Festiwal bez festiwalu. Relacja z AIFFA 2015

Jackie Chan, karate mistrz! Za: www.freemalaysiatoday.com

Jackie Chan, karate mistrz! Za: http://www.freemalaysiatoday.com

Smukłe jak trzciny kambodżańskie aktorki. Filipińscy filmowcy opowiadający o swoich orgiach posypanych kokainą. Dokumentalista z Mjanmy (dawniej Birma), który spędził 7 miesięcy w więzieniu za nakręcenie nominowanego do Oscara dokumentu. Przeciągająca się cisza na gali, gdy nie ma komu odebrać nagrody. AIFFA 2015 to wydarzenie filmowe jakich mało. Parodniowa impreza na Borneo, w której jak w soczewce skupiają się wszystkie problemy regionu, nie tylko związane z kinematografią. Ale i tak – zabawa jest przednia.

Z cyklu „Coś innego” — relacja Współautora z festiwalu AIFFA 2015, jaki miał miejsce w dniach 9-11 kwietnia w Kuchingu, mieście położonym na malezyjskiej części wyspy Borneo.

Oficjalne logo AIFFA 2015.

Oficjalne logo AIFFA 2015.

Telefon

– Hej, ważna sprawa, mogę zadzwonić? – Słońce waliło niemiłosiernie po oczach, czekałem na kierowcę na odległych przedmieściach Kuala Lumpur, gdzie po raz kolejny użerałem się z lokalną administracją, gdy napisała N. Koleżanka N. pracuje w chyba najciekawszym miejscu w Malezji jeśli chodzi o kulturