DOBRY film – Lego® Batman: Film

lego-batman

Złapaliśmy się na tym, że tuż po seansie warto wyjść razem z widownią, aby usłyszeć pierwsze, gorące komentarze Młodszego Pokolenia. Tym razem się udało. I tak podsłuchaliśmy młodzieńca (lat około 7), który kategorczynie domagał się po seansie przygód Lego® Batmana oglądnięcia „Mloczego Lyceza”. „Nie musisz” — odparł z uśmiechem rodzic — „To był prawdopodobnie najlepszy film o Batmanie”. I wiecie co? Niewiele brakowało, by była to prawda.

The-Lego-Batman-Movie-Joker.jpg

The Lego Batman Movie

USA 2017

reż. Chris McKay

scen. Seth Grahame-Green  i inni.

„LEGO Przygoda” był filmem dobrym, ale trzy lata temu Współautor pozwolił sobie na uwagę, że „czekam na kolejną część (tak, bardziej kręcą mnie klocki LEGO niż Marvele), choć mam nadzieję, że będzie ona nieco bardziej dopieszczona pod względem komizmu.” Stało się, choć sięgnięto do stajni DC Comics, a nie świata Kapitana Ameryki czy Spidermana. I bardzo dobrze. Bo mruczący pod nosem najmniejszy Batman w historii kina był jednym z jaśniejszych punktów pierwszego filmu ze świata najsłynniejszej zabawki na tej planecie.

Do „Lego® Batman: Film” wpakowano chyba wszystko: dylemat i przemianę męskiego bohatera, z początku nie przyznającego się ani do swojej samotności, ani nie mającego najlepszej relacji z najbliższymi. Sagę rodzinną, z niezliczoną ilością gagów zrozumiałych tak dla dzieci jak i dorosłych (szlabany, zatrzymywanie się na najbliższej stacji benzynowej na siku etc.); melodramatyczny bromance, ujmujący bardziej, niż główny wątek romantyczny oraz cwaną opowieść o superbohaterze i jego moralnych dylematach. Do tego dorzucono niezliczoną ilość odwołań do innych filmów produkcji Warner Brothers (m. in. „Władcy Pierścieni”, „Harrego Pottera”, „King Konga” i – ku uciesze Współautorki – „Doktora Who”), teksty o „hurtowym ściąganiu seriali na torrentach” czy bekę z tego, co „spodoba się rodzicom i szychom z wytwórni”.

20160326_woc432_1

Dowód na to, że Batman z Lego był najmniejszy w historii kina. Grafika za: economist.com.

Prawie wszystko zostało rozegrane koncertowo i wrzucone w sprawnie poprowadzoną fabułę, niemal kanonicznie dozującą emocje. Od przedstawienia sukcesu bohatera, poprzez narastające zwątpienie, gigantyczne tarapaty i wyjście z nich, dzięki wewnętrznej przemianie. Jest zabawnie, dynamicznie, kiedy trzeba dramatycznie, ale poważne emocje potrafią być rozładowane świetnym gagiem.

Bohaterowie są świetni. Pierwsze skrzypce gra nadęte do granic możliwości ego Batmana (Współautor mija od jakiegoś czasu codziennie w drodze do miejsca zarobku poster z filmu z podpisem: „Zawsze bądź sobą. No chyba, że możesz być Batmanem”). Jest koksem (Batman, Współator jeszcze nie!), lubi dla relaksu zrobić tysiąc pompek, boi się klaunowężów, ma „dziewięciopak” (zacytujmy żarcik dla dorosłych — „to dziewiąte to nie mięsień”), kiedyś „dał sobie siana z rosyjskimi baletnicami” i do czasu spotkania nowej pani komisarz, Barbary Gordon, jest raczej samotnikiem. Wspiera go dzielnie lojalny lokaj i przybrany ojciec, Alfred, który „swoje wylatał w RAF-ie” i naciska go, do wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. Scena focha z toczącym się po podłodze Batmanem rozbroiła zarówno młodą jak i relatywnie starą częśc publiki. Bohaterowi  towarzyszy wspomniana Barbara, a młody Robin przyda wszystkiemu trochę młodzieńczej energii i żenady. Szczególnie jeśli przychodzi mu puszczanie muzy.

