DOBRY, acz trudny film: Jackie

img-cinemablend-com

Współautor zwołał gromadę na seans, którego — jak się okazało — nie było. Z braku wybranego laku, stanęliśmy przed wyborem jednej z dwóch amerykańskich biografii: albo o najsłynniejszej pierwszej damie USA (przynajmniej do czasu Michelle Obama), albo o twórcy McImperium. Dokonaliśmy — z jakiegoś powodu wszyscy obwiniają Współautorkę — wyboru złego, odkładając na przyszłość historię o początkach McDonald’a. Sam film o Jackie Kennedy zły nie jest, ale na pewno nie nadaje się on na rozluźniający piątek wieczór z przyjaciółmi. A tym bardziej dla zmęczonych tygodniem ludzi pracy! Słoń znowu zasnął (nie był sam!) choć, co zaskakujące, tym razem podobało mu się bardziej, niż nieśpiącej Rybie.

Jackie

Chile, Francja, USA 2016

reż. Pablo Larraín, scen. Noah Oppenheim

wyk. Natalie Portman, Billy Crudup, Peter Sarsgaard, Greta Gerwig, John Hurt

Szara i chłodna rezydencja w Nowej Anglii. Do drzwi puka Dziennikarz, czyli Theodore H. White (Billy Crudup) z czasopisma „Life”. Otwiera mu świeżo owdowiała Jackie Kennedy — od zamachu, w którym zginął jej mąż, minął ledwo tydzień. Drugim powtarzającym się elementem jest rozmowa z księdzem (zmarły niedawno John Hurt) w przededniu kolejnego pogrzebu zmarłych przedwcześnie dzieci Kennedych, których trumny zostały przeniesione do grobu ojca. Film, oparty w dużej części na wywiadzie, uzupełniany jest retrospekcjami. A raczej migawkami wspomnień, bo często są to szarpane, obfite w zbliżenia, krótkie ujęcia. Z czasów prezydentury JFK jest tu przede wszystkim wywiad telewizyjny, w którym Jackie oprowadzała dziennikarzy po Białym Domu. Zdecydowaną większość stanowią zatem trzy dni od zamachu do pogrzebu, które ciągną się, jak lata.

Jednocześnie to mieszanie czasami, przeskakiwanie między wątkami, powracanie do momentu samego zamachu, niemało nas konfunduje. Ciężko tu mówić o spójnej, jednorodnej fabule, raczej mamy do czynienia z kolejnymi scenami, sekwencjami wspomnień. Zdajemy sobie sprawę, że jest to celowy zabieg, mający na celu przenieść akcent z historii, toku wydarzeń, na uczucia bohaterki. Potęguje to wszystko efekt ogromnego dramatu Jackie, która musi się zmierzyć nie tylko z utratą ukochanej osoby i pozycji społecznej, ale z koniecznością udźwignięcia obowiązku zadbania o dziedzictwo zamordowanego męża.

Całość — od formatu ekranu, po samą „kodachrome’ową” kolorystykę — utrzymana jest w estetyce lat sześćdziesiątych, natomiast kamera przez większość czasu skupia się na twarzy Jackie, podążając za Pierwszą Damą niczym uparty, monotematyczny dokumentalista. Realizm jest dodatkowo wzmacniany fenomenalną grą Portman.

media-vanityfair-com

Bo przyznajemy: główna rola zagrana jest genialna. Natalie Portman wręcz przeistoczyła się w tak ikoniczną postać, z wielką dokładnością oddając jej sposób mówienia, mimikę i gesty. Na myśl przychodzi trochę Daniel Day Lewis z „Lincolna”. Tylko my nie dysponujemy na YT nagraniami prezydenta, który zniósł niewolnictwo. A Portman zdawała sobie sprawę, że łatwo będzie ją porównać z odgrywaną postacią. I porządnie odrobiła zadanie domowe.

Sam Lincoln powraca nieraz w rozterkach Jackie — zdaje ona sobie sprawę, że JFK może zostać zapamiętany jedynie przez pryzmat śmierci, a nie ideałów. Choć mało w „Jackie” światowej polityki, widzimy, że jest pierwszą damą z krwi i kości. Zdaje sobie sprawę, że nieco ponad dwa lata na urzędzie, spieprzona akcja podbijania Kuby i niezdecydowane zabieranie się za Wietnam to trochę za mało na przejście do historii. Z drugiej strony oczywiście jego „Jestem Berlińczykiem”… Dlatego właśnie wdowa podejmuje szaleńczą inicjatywę urządzenia mężowi pogrzebu takiego, jaki miał właśnie Lincoln. (Złośliwi mogą się tutaj doszukać podobieństw do pogrzebowej polityki partii rządzącej w pewnym środkowoeuropejskim kraju). Do końca nie wiemy, czy jest to objaw tracenia kontaktu z rzeczywistością, próbą radzenia sobie z traumą, manifestem odwagi w tych „szalonych czasach”, czy głębokim przeświadczeniem o tym, że tak się powinno zrobić.

Mimo, że tyle czasu spędzamy z tytułową bohaterką, nie można powiedzieć, by dane nam było ją wnikliwie poznać. Widzimy ją w bardzo traumatycznych chwilach, słuchamy nie tylko jej negocjacji z przedstawicielami nowej administracji, ale i intymnych rozmów z dziećmi i przyjaciółką, Nancy Thuckerman (Greta Gerwig). Dowiadujemy się, jak próbowała sobie poradzić w tej sytuacji, co pamiętała, ale i poznajemy ją jako wizjonierkę, przekonaną o tym, że jej mąż był niezwykłym człowiekiem. Wychodzi też jej talent i wiedza, doskonale radzi sobie przed kamerami telewizyjnymi, świetnie się ubiera (doskonała scena ze zbroczonym krwią kultowym różowym kompletem od Channel), zna fach dziennikarski, co przysporzy dziennikarzowi „Life” trochę problemów… Niemniej ta ambiwalencja i niedopowiedzenie są na miejscu, szczególnie jeśli chodzi o taką osobowość, w tak trudnym dla niej czasie.

Samego prezydenta Kennedy’ego prawie nie widzimy. Nawet we wspomnieniach z jego życia wciąż znajduje się gdzieś z boku kadru, więcej jest chyba ujęć jego rozkrwawionej czaszki, niż twarzy. Co ciekawe, bohaterowie nie rozmawiają o tym kim był, a jego żona i brat, Robert (Peter Sarsgaard) w rozmowach skupiają się na żałowaniu, kim nie będzie lub kim mógł być… Na opłakiwaniu postaci historycznej, na zastanawianiu się, jak i czy zostanie zapamiętany, czy jego spuścizna była wystarczająca, by go zapamiętały następne pokolenia (oboje mają niemałe wątpliwości).

media-vanityfair-com3

To, co Współautorce się nie podobało, to to, że bohaterowie przez większość czasu mówią nie dialogami, ale wzniosłymi przemowami — przez co bohaterowie wydają się być nie ludźmi z krwi i kości, ale też postaciami z podręczników historii. Ale może właśnie o to chodzi? Współautor z kolei docenia świetną stylizacją oraz kreację Natalii Portman. Film to niełatwy, szczególnie na piątkowy wieczór, ale nie można mu odmówić artyzmu. Dla jednych przyjęta konwencja może być zbyt surowa i przekombinowana, dla innych — wręcz przeciwnie. Stanowić dobry środek dla ujęcia tak niezwykłej postaci.

W skrócie: to nie jest przyjemny film. Chwilami ciągnie się niemiłosiernie, a sama tematyka dobija. Śmierć JFK kładzie się cieniem na całej fabule, bohaterką jest ciągle przeżywająca traumę żona.

Nic dziwnego, że z seansu wyszliśmy zdołowani i poszliśmy utopić żale w tłuszczu kanadyjskich burgerów i poutine.

Współautorzy

awardswatch-com

 

2 thoughts on “DOBRY, acz trudny film: Jackie

  1. Normalnie jak ogladam film i jest ciekawy, do toalety nie wyjde, a tu mialam ochote jak nigdy nawet w miedzyczasie obiad ugotowac 😉 a lubie czasem ciezkie filmy..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s