DOBRY, choć rozczarowujący film z Węgier: Sens życia i jego brak

Za: kozmo.blox.pl

Za: kozmo.blox.pl

„Sens życia i jego brak” wpisuje się w konwencję filmów o samotności w dużym mieście, gdzie młodzi bohaterowie robią dziwne rzeczy plącząc się w meandrach swojego wysoko skomplikowanego i jeszcze bardziej samotnego życia, by radość znaleźć w finałowej podróży do odległego kraju, a właściwie powrotu z niej. Na myśl przychodzą od razu takie cuda jak czescy „Samotni” Ondříčka czy „Włoski dla początkujących”. Madziarska produkcja idzie tymi śladami, niemniej jak dla mnie niebezpiecznie zbliża się do momentu, gdy mamy ochotę krzyknąć bohaterowi, żeby w końcu się ogarnął.

VAN valami furcsa és megmagyarázhatatlan

Węgry, 2014

scen. i reż. Gábor Reisz

wyk. Áron Ferenczik, Juli Jakab

Bo główny bohater, Áron (Áron Ferenczik) to dobiegający trzydziestki mieszkaniec Budapesztu, któremu wszystko się sypie. Rzuca go dość niespodziewanie dziewczyna, a perspektywy zawodowe są katastrofalne. Szczęściem są koledzy i to nawet dużo, dlatego na pocieszenie można zalać robaka w jednym lub w drugim barze, co w jednym przypadku skończy się kupieniem biletu lotniczego do… Portugalii. (Swoją drogą znam z drugiej ręki opowieść o facecie, który kupił sobie w stanie alkoholowego upojenia bilet do Japonii w dwie strony!).

Od początku można zachodzić w głowę jakim cudem tak niegramotny i nudny facet miał dziewczynę czy też jak wytrzymują z nim w sumie fajnie koledzy. Pracy nawet nie zamierza szukać, z resztą poza dyplomem z filmoznawstwa, nie ma się za bardzo czym pochwalić. Mógłby oczywiście ponadrabiać miękkimi umiejętnościami, ale jego entuzjazm worka kartofli i poważne problemy ze skleceniem poprawnego zdania na rozmowie kwalifikacyjnej, nie dają większych nadziei. Na jego usprawiedliwienie są nadopiekuńczy rodzice, którzy trochę poniewczasie zdają sobie sprawę, że rozpieszczony syn wyrósł na upośledzonego społecznie, choć zastanawia, czemu akurat temu starszemu udało się ogarnąć. Fakt, klimat gospodarczo-polityczny, jaki delikatnie się przewija w tle nie nastraja najlepiej, wśród jego kumpli jest lepiej lub gorzej, niemniej na ogół sobie radzą.

Za: ars.pl

Za: ars.pl

Wszystko to podane jest w komediodramatycznym sosie, z rozładowującymi linearną fabułę wstawkami, mniej lub bardziej uroczymi dygresjami rozwijającymi kolejne skojarzenia, odwołania i wspomnienia głównego bohatera. Raz wychodzi to lepiej, raz gorzej, ogólnie miło się to ogląda, niemniej coś szwankuje na poziomie konstrukcji psychologicznej głównego bohatera. Zamiast uroczego misia, który sobie trochę nie radzi i na różne radosne sposoby próbuje odnaleźć się w życiu, dostajemy rozgotowaną kluskę, której momentami ciężko jest kibicować. A nie o to chyba chodzi w tego typu filmach.

Do tego muzyczka rodem z reklam sieci fast-foodów z hamburgerami, jaka momentami robi z całego filmu reklamówkę w stylu „Żyj! Szczęście jest w Tobie!”. W sumie ciekawie to kontrastuje raczej z umiarkowanie optymistyczną kolorystyką Budapesztu. Nie jest to zżółty, na wpół szary świat z „Przysiadł gołąb na gałęzi i rozmyśla o istnieniu”, ale chyba w realu Węgry są nieco bardziej interesujące.

Można postać Árona traktować trochę jako alegorię całego kraju, fajnego i niegłupiego chłopaka, któremu nagle coś przestało wychodzić i zupełnie się pogubił w otaczającym świecie, ale chyba film nie ma aż takich aspiracji. Bardziej ciąży to ku ogólnej i raczej niezobowiązującej powiastce o życiu i samotności, w której trochę za dużo pretensjonalności. Jakby scenariusz powstał na podstawie bloga egzaltowanej trzynastolatki, nadużywającej wielokropków i opisującej, jak to dzisiaj po szkole siedziała pod huśtawką…

…a nad nią chmury…

… skłębione barany ulotnych marzeń i mojej fantazji…

Tak, wyzłośliwiam się paskudnie, niemniej jest to w końcu ciekawa opowiastka o rozterkach braci Madziarów, młodego pokolenia, zmagających się z poważanymi dylematami życiowymi. W tle oczywiście pojawiają się od czasu do czasu wycieczki polityczne, sączy się delikatnie środkowoeuropejska melancholia, czego najlepszym wyrazem są marudzący przy piwie chłopcy, że wszyscy dookoła marudzą. Skąd my to znamy.

Za:static.polityka.pl

Za:static.polityka.pl

Ta próba uchwycenia  problemów młodej generacji Węgrów, jacy znajdują się pod ogromną presją społeczną i radzą sobie jak mogą by jej sprostać (albo uciec przed nią, choćby na kraniec kontynentu) jest jak dla mnie nie do końca udana. Niemniej moje nieukontentowanie wynika chyba z osobistych doświadczeń i świadomości, że można temat ugryźć i ciekawiej i zabawniej. Ale ze spokojnym sumieniem polecam film jako przykład tego, że da się zrobić ciekawe kino o zwykłych ludziach. Coś czego tak bardzo brakuje u nas.

Bo poza nie najlepszym „Nieulotne”, ciężko szukać nad Wisłą dzieła, które w interesujący sposób dotknęłoby tematów zmagań naszej generacji z prozą życia na tej dziwnej planecie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s