Dobry film w IMAX: Strażnicy Galaktyki II

www.projectcasting.com

Z dotychczasowych filmów Marvel Cinematic Universe (MCU) „Strażnicy Galaktyki”  byli chyba najciekawsi. Z różnorodnymi i pełnokrwistymi bohaterami, świetnym humorem niestroniącym od sarkazmu czy suchych żartów, wielokrotnie rozładowującym narastający patos oraz sprawnie poprowadzoną fabułą, w rytm hitów z lat 80. Fakt, że Drax czy Groot są mniej rozpoznawalnymi postaciami niż Kapitan Ameryka czy Iron Man, okazał się być zaskakującym atutem, w wyniku czego przygody bandy pod dowództwem Petera Quilla oglądało się o wiele lepiej niż napuszone delibaracje Avengersów. Sequel, który wszedł do polskich kin wczoraj (05.05.) jest — moim skromnym zdaniem — jeszcze lepszy.

Guardians of the Galaxy vol. 2

USA, 2017,

reż. i scen. James Gunn,

wyk. Chris Pratt, Zoe Saldana, Bradley Cooper,

W nowej odsłonie „Strażników…” nie zapomniano, że bombastyczne efekty specjalne nie przykryją pustki fabuły. Oczywiście, dzień po oglądnięciu „Interstellara” (#nadrabiamyzaległości) epickie wybuchy w próżni przestrzeni kosmicznej nawet w 3D (technologii IMAX — gwoli ścisłości!) wyglądały trochę żałośnie, ale trzeba przyznać, że jest widowisko. Oglądamy je jednak z tym większą radością, że jest to tylko środek do w sumie prostej historyjki, gdzie jednak kryje się wiele interesujących wątków.

Główny bohater, Peter Quill (Chris Pratt) były złodziejaszek, awansowany na strażnika galaktyki — film rozpoczyna się genialną, acz niebanalnie przedstawioną, sceną obrony paneli energetycznych przed oślizgłym monstrum, do czego zostali wynajęci nasi bohaterowie — jest właściwie spoko chłopakiem z osiedla, uwielbiającym słuchać nut z czasów Reagana na swoim walkmanie. Tymczasem tutaj musi odpowiedzieć sobie na ważny dylemat, czy w imię zostania półbogiem, potrafi poświęcić swoich najbliższych. Dylemat nietzscheańskiego uebermenscha, choć nie wyartykułowany tak jasno jak w słabawym „Amoku”, pojawi się, gdy Quill pozna historię swojej rodziny.

Żałuję tutaj, że wątek z ojcem bohatera, Ego (Kurt Russel), który zaprasza strażników na swoją prywatną planetę, przypominającą ogród botaniczny UJ na dopalaczach, od początku nam „śmierdzi”. Fabularny twist trochę traci właśnie na tym sugerowanym od pierwszego pojawienia się Ego, że coś tutaj jest nie halo. Niemniej dzięki Ego dramat rodzinny i poszukiwanie swoich korzeni, przechodzi w poważną dyskuję egzystencjonalną oraz rozkminę, czy w imię otrzymania niesamowitych możliwości, można poświęcić najbliższych. Ego rozwiązał ten dylemat, ale dla Quilla sprawa nie będzie jasna.

cdn.movieweb.com

I o ile widzimy, że między tatusiem a synkiem się nie klei, to „Strażnicy…” stoją już nie tyle świetnie zagranymi postaciami, ale relacjami między nimi. Przez cały film bohaterowie są w tarapatach, bo Rocket (dos-ko-na-ły Bradley Cooper) wpadł na cholernie głupi pomysł okantowania złotych ludków z Planety Suwerennych. Jego sarkazm, płynnie przechodzący w chamstwo, daje zarówno dużo zabawy (świetna scena z obśmianiem ksywy herszta kosmicznych piratów Tasak-Mana), ale stając się narastającym problemem dla otoczenia, ukaże prawdziwą naturę wrednego szopa. Nieco nieprzystosowany społecznie Drax (Dave Bautista) będzie kręcić z ponętną Mantis (Pom Klementieff), 99. najseksowniejszą bohaterką komiksową według tego rankingu,  ale po drodze popełni wszystkie możliwe gafy w relacjach damsko-męskich. Z kolei Gamora (Zoe Saldana) nadal ma unspoken thing z Quillem, czuć chemię, ale twórcy — na szczęście — nie śpieszą się z tym wątkiem. Jednocześnie zielona bohaterka będzie musiała poużerać się z upierdliwym młodszym (niebieskim) rodzeństwem, dyszącym rządzą mordu. W dość niespodziewanej roli pojawi się za to Yondu Udonta (Michael Rooker), początkowo wynajęty do schwytania Strażników.

Postać Groota-dzieciaka (pod koniec pierwszej części Groota szlag trafił, ale zdążył zasadzić nasionko) jest w ogóle osobną sprawą, wyrazistą i zabawną postacią; małym, kompletnie nieogarniającym drewienkiem, nie mówiącym więcej ponad „I’m Groot”.  Ze swoimi maślanymi oczkami może spokojnie konkurować z noworodkami leniwców jeśli chodzi o urok osobisty. Polskie tłumaczenie docinków, jakimi raczony jest bohater (pieniek, badylek, sadzonka) oraz końcowa scena z nastoletnim Grootem, czynią z niego właściwie bohatera popkultury.

„Strażnicy Galektyki II” choć trwają ponad dwie godziny, ani na chwilę nie zwalniają czy nużą. Wątki mnożą się, rozdzielają, by doprowadzić do trzymającego w napięciu i dramatycznego finału — wszystko zależeć będzie od nieprzewidywalnego Groota. Motywacje bohaterów są jasne i zrozumiałe, relacje między nimi intrygujące, a skrzący się regulanie humor różnych lotów, dodaje wszystkiemu energii. Nie brak wybuchów i pościgów, ale czujemy, że są one jedynie dodatkiem, środkiem, a nie kwintesencją. Technologia 3D działa i bawi, ale dlatego, że oglądamy DOBRY film, a nie dobre efekty. Do tego smaczki w postaci przemykających Sylvestra Stallone, czy Malezyjki Michelle Yeoh oraz mnóstwo pomysłów na to, co może się zdarzyć w trzeciej części.

Swoją drogą — trochę rozczarowała ścieżka dźwiękowa. Nie wiem, brakowało mi trochę takiej petardy jaką był „Sabotage” Beastie Boys w końcówce „Star Trek: W Nieznane”. Albo po prostu po oglądnięciu zwiastunu do „Thor Ragnarok” zrozumiałem, że mam inny gust muzyczny niż Quill. Sorry, ale podniecenie po usłyszeniu w trailerze nowych przygód superkowala hipnotycznego riffu „Immigrant Song” utrzymało się przez cały seans „Strażników”…

Pozostaje mieć nadzieję, że Led Zeppelin znajdzie się wśród 300 kawałków na odtwarzaczu Zune, jaki Quill dostaje pod koniec filmu…

Współautor

P. S. Bilety i okulary 3D byłem dostałem od IMAX. Dziękować!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s