Jak na kino akcji, nie zwalniające za nadto tempa przez całe dwie godziny bez kwadransu, cieszy inteligentne przedstawienie dramatu superbohatera. Po pierwsze, jest to jego uzależnienie od „złoli”, (prym wiedzie Joker, ale pojawią się gościnnie Voldemort, Sauron , Daleki czy Meduza), dylemat policjanta — jaki sens ma jego istnienie, gdyby wyeliminować całą przestępczość? Jokera szlag trafia, że Batman nie potrafi przyznać, że trefniś jest jego największym wrogiem. Finalnie przybierze to obfity w aluzje, ale jednak (surprise, surprise) dalej bardzo heteronormatywny finał. Po trzecie, pojawia się – bardzo uzasadnione -pytanie o legalność działań Batmana. „Niech stanie po stronie prawa!” – wykrzykuje na swojej inauguracji komisarz Gordon, co wywołuje spazmy oburzonego Bruce’a Wayne’a, jaki w tym momencie prawie się krztusi popijanym szampanem. Jego prywatna wojna z połświatkiem i występkiem nie kończy się dobrze, co doprowadza do jeszcze większych kłopotów, ale w końcu Gotham potrzebuje człowieka nietoperza…

Komizm w dużej mierze zasadza się na żartach słownych. Film przyszło nam oglądać z polskim dubbingiem i nasze wrażenia są mieszane, z lekkim odchyleniem w stronę negatywną. Z jednej „momenty były”, oddano slang młodzieżowy i  idiolekt chłopaków z siłowni. Dorośli się ucieszą. Do tego trochę włoskiego i cytaty z Gandhiego, niemało absurdu. Śmialiśmy się, że nazwa Batman pochodzi od batuty, bo bohater lubi dyrygować. Niemniej jest to wszystko zaskakująco słabo aktorsko. Z żalem czytaliśmy, że oryginałom głosu podłożyli m. in. Zach Galifianakis, Michael Cera czy Zoe Kravitz (oraz Garfunkel i Oates). Bardzo chcemy to zobaczyć w oryginale — i jak macie wybór, też tak zróbcie.

Lego-Batman-movie-trailer.jpg

Mnóstwo się dzieje w tle, tutaj m. in. „Bat-tle Ship”, plakaty wyborcze „Batman First”; nie wspominając o genialnych i prześmiesznych aluzjach do poprzednich filmów o Batmanie. (Tu Współautorka jeszcze raz dziękuje bratu, że zmusił ją do przezwyciężenia traumy „Batmana i Robina” i posadził ją przed trylogią Nolana).

Nasze niemal nieprzerwane śmiechy (Współautor zaczął rechotać już przy logo WB) i entuzjazm, nieraz sam składający ręce do oklasków zmalały w najbardziej zaskakującym momencie — pod koniec. Scena finałowej bitwy poprzedzona jest dyskusją o tym, jaki bit ma zapuścić Robin. Po paru radosnych próbach (tak, lecą hity z polskiego radia lat 90.) leci nieco podkręcona, EDMowa, wersja „Heroes, We Could Be”. Bit jeszcze nie wzbierze na dobre, gdy już rozpoczyna się naparzanka, a piosenka niknie zanim się na dobre zacznie. I jest to kolejna animacja po świetnym „Zwierzogrodzie”, która ma problem ze ścieżką dźwiękową pod koniec. Pamiętacie „Firework” Kate Perry z Madagaskaru 3? Takie trudne? Teledyskowa piosenka na koniec wypada z głowi z kolei już po pierwszych nutach… Ogólnie, ma się wrażenie, że twórcom zabrakło w tym zakresie trochę inwencji, choć nie można im odmówić paru dobrych momentów. Polskie tłumaczenia „autorskich” słabych piosenek Batmana nawet nie za bardzo im zaszkodziły, bo bardziej się chyba nie dało.

Jeśli chodzi o końcówkę, to także rozpływa się wątek romantyczny, co jest już naszym czepianiem się. Fascynujące, że nastąpiło pewne przesunięcie. Zaczynamy się śmiać jeszcze przy otwierającym film czarnym ekranie, gdy głos zza offu (Batman) komentuje pojawiające się kolejno logo producentów. Kończymy jednak przedwcześnie, z nader rozczarowująco płaską końcówką,  choć z pojawieniem się tajemniczych wężoclownów, ale ze zbyt rychłym poczuciem, że najlepsze już za nami.

Zgodni jednak jesteśmy, że zabawa była przednia (mieliśmy popcorn! I widzieliśmy to w IMAXie!). Z dziwnym odczuciem stwierdziliśmy, że chyba to my najlepiej się bawiliśmy, stanowiąc reprezentatywną grupę wiekową na sali, gdzieś między rodzicem, a szkrabem. Fizycznie oczywiście, bo emocjonalnie to jesteśmy na równi z maluchami. Gdy pani wygłaszająca słowo powitalne spytała, kto z dzieci bawi się klockami Lego od razu podnieśliśmy ręce do góry!

Najnowszy film o Batmanie to doskonale zmontowana produkcja, realistycznie wyanimowana, z niezliczoną ilością żartów dla każdego, nawet najbardziej popapranego umysłu. Bystrą jak Dunajec akcją i zabawnym bohaterami.

Słowem — wszystko się dobrze składa. Jak klocki.

Współautorzy

independent-com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *