DOBRE filmy w Chinach, cz. II: Dzikie historie w Hong Kongu

W Hong Kongu można bardzo łatwo znaleźć tanie miejsce noclegowe i to w samym centrum miasta. Blisko głównej stacji metra, rzut kamieniem od przystani, skąd odchodzą promy na wyspę Hong Kong czy do Makau. I na tym zalety hostelu się kończą. Miejsce jest podłą meliną, z klaustrofobicznymi pokojami, paskudnym standardem sanitarnym. Do tego wyjątkowo wredny właściciel, z którym się trzeba niemal o wszystko wykłócać, i rzesze panów z Bliskiego Wschodu i Azji Południowej, oferujących przy wejściu „cheap hash, bro!”. Złość w człowieku narastała taka, że myśli same kreowały scenariusze wrednej zemsty. Na szczęście udało mi się zobaczyć „Dzikie Historie”, argentyńskiego konkurenta „Idy” do Oscara w tym roku i złość od razu odpuściła. Raz — że film uczy, iż agresja nie popłaca, dwa — film jest tak DOBRY, że od razu opuszczają nas złe feromony, no i trzy — miasto, które ma TAKIE kino, nie może być złe.

Relatos salvajes

Argentyna, Hiszpania, 2014

reż. i scen.  Damián Szifrón

wyk. Ricardo Darín, Oscar Martínez

Był moment, że moja wycieczka do Hong Kongu stanęła po małym znakiem zapytania. Nie był to ogólnie najbardziej fortunny pogodowy dzień w Szanghaju, w wyniku burz i deszczy odwołano, jak przeczytałem w „Szanghai Daily” dzień później, prawie 500 lotów (w tym mój). W tym mój. Chińskie linie lotnicze zaoferowały mi w ramach rekompensaty bilet cztery dni później, więc nie pozostało nic innego, jak ruszyć na dworzec kolejowy, dociepać się dwunastogodzinną podróżą do Shen Zhen i tam wskoczyć w metro do Hong Kongu. Dziwne to uczucie przy przekraczaniu granicy, gdy boimy się, czy zdjążymy na ostatni pociąg, a nie, czy nas wpuszczą do kraju.

Ogólnie: Hong Kong jest jednym z najbardziej fascynujących miast, jakie w życiu widziałem. Doskonale łączy to co kochamy w Azji (dostępne o każdej porze dnia świetne jedzenie, dobry klimat [choć trochę ze wilgotno], koktajl ras i narodów) z tym, czego czasem brakuje Europejczykom w mniej rozwiniętych częściach kontynentu: ogromny wybór knajp i kafejek oraz bogate życie kulturalne. No i ta przytłaczająca ilością drapaczy chmur ciasna metropolia, w jakiej piętrowe busy i napisy po chińsku burzą wrażenie, że jesteśmy w Stanach Zjednoczonych, z której przecież w ciągu godziny rejsu promem uciekamy na odludne, rajskie wyspy. Bajka!

20150620_122939

Broadway Cinematheque, schowane między wieżowcami na chińskiej dzielni Yau Ma Tei, od razu przykuwa naszą uwagę: wielkie plakaty filmowe i transparent „That’s why I love movies”, natychmiast informujący, że nie jesteśmy w zwykłym kinie. Wejście do środka przynosi podwójną ulgę: orzeźwiający powiew klimatyzacji w cholernie gorącym dniu, oraz intrygujące wnętrze, zagospodarowane — oprócz kasy — przez książkokawiarnię Kubrick, sklep z plakatami filmowymi i muzyką. Dojrzenie pod sufitem plakatu z „Krótkiego filmu o zabijaniu” Kieślowskiego nie zdziwiło mnie jednak tak, jak polski (!) plakat z „Poza Prawem” Jima Jarmuscha.

— Oj, sprowadzaliśmy kiedyś plakaty z Polski. Były tanie i naprawdę świetne! — odpowiada zagadany sprzedawca.

Na seans udaję się dopiero dzień później. Tak jak gonić musiałem przez przejście graniczne między Chinami a Hong-Kongiem, tak i tym razem nie dane mi było w spokoju dotrzeć do celu. Dopiero o 20:00 udało mi się wsiąść na prom z Makau (obrzydliwe kasyna, zaniedbane wieżowce i urocze zaułki z Chińczykami przemykającymi po posiadających portugalskie nazwy uliczkach), co zakończyło się gonitwą przez zlaną deszczem Yau Ma Tei. Szczęściem jakimś cudem docieram na ostatnie seanse.

