DOBRY film o kosmosie: Interstellar

Wymiana tekstów trwa! Po raz kolejny mamy niesamowitą przyjemność gościć u nas Ko Jota z zaprzyjaźnionego nam Pulpozaura (tak, tego Pulpozaura, który organizował Serialkon, czyli najbardziej czadowy konwent o serialach wszechczasów!) Zapraszamy do czytania (i oglądania). 

źródło: huffingtonpost.com

źródło: huffingtonpost.com

Interstellar

USA, 2014

reż Christopher Nolan, scen. Christopher i Jonathan Nolan

wyk. Matthew McConaughey, Jessica Chastain, Anne Hathaway, Michael Cane, Wes Bentley

Tematyka eksploracji kosmosu nigdy szczególnie mnie nie interesowała. Jeżeli wychowaliście się na 2001: Odysei kosmicznej, jeżeli śledziliście na żywo misję Rosetty, to prawdopodobnie widzieliście już Interstellar, a na pewno potrzeba Wam innej recenzji (o zachwycie przestrzenią kosmiczną świetnie pisze Przemek Zańko na Popmodernie). Ten tekst jest dla tych, którzy jeszcze się wahają, a potencjalną zachętą jest raczej nazwisko reżysera niż tematyka.

Przez mniej więcej dekadę Christopher Nolan pracował nad zmianę nad filmami o Batmanie składającymi się na Trylogię Mrocznego Rycerza i bardziej autorskimi obrazami (Prestiż, Incepcja). Te pierwsze skupiają się raczej na eksploracji pewnych idei, drugie z kolei – na osobistych problemach i konfliktach bohaterów. Interstellar jest zwieńczeniem tego okresu w życiu twórcy i umiejętnie łączy oba nurty. Jak więc wypada film, jeśli chodzi o typowe cechy stylu Nolana?

Czytaj dalej

ZŁA laurka z Indonezji: Soekarno

Kino z Indonezji? A po co nam coś o tym wiedzieć? Cóż, nie chodzi jedynie o ogólne poszerzanie horyzontów filmoznawczych. Wprawdzie „Sukarno. Niepodległość Indonezji” nie jest najlepszym filmem, jaki widziałem, to na dniach przekonacie się (tak, myślę o Festiwalu Filmowym Pięć Smaków i nadchodzącej z tej okazji recenzji), że w kraj siedemnastu i pół tysiąca wysp można zrobić DOBRE kino.

Jednoczesnie, w ramach poszerzania naszych znajomości w internetach i przydania moim wrażeniom kinowym solidnego merytorycznego wsparcia, o współautorzenie niniejszej recenzji poprosiłem Macieja Maćkowiaka, autora DOBREGO (czytaj: ciętego jak brzytwa, lekkiego jak kłębiaste cumullusy nad Kuala Lumpur i pozbawionego zdjęć jedzenia) społeczno-politycznego bloga z Azji Południowo-wschodniej, Jedna Noc W Azji. Pomoc jest o tyle niezbędna, że film bardziej należy traktować jako społeczny fenomen; dobry probierz tego, jaki jest stosunek współczesnej Indonezji do Ojca swojej Niepodległości, niż dzieło artystyczne. Czytaj dalej

Tak ZŁY, że nie sposób rozkminić: The Room

Dziś mamy  zaszczyt zaprezentować pierwszy (i, miejmy nadzieję, nie ostatni) gościnny post niejakiej Hadynianki, autorki bloga Rozkminy Hadyny, na którym zazwyczaj rozkminia książki (zachęcamy do zapoznania się z nim!). Dziś dla nas zajmie się pewnie BARDZO ZŁYM filmem, który ma szanse zostać NAJGORSZYM z opisywanych tu filmów.  

Oface

„The Room”

USA, 2003

scen. i reż. Tommy Wiseau

wyk. Tommy Wiseau, Greg Sestero

Oh hai, guys! Z tej strony autorka bloga Rozkminy Hadyny, ale tym razem zostałam poproszona o strzelenie recenzyjki The Room tutaj, skoro już się pochwaliłam, że oglądałam.

Niestety jednak obawiam się, że mogę nie sprostać zadaniu. Tego filmu nie da się rozkminić.

On kompletnie nie ma sensu.

Czytaj dalej

DOBRY film: Przed północą

Dziś pierwszy (mam nadzieję, że z wielu) gościnny post na naszym blogu, autorstwa członka  ekipy zaprzyjaźnionej strony poświęconej serialom, pulpozaur.pl. Zachęcamy do zapoznania się z ich działalnością! Dziś zamiast o serialu, Ko J. (złotą gwiazdkę temu, kto rozszyfruje jego pseudonim) napisał o DOBRYM filmie. 

Before Midnight

USA 2013

reż. Richard Linklater, scen. Richard Linklater, Julie Delpy, Ethan Hawke

wyk. Julie Delpy, Ethan Hawke, Athina Rachel Tsangari, Panos Koronis

Trzecie (po „Przed wschodem słońca” (1995) i „Przed zachodem słońca” (2004)) spotkanie z Celine i Jessem jest jak spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi. Niby widać, że to dokładnie ci sami ludzie – rozmowy mają znany już dobrze posmak, słychać nawet te same żarty (to część uroku spotykania ludzi po latach) – ale widać też, że upłynęło sporo czasu: kolejne doświadczenia odcisnęły na bohaterach swoje piętno, trochę ich wzbogaciły, trochę zniszczyły. Tak czy inaczej nie trzeba się obawiać, że będzie nudno, że to powtórka z rozrywki, odgrzewane kotlety i tak dalej.

Spora w tym zasługa fabuły, czy może jej braku: nic się tutaj nie dzieje w filmowym tego słowa znaczeniu. Ot, bohaterowie chodzą i rozmawiają (filmy, w których ludzie spotykają się i rozmawiają, to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych – jeśli można to nazwać gatunkiem – a seria „Przed…” mieści się w czołówce moich ulubionych filmów), choć zaznaczyć trzeba, że tym razem chodzenia jest zdecydowanie mniej niż rozmawiania.

A zatem: co się nie zmieniło u tej dwójki od czasu ostatniego spotkania? Na pewno Julie Delpy; zamiłowanie bohaterów do spędzania czasu w pięknych miejscach (tym razem padło na Półwysep Peloponeski); oraz dialogi: żywe, błyskotliwe, cięte, pełne przekomarzanek i wygłupów (zwłaszcza w wykonaniu Jessego, chociaż Celine udająca głupawą lasię nie ustępuje mu pola), przebiegające całe spektrum tematów: od miłości i relacji damsko-męskich, przez sztukę i architekturę (Jesse dzieli się kolejnym pomysłem na książkę!), na polityce skończywszy.

Sporo także uległo zmianie (postaram się nie podawać żadnych szczegółowych informacji o tym, jak wygląda życie bohaterów; ci, którzy znają poprzednie części, wiedzą, jak ważnym elementem serii jest niepewność co do tego, jak potoczyły się losy bohaterów, do momentu zajęcia miejsca przed ekranem). Ethan Hawke dorobił się fryzury dużo korzystniejszej niż w „Przed zachodem słońca”. A cała historia stała się o wiele smutniejsza. Pierwsza część wydawała się wyjęta prosto z bajki: ona i on spotykają się w pociągu, wysiadają w nieznanym mieście – i w ciągu kilku spędzonych razem godzin zakochują się w sobie. Częśc druga posiadała jeszcze sporo tego nastroju, choć jednocześnie konfrontowała bohaterów z ich frustracjami i skomplikowanymi życiowymi wyborami. W „Przed północą” czar nieomal pryska – zostaje tylko smutna (?) rzeczywistość. Czterdziestoletni Celine i Jesse są zmęczeni, a pytanie, czy magię młodości da się jeszcze odzyskać, czy może być tak, jak dawniej, przewija się cały czas w tle, aż do finału, boleśnie intymnego i boleśnie szczerego – widz powinien przygotować się na dużo emocjonalnego boksowania po nerkach i, jak to w tej serii bywa, otwarte zakończenie, które przyniesie niewiele ulgi.

Na zakończenie czuję się w obowiązku rozwinąć nieco werdykt wydany już w tytule notki. „Przed północą” to film zdecydowanie dobry – upływ czasu uczynił bohaterów nie mniej fascynującymi, za to dużo prawdziwszymi i bardziej skomplikowanymi – ale gorszy niż poprzednie dwie części, głównie za sprawą zakończenia. Mam przeogromną nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy spotykamy Celine i Jessego, zostawiamy bowiem bohaterów w momencie, kiedy są wystarczająco mądrzy, by wyartykułować swoje problemy, ale niewystarczająco mądrzy, by je rozwiązać.

Ko J.

pulp_header