(Naj)Lepszy, czyli DOBRY?: Szatan Kazał Tańczyć

www.austinchronicle.com— To tej od „Bejbi Blues”? Nie, podziękuję! — odparła E. i tak moja ostatnia nadzieja, na uniknięcie masturdatingu (samotnego chodzenia do kina) legła w gruzach. Współautorka przemierza Europę, więc na najnowszy film duetu Katarzyna Kasia Rosłaniec feat. Magdalena Berus  musiałem iść sam. Bez większych nadziei, mając w pamięci moje ostatnie narzekania. Tytuł z szatanem i Instagramem w podtytule dodatkowo nie zachęcał, ale nie żałuję. Bynajmniej nie dlatego, że mam okazję do używania. Zachowując sceptycyzm, doszedłem bowiem do zaskakującego wniosku… Ale o tym poniżej.

„Szatan kazał tańczyć”

Polska, Holandia, 2017,

reż. i scen. Katarzyna Rosłaniec,

wyk. Magdalena Berus, Łukasz Simlat, Dorota Segda

Rosłaniec nie ułatwia zadania recenzentom i tym razem. Zrobiła znowu film wredny, wyrazisty, obok którego chyba nie można przejść obojętnie; filmową oliwkę, którą albo się pokocha, albo zmaltretuje jak piłkarską reprezentację San Marino, co chyba nie będzie większą zabawą dla nikogo. Z wyjątkiem polskich youtuberów. Z resztą póki co na jednym z większych portali film ma ocenę 3/10. Ilość wolnych miejsc w kinie — ok, była środa — też nie wskazywała, że film odnotuje jakiś spektakularny wynik finansowy.

Od początku dostajemy informację, że będzie niebanalnie — 43 sceny, każda trwająca 2 minuty, które można oglądać w dowolnej kolejności. No i klucz kolorystyczny — każde ujęcie podporządkowane jest innej dominancie. Zacytujmy samą reżyserkę, z wywiadu, jaki udzieliła Antyradiu:

Różna kolorystyka scen odnosi się do różnych aspektów życia Karoliny. Czerwień to fizyczność i ciało, pomarańcz to seksualność, żółty to ego i bycie w samym centrum, zieleń dotyczy relacji międzyludzkich, niebieski to wyrażanie siebie, a biały wiąże się ze śmiercią oraz wyjściem poza ciało.

Co więcej, szybciutko trzeba się też przystosować do formatu Instagramu — ekran z szóstego rzędu wydawał się być nawet bardziej wysoki niż szeroki. Przerost formy nad treścią zdaje się nieunikniony, a pretensjonalność  –przytłaczająca.

(Ktoś dotarł po takim wstępnie do tego momentu recenzji?)

Jak jeszcze rzetelnie ostrzega reżyserka na początku — nie ma kolejności, fabuły, sensu. Dostajmy kolejne etiudy, ujęcia, przeskakujące z Tajwanu, do Berlina i Warszawy. Tu Marcin (Łukasz Simlat), tam Holender, Leon (Tygo Gernandt), tutaj flirt z potencjalnym agentem Johnen Porterem (jako Niel) i dziki seks z chłopakiem koleżanki. Jedynym powtarzającym się elementem są fragmenty książki głównej bohaterki, Karoliny (Magdalena Berus), czytane do twarzy bohaterki, z każdym kolejnym ujęciem stającej się coraz bardziej sztuczną maską. Całość jest wielkim pudełkiem puzzli, z których składamy sobie w głowie portret naszej dośc szalonej bohterki.

1.fwcdn.pl

To wszystko od początku razi i kłuje. Zastanawiamy się, czy nie za dużo tych cycków, seksu na granicy pornografii i chaosu. Wkurza nas jest libertyńskie zatracenie i życie, jakby nie było jutra. Posunięta do granic hedonizmu eudajmonia prowadzi do wpieprzenia słoika masła orzechowego i popicia butelką wina. Wzmocniona fetą i tabletą impreza kończy się zgonem w samochodzie, kacem-mordercą w łóżku, albo leżeniem z kumpelą nago w łazience na posadzce ubzdryngolonej wcześniej gaśnicą, która — jak się domyślamy — była niezłą beką na kokainowej fazie. Frenetyczny trip alkoholowo-narkotyczny w rytm klubowych nut przeplatany jest momentami załamki i egzystencjonalnej smuty.

To godne markiza de Sade wyuzdanie, z kompulsywną masturbacją, konsumpcją morza alkoholu i przygodnym seksem, jest o tyle irytujące, że Karolina igra z losem — ma wrodzoną wadę serca. Ale po chwili zastanowienia zdajemy sobie sprawę, że najpewniej wzmacnia to jej poczucie tymczasowości i beznadzieję. „Śmierć jest ostatecznym przeżyciem” — powie, próbując doścignąć lotnością myśli Paolo Coehlo.

Niemniej podejście #yolo #jebaćbiedę #livefastdiehard nie jest źródłem szczęścia. Wcinając rogalika na wycieraczce, zwierza się matce (Danuta Stenka), że o niczym nie marzy. „To chyba dobrze? — odpowie matka — pewnie znaczy, że masz wszystko?„. W tym momencie najpóźniej dociera do nas przepaść generacyjna. Dla rodziców, oczywiste dobra III RP, w jakich się pławimy, były w topornej rzeczywistości PRL-u nieosiągalnym szczytem marzeń. Tymczasem młodzi, którzy nie mogą narzekać na braki materialne (tak, tak, tak, bohaterka jest przedstawicielką lemingradu, nienajbiedniejszej klasy średniej, a i odniosła sukces) paradoksalnie nie czują się przez to szczęśliwsi.

media.multikino.pl

Faktycznie, Karolina nie może narzekać — hajs się zgadza. Co więcej, jej debiut literacki — trochy nieudolny styl Masłowskiej — okazał się być hitem. Jak się jednak dowie: „To było świeże i przebojowe, ale to jeszcze nie literatura”. Literacki kryzys beniaminka — fani ligi wiedzą, że najtrudniejszy sezon nowego zespołu w lidze to ten drugi po awansie do ekstraklasy — dopada Karolinę, do której w jakiś sposób dociera, że nie jest złotym dzieciem. Choć foty na Ista lądują regularnie i pewnie zgarniają dużo serduszek. I znowu mamy tutaj trafną diagnozę przekleństwa ilości możliwości, na jakie często cierpią młodzi oraz niejasnych oczekiwań, których spełnienie i tak nie zaspokaja.

Egotyczny bunt ma zasięg globalny, ale zjada swój ogon. Właściwie Karolina nie ma nikogo bliskiego. Partnerzy są przelotni, traktowani bardziej użytecznie, niż jako poważna długoterminowa lokata emocjonalna. „Znudził mi się seks” — oznajmia w końcu Marcinowi. Siostra, Matylda (Hanna Koczewska) jest dla Karoliny irytująca, ale nie poznajemy jej bardziej (trochę szkoda, bo intryguje panna Koczewska!). Najbliższa koleżanka, Jagoda (jak zwykle fajna, ale pomykająca na tyłach Marta Nieradkiewicz, znana z „Kampera” czy „Zjednoczonych Stanów Miłości”), to kumpela od tabletek — można pomarzyć o wycieczce do USA i się zjarać, ale jej chłopak podlega takim samom wolnorynkowym prawom popytu i podaży.

Nabliższą osobą staje się matka, która jest jedyną osobą, z jaką Karolina ma jakąś relację. Ze starymi żyć się nie da, ale bez — jeszcze gorzej. Ta łączność ze starszym pokoleniem w jakiś sposób dobrze pokazana jest w warstwie muzycznej — nuty Maanamu okazują być dalej pełne dobrego groovu. Lecą nie tylko na balu grzybiarzy, ale i na warszawskich bibach. Polska nowa fala, przesycona beznadzieją lat 80. i brutalnie zakończonym karnawałem „Solidarności” interesująco brzmi na balandze zblazowanej młodej warszawki.

Choć sytuacja jest jakże inna…

d.wpimg.p

I nagle zdałem sobie sprawę, że w tej całej hiperbolizacji, jakim jest szalone życie Karoliny, odnaleźć można te wszystkie dramaty naszej generacji, dylematy millenialsów (dillenials). Króle życia, dla których występ w telewizji w Azji nie jest niemożliwy (Współautor zaliczył!), wyprowadzka do Berlina w zasięgu ręki, a seks dostępny jak papier toaletowy. Mimo to jest źle i coś nie styka. Pogoń za nieuchwytnym króliczkiem, przekleństwo ułudy nieograniczonych możliwości i braku jakichkolwiek ograniczeń, roszczeniowa generacja, nie mająca tak naprawdę celu i marzeń. Brak fabuły staje się tutaj jak najbardziej zasadnym środkiem. Jak we „Wszystkich Nieprzespanych Nocach” świetnie uchwytuje przejściowość, ulotność, nieogarniętość generacji nieogarów. A cały film, w przeciwieństwie do „Kampera”, lepiej oddaje mentalny problem kohorty poczętej między objęciem władzy w ZSRR przez Gorbaczowa (1985 r.), a końcem prezydentury Lecha Wałęsy (1995 r.).

Ten film uwiera. Berus — naga czy ubrana — dalej jest na granicy irytowania nas, koncept jest ryzykowny i wydumany, a Łukasza Simlata znowu („Zjednoczone Stany Miłości”, „Amok” czy nawet ten wuefista z „Belfra”) jest mi żal (czy on może w końcu zagrać jakiegoś macho?). Sam fim na początku miał być instalacją artystyczną. Przerodził się w dłuższą produkcję, ale widać, że najnowszy film Rosłaniec  ma coś z eksperymentu, otwartej formy. Ale jest w tym coś.

Z dużym wahaniem napisałem DOBRY film. Nie wiem, czy faktycznie jest to DOBRY film, ale bardziej chodzi mi o to, że zachęcam do wyrobienia sobie samemu zdania. Rosłaniec znowu jest bezkompromisowa, znowu mówi o młodzieży i chyba udaje jej się to coraz bardziej. Jak już kiedyś pisałem, przy wszystkich moich zastrzeżeniach do jej warsztatu, cenię ją za to, że nie robi rom-komów, kryminałów, ani historycznych dramatów. Stara się uchwycić ludzi, którzy kiedyś będą rządzić/zarządzać tym krajem. Oczywiście, tematyka to nie wszystko. Niemniej mam wrażenie, że jest to inna, lepsza jakość niż „Bejbi Blues”. W żadnym razie nie żałuję, że się wybrałem, ale nawet więcej — „Szatan Kazał Tańczyć” jak na produkcję bez fabuły zaskakująco dużo mówi i trafnie uchwyca naprawdę niełatwy temat.

Nie wiem czy polecam i czy każdemu się nowe dzieło Rosłaniec spodoba. Ale ja to kupiłem.

Współautor

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s