Za: s2.dmcdn.net

Za: s2.dmcdn.net

Dopiero zakupiwszy bilet na zdałem sobie sprawę, że fajnie by było rozwiązać dwa problemy: zrobić coś z parasolką oraz faktem, że w kinie będzie klimatyzacja. A w przemoczonym ubraniu będzie to trochę ryzykowna zdrowotnie opcja. I wtedy dopiero zdałem sobie sprawę, w jak pięknym i dobrze rozumiejącym potrzeby kinofili jestem miejscu. Po pierwsze, przy kasie można było sobie wziąć kondoma na parasolkę, będącym niczym innym jak wąską, plastikową torebką. Po drugie, gdy zupełnie z głupia frant spytałem, czy mają kocyki, dowiedziałem się, że po uiszczeniu depozytu, mogę dostać takowy! Bajka!

Zakaputany w cieplutki materiał, z mokrutką parasolką skutecznie opakowaną w plastik, oddałem się rozkoszy seansu „Dzikich Historii”. Argentyńsko-hiszpańska produkcja, nad którą pieczę sprawował sam Pedro Almodovar, to kilka niepowiązanych ze sobą, mniej i bardziej dzikich opowiastek. Pasażerowie samolotu odkrywają, że wszyscy znają pilota. Kelnerce przychodzi obsługiwać kandydata na burmistrza miasta, który doprowadził do śmierci jej ojca. Panna młoda na weselu odkrywa, że jej świeżo upieczony mąż zdradzał ją z jedną z zaproszonych gości.

Niezwykłe zbiegi okoliczności, w jakich odnajdują się wyraziści bohaterowie, muszący podjąć trudne decyzje, rozwiłać zawiłe dylematy moralne, ale działający w szerszym kontekście rodzinno-społecznym. Chłodne kalkulacje nieraz ustępują narastającym emocjom, a wszystko i tak może szlag trafić, bo nie wiadomo, czy się nagle nie stanie gwiazdą mediów, ofiarą sapiącego zemstą za śmierć żony ojca czy znajomym tego dziwnego człowieka, któremu nie dawaliśmy spokoju na studiach.

Na górze: plakat z "Krótkiego filmu o zabijaniu"

Na górze: plakat z „Krótkiego filmu o zabijaniu”

Dopieszczony do granic możliwości scenariusz i koncept każdej powiastki, połączony z bohaterami, których choć widzimy nieraz jedynie parę minut, to ukazanych w całej złożoności swojej osoby. Opowieści naćkane są zbiegami okoliczności na granicy prawdopodobieństwa, fascynującymi zwrotami akcji. Choć każda historyjka jest inna, to łączy je subtelna krytyka stosunków społecznych. Słabość prawa zostawia bohaterów samym sobie, a bogactwo i udane życie towarzyskie nie bronią przed postawami i poglądami, które nie dość, że wątpliwe moralnie, to nieraz nie prowadzą do zamierzonych skutków.

„Dzikie Historie” mają moment, w którym zastanawiałem się czy chcę to dalej oglądać. Opowiastki są dzikie, przerażająco autentyczne, podszyte wyjątkowo czarnym humorem, a kończą się w każdy możliwy sposób, choć już po pierwszej wiemy, że najniewinniejsza sytuacja nie skończy się w standardowy sposób. Gdy historyjka rozpoczyna się wybuchem, prowadzącym do wyburzenia budynku, spodziewamy się, że zamknięta zostanie wilekm BUM! Podobnie sielankowe wesele potoczy się bardziej jak to z filmu Smarzowskiego. Ale moje wahanie wynikało jedynie z doskonałego połączenia realizmu i nieskrępowanej fantazji, która zwykłe i codzienne sytuacje doprowadzała do granic niepokojącego absurdu.

Z kina wyszedłem rozentuzjazmowany. Kinem i filmem. Kubrick był już zamknięty. Grzecznie oddałem kocyk, odebrałem depozyt, wytrzymałem pokusę, by posilić się w znajdującym się w tym samym budynku fast-foodzie i ruszyłem w spowity ciepłą niedzielną nocą Hong Kong. Przestało padać.

Kubrick Cafe.

Kubrick Cafe.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s