Dobra, czarno-czerwona komedia: Śmierć Stalina

Armando Iannucci, twórca wybornej farsy „Figurantka” czy równie śmiesznych „Zapętlonych”, nie zawodzi i z animuszem przenosi na ekran francuski komiks o zawierusze po śmierci Generalissimusa. Dzięki doborowej obsadzie, czarnemu jak węgiel humorowi i solidnej powtórce z historii, daje nam świetną i inteligentną komedię o dyktaturze, która wkurzyła Ruskich. Dobry film, nie tylko dla politologów!

The Death of Stalin

Wielka Brytania, 2018

reż. i scen. Armando Iannucci

wyk. Steve Buscemi, Michael Palin

O filmie pisaliśmy już jakiś czas temu, więc żeby się nie powtarzać — efekt sprostał bardzo wysokim oczekiwaniom. Walcząca o władzę na szczycie imperium zgraja jest jak banda klaunów, ubrana w katastrofalnie biedne garnitury. Mołotow (Michael Palin) urzeka mózgiem przeżartym ideologicznym szrotem, Malenkow (Jeffrey Tambor) nie ma bladozielonego pojęcia, co się wokół niego dzieje. Beria (Simon Russel Beale) od samego początku kombinuje, jak wystrychnąć wszystkich na dudka, planując cztery ruchy w przód, ale we wszystkim połapie się Chruszczow (rewelacyjny Steve Buscemi). Asystują im paranoiczny synalek zmarłego wodza (Rupert Friend), neurotyczna córka (Andrea Riseborough), a główne skrzypce odegra najważniejszy wojak Sojuzu, czyli Żukow* (Jason Isaacs).

Na film nie polecam chodzić z rodzicielem-politologiem, bo kończy się wytykaniem błędów co parę minut. Choć z blogerskiej przyzwoitości oddajmy — całą famila wyszła z kina uśmiechnięta od ucha do ucha. Faktycznie, wszystkow filmie jest trochę przyspieszone, od śmierci Stalina, do egzekucji Berii minęło 9 miesięcy. Niemniej jest to konieczny skrót, który nie drażni historyków, a przyspiesza finałową rozgrywkę.

(Ach — kto postawi tutaj zarzut o spojler, że ginie Beria, dostanie publiczną reprymendę o bycie pałką z historii.)

Studium paranoi

Twórcy doskonale oddali atmosferę paranoi po śmierci Stalina. Przez ten moment najlepiej też widać absurdy tamtego systemu. Stalinizm, jak nazizm, był doktryną wodzowską, w dużej mierze ideologiczną przykrywką, którą można było naginać dowolnie do woli dyktatora. Kolejne manewry i podchody członków Pilitbiura, choć toczą się w atmosferze współpracy i ideologicznych dyskusji, są jedynie zasłoną dla brutalnego wyścigu o przejęcie władzy w imperium.

Nie popadając w przydługie wynurzenia z zakresu filozofii polityki — doskonałe, świetnie zagrane widowisko. Urocza stylizacja na lata 50., fantastyczne dialogi i solidna porcja zgrywy na wredne dyktatury. Mocnej zgrywy.

Ciekawe, czy Stalinowi, by się podobało. Podobno Hitler śmiał się przy „Dyktatorze”.

Nam w każdym razie bardzo.

Współautor

 

*- muszę — mój dziadek pił z Żukowem.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *