Zły film o DOBRYCH wartościach: Old Fashioned

Rik Swartzwelder„Old Fashioned”, jako film o wartościach, jest oczywiście pyszną religijną propagandówką, o zaletach seksualnej abstynecji, sensie życia z Jezusem i nieprzebywania w jednym pokoju z kobietą. Z resztą dystrybutor nie kryje, że „będzie wprowadzał do polskich kin jedynie filmy przekazujące wartościowe treści, między innymi: „Biała jak mleko, czerwona jak krew” [czy to film o polskiej fladze?? — przyp. Współaut.], „Cierń Boga”, „Błogosławiona wina”, „Historia Marii”, „Józef i Maryja”„. Niemniej pozostając otwarty na nowe doznania postanowiłem dać szansę kinu nowej nadziei i z niekrywanym żalem stwierdzam, że film jest jak nasz rząd — utwierdzi w wierze przekonanych, resztę odrzuci. Ale w sumie w zaskakujący niedowiarków sposób.

Old Fashioned

USA, 2014

reż. i scen.  Rik Swartzwelder

wyk.  Rik Swartzwelder, Elizabeth Roberts

Od samego początku wiemy, że nie o wartości artystyczne chodzi, ale o przesłanie. Nasz tytułowy staroświecki, Clay (Rik Swartzwelder), jest kawalerem, wiodącym nieśpieszne życie na amerykańskiej prowincji. Jego spokojny żywot konserwatywnego odludka zostanie jednak zaburzony pojawieniem się w jego życiu Amber (Elizabeth Ann Roberts), która podnajmować będzie u niego pokój. Od samego początku bohaterowie będą się mieć ku sobie, ale na drodze staną najpierw „teorie” Claya, a potem jego przeszłość.

Melodramat romantyczny rozwija się zgodnie z prawidłami sztuki, oczywiście z odpowiednio dozowanymi przekazami natury moralnej. Seksu nie będzie, od połowy para przygotowuje się do ślubu, acz nie zabraknie emocji (rozlazłych jak rozgotowany makaron, bo rozlazłych) i dramatu kryzysu. Clay jawi się jako zadowolony z życia człowiek, cieszący się małymi chwilami i rzeczami. Zdecydował się porzucić życie hulaki z bractwa studenckiego i przejąć sklep cioci. Jednocześnie zdając sobie sprawę z degrengolady współczesnego świata, postanowił radykalnie zmienić swoje podejście do życia (i kobiet). W kazaniu pastora z telewizji padają słowa, że „cisi posiądą tę ziemię” i taki też jest Clay — uczynny, gotowy do bezinteresownej pomocy, sumienny. Nie jest też do końca odludkiem, bo choć ma niestandardowe poglądy, to ma kolegów, potrafi strzelić żartem. Niemniej jego purytańska postawa najbardziej radykalnie przejawia się w relacjach z kobietami. I to gubi film, a przynajmniej jego aspekt moralizatorski.

AmberDoor

Motorem napędowym fabuły jest relacja z Amber. Od początku wiemy, co się święci (hehe, kalambur niezamierzony), niemniej szybko uderza paradoks. Clay, w swojej krytyce powierzchowności randek, kładzie nieustająco nacisk na budowanie poważnego związku i głębokiej relacji. Ta krytyka hedonistycznej hookup culture ma oczywiście dużo sensu. Proszę mnie poprawić, bom z konserwatywnego miasta obok Wieliczki, ale mam jednak wrażenie, że nad Wisłą ciężko jeszcze mówić o takowej, a polskie tłumaczenie krytyki randek, nabiera u nas jednak innego, bardziej niewinnego wydźwięku? Bo u nas jednak nie każda randka kończy się w łóżku? Tylko że postanowienie Claya, by nie przebywać w jednym pokoju z nieznajomą kobietą od razu czyni z niego jeśli nie wahabickiego radykała (kompletny offtopic a propos islamu — Współautor się wyżył ostatnio politologicznie tutaj) to zaprzeczenie własnej postawy. Bo czym jest ustawianie konwersacji z nieznajomą z miejsca od tematu relacji damsko-męskich?

„Nie znamy się, bo jestem porządny i pójdę do łóżka jedynie gdy zabiją dzwony” nie razi konserwatyzmem, ale faktycznym paradoksem. Chcąc krytykować liberalne podejście do seksu, sam zupełnie niewinną interację kształtuje podług traktowania kobiety jako obiektu seksualnego. Bo skąd ta obawa o przebywanie z nowo poznaną laską w jednym pokoju? Że ulegnie pokusie cielesnej? Albo że ona rzuci się na niego atakując świątynię ciała (tak, ten tekst pada:)? Sceny wyganiania Amber z pokoju, gdy Clay przychodzi coś naprawić są absurdalne, ale prawdziwy problem zasadza się na tym, że od samego początku kobieta jest przedstawiona jako potencjalna matka-żona. Jakby w ogóle wykluczano możliwość przyjacielskich relacji. 

Fakt, to jest romansidło, ale ten wartościowy film od początku zabija flirt zasadzający się na niepewności, dorozumienej otwartości na wynik interakcji. Albo inaczej — przez swoją promocję wartości radykalnie odwraca kolej wypadków. Pocałunku nie zobaczymy prawie do końca, a przymiarki do ślubu zaczną się w połowie. W sumie sprytne, nie?

Nawiasem mówiąc — film chrześcijański o tyle ciekawy, że jednak właśnie z protestancka trącący niechęcią do instytucji. Clay nie chodzi do kościoła, a podstawą wiary jest Biblia. Jak to odbiorą polscy katolicy? (Bo raczej do takiego grona adresowany jest film…).

Poglądy Claya są na siłę eksponowane, jako czysta egzotyka. Wynika to też oczywiście z przedstawionego świata dookoła — starszego kolegi Claya rzucającego Amber na dzień dobry sprośne uwagi; szowinistycznego DJ-a radiowego, który jest zabawny mówiąc, że kobiety są głupie, czy też wstawionego „Tarzana” wyrywającego na imprezie koleżankę Amber. Tworzy to jakąś surrealistyczną przestrzeń, w której nie ma miejsca na ludzkie dramaty, czy niuanse, ludzi porządnych, acz niewierzących. Jest zgniły i paskudny świat dookoła, oraz pokorny sługa Clay i jego sielankowy raj cieszenia się z małych rzeczy. Trąci to trochę „Patersonem”, acz Współautorka, której podobał się ostatni Jarmusch, pewnie by ukrzyżowała mnie (ajajaj, znowu!), gdyby zechciała poświęcić dwóch godzin swojego życia na „Old Fashioned”.

OldFashioned_plakat_PL

Główny bohater byłby symaptyczny, pomimo dziwactw i nieprzystawania do rzeczywistości, niemniej swoimi poglądami staje się karykaturalny i odrealniony. Szkoda, bo temat jest dobry i można by zrobić DOBRY film, a co, nawet propagandowy, dający trochę do myślenia o naszych związkach i relacjach damsko-męskich. To, czy wstrzemięźliwość przedmałżeńska jest receptą na szczęśliwe życie to oczywiście moja złośliwość, bo nie o to tylko chodzi w „Old Fashioned”. Przynajmniej nie tylko o tym jest film, jest to jedynie wynik konsekwentnego wdrażania w życie idei szanowania kobiety i siebie. Bo gdy Clay rozmawia z Amber o pięknie starych rzeczy i odkrywaniu ich historii, a dzieli ich próg pokoju cały czas mamy w tyłu głowy — prowadzą rozmowę na tematy ważne, acz nienaturalna bariera wynika bądź co bądź z niezdrowego podejścia bohatera do seksu.

(Właściwie czemu ta niecna kobieta odsłania twarz wystawiając go na takie pokuszenie?!)

Odnotujmy jednak, że Clay jest trafnie krytykowany za swój egoizm przez swoją pobożną ciotkę, będącą autorytetem dla bohatera. Przydaje to całości nieco sensu i jakoś kontruje niezachwianą wiarę Claya, że wie już wszystko.

Nie krytykuję zatem filmu za wartości i znajdywanie się na drugim biegunie podejścia do seksu niż „Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, ale za zawarty w nim paradoks, trochę niweczący cały zamysł. Artystycznie ssie to raczej mocno (ujuj, znowu, przepraszam!), z melodramatyczną muzyką do scen chodzenia w jasnych spodniach po torach kolejowych, czarno-białymi postaciami, utartym schematem rozwoju relacji i nieco naciąganym dramatem. Choć przyznam — żżerała mnie ciekawość, jak dojdzie i po jakich tarapatach do sakramantu małżeństwa. Dwie godziny to tniestety zdecydowanie za dużo.

Dla konserwatywnej części publiki, „Old Fashioned” będzie pochwałą slow-life, rezygnacji ze ślepego pędu za wielkością („nie brak nam wielkości, ale dobroci” — powie Amber), dbałością o powagę związku i religii, jako mocy nadającej sensu życiu. Mój zarzut o mizoginizm bohatera łatwo zbić, tym bardziej, że jednak swoją postawą Clay pokazuje, że jednak jest normalniejszy, niż nam się z początku wydaje. (Ale sorry, nie wybaczę tego wywalania kobiety z pokoju, non possumus!)

Jednak tym, którzy z przekornym uśmiechem kręcą głową wiedząc, że swego czasu najniższy wiek utraty dziewictwa w Unii odnotowano w arcykatolickiej Irlandii, a jedynie niecałe 30 proc. katoliczek (w porównianiu z 60 proc. protestantek) regularnie osiąga orgazm*, raczej polecam inne rozrywki.

Amen.

Współautor

P.S. Film byłem oglądnąłem dzięki uprzejmości dystrybutora na VODzie. Od dzisiaj dzieło jest do zobaczenia w wybranych kościołach kinach w kraju.

* – cytat za wyjątkowo zbereźną, acz cholernie dobrą i śmieszną książką „Jak to się robi?” P. Joannidesa. Kolega, widząc moje zainteresowanie czerwonym poradnikiem o seksie, jaki znalazłem na półce w jego pokoju, poważnie na mnie popatrzył ipowiedział: „Weź. Nie ma się co śmiać. Zajebista, naprawdę!”

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s