konkretnej kultury (co oczywiście jest niemożliwe, bo nie istnieje coś takiego, jak jedna obiektywna i właściwa kultura jakiejkolwiek społeczności).

Nie mówiąc już o tym, że — wybaczcie wtręt doktorantki z Katedry Badań nad Przekładem i Komunikacją Międzykulturową — jako przedstawiciel kina Zachodniego Wes Anderson i tak nie mógł uciec od Zachodniego punktu widzenia. Zresztą ten cały film bardzo dobrze ilustruje to, że w przekładzie zawsze coś ucieka, nigdy nie uda się wyeliminować nierówności siły i przełożyć wszystkiego „tak jak jest” („Teraz powiedział haiku, przetłumaczę potem”). Ta dyskusja przyćmiła rozważania nad bardzo uniwersalnym przesłaniem tego filmu, w którym ci, co mają władzę nadużywają jej nad słabszymi — w tym wypadku nad zwierzętami,dziećmi  i naukowcami — i jak Ci słabsi próbują postawić opór.

W skrócie: bardzo polecam, nie tylko fanom Wesa Andersona, psów czy Japonii.

Ryba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *