DOBRA, choc nie rewelacyjna komedia: Witajcie w Norwegii!

witajciewnorwegii-copyright-motlysas-1

Rzadko się zdarzają takie historie, ale cóż, tym razem ktoś nie ogarnął — film jednocześnie pojawił się w dystrybucji kinowej, jak i w video-on-demand prywatnej stacji telewizyjnej. Za takową płaci rodziciel Współautora, więc kolejną skandynawską komedię oglądałem w rodzinnym zaciszu. Opowiastka o norweskim januszu, który postanawia zarobić na imigrantach jest inteligentna, śmieszna (beke mamy równo z wszystkich) i lekka, ale im dalej w film tym bardziej wytraca tempo i pomysłowość. Do końca docieramy z poczuciem, jakie to mogło być doskonałe, a jest — w tym przypadku tylko — dobrze. 

Welcome to Norway!

Norwegia, 2016

reż. i scen. Rune Denstad Langlo

wyk. Anders Baasmo Christiansen, Olivier Mukuta

Primus (Anders Baasmo Christiansen) mieszka w dupie świata, gdzieś na północy Norwegii. Chciał rozkręcać biznes, ale ani hotel ani safari na skuterach śnieżnych nie wypaliły. Postanawia zatem z rozwalającej się hałupy zrobić obóz dla uchodźców. Norweskie państwo sprywatyzowało ten „biznes” i każdy, kto zorganizuje sensowne mniejsce tymczasowego pobytu dla uchodźców może liczyć na sowite wsparcie z kasy budżetu. Nawiasem mówiąc, ciekawe ilu Polaków tu i ówdzie dzielący się swoją głęboką wiedzą o imigrantach czy Islamie skłonnych byłoby przyjąć na zagrodę syryjską rodzinkę, gdyby zaoferowano im nieco więcej niż 500 pln na imigranta? (To, że ekipa może uciec potem do Niemiec to osobna kwestia).

Wkrótce na nordycki wygwizdów przyjeżdża barwna ekipa pół setki imigrantów. I rozpoczyna się cała zabawa. Zderzają się wzajemne uprzedzenia i stereotypy. Imigranci chcą mieszkać w „jedynkach”, a skąpy Norweg nie zadbał nawet o to, by niektóre mieszkania miały drzwi! Rozczeniowość azylantów i cwaniactwo gospodarza doprowadzają do tego, że wkrótce na budynku zawisają transparenty. Pod oknami uchodźców z terenów byłego ZSRR będzie „GUŁAG!”, a Arabowie wywieszą: „GUANTANAMO!”.

bi-gazeta

Cudownie jest rozgrywane uświadamianie Norwega, że „ciapaty” nie jedno ma na imię. Jak choćby scena, gdy okazuje się, że jedynek nie ma i w mieszkaniu trzeba żyć we dwójkę. Zaczyna się multikulturowa gierka z przewożeniem na drugi brzeg rzeki jedną barką tygrysa, kozy i sałaty — ten z tym nie może, bo jest chrześcijaninem; sunnita nie zamieszka z szyitą; a nieżonata muzułmanka z obcym facetem? Późniejszy plan rozlokowania wszystkich po piętrach trąci nieco debatami Europejczyków nad mapą Afryki. Jak deliberują — tu Hindusi, tam sunnici, ale może z buddystów zrobimy strefę buforową? Teksty Primusa też są dobre, dostaje się od niego nie tylko imigrantom, ale m. in. Lapończykom.

Lapończycy są jak Somalijczycy, równie sprawnie obierają ryby. Tylko Somalijczykom to dłużej zajmuje, bo nad każdą odprawiają modły.

Szwecja to „fajny kraj, ale zamieszkały przez neutralne gnojki”, a południe Norwegii to z kolei taka Grecja.

Fabuła toczy się próbą otrzymania przez Primusa kasy z urzędu imigracyjnego, co jest oczywiscie trudne, bo biznesplan zakładał dostanie hajsu bez przemęczania się. A i nasz bohater przyjaciół za dużo nie ma, bo cóż, jest palantem. Jednak kibicujemy mu, bo oczywiście interakcja z Innymi nieco wpłynie na jego postawę. Szybko bowiem okaże się, że w tłumie, który nie zna anglielskiego, młody Kongijczyk Abedi (Olivier Mukuta) władający przynajmniej czterema językami, stanie się jednym z głównych bohaterów. Z kolei przyjażń zbuntowanej córki Primusa, Ody (Nini Bakke Kristiansen) z jedną z dziewczyn z ośrodka da nam perspektywę ironicznych obserwatorów płci żeńskiej.

  • Uprawiałaś kiedyś seks z obckokrajowcem?
  • Tak, ze Szwedem. Nawet dwoma. A Ty?
  • Tak, spałam z Lapończykiem…

pmcvariety-files-wordpress-com

Do połowy wszystko jest fajnie. Pojawia się jeszcze nieco stuknięta pani z gminy, Line (Renate Reinsve) oraz konflikt z lokalsami. Gdy jednak bohaterowie są rozrysowani, akcja ustawiona, a my czekamy na kryzys, który doprowadzi do szczęśliwego zakończenia (asymilacji i integracji uchodźców z jednoczesnym postawieniem na nogi biznesu Primusa?) wszystko się trochę sypie. Niektórzy z gości nagle mówią po angielsku; nie wiemy jak rozwiązano problem aprowizacyjny i wyremontowano kuchnię. Sami goście ośrodka jako grupa nieco schodzą na drugi plan, dramaty mają charakter jednostkowy, nie mają żandego wpływu na grupę. Umiejętnie nakreślony balans między opowieścią o dwóch stykających się społecznościach (z czego jednej bardzo różnorodnej) a rozterkami bohaterów, zaczyna nadmiernie koncentrować się na tych drugich, bez większego wpływu na wszystkich. Rozwiązanie jest mało odkrywcze, puenta praktycznie nie istnieje. A szkoda, bo przy takiej ekipie i tym aktorstwie prosiło się o inteligentniejsze zakończenie.

Pozostaje duży niedosyt, z fajnymi żartami i dobrym pomysłem na fabułę. Ironicznym komentarzem do kryzysu imigracyjnego, ale nie pozostawiającym nas obojątnym na cierpienia azylantów. Można się pośmiać, niestety „Jabłka Adama” to to nie są. Niemniej dobra rozrywka na koniec roku.

Słoń

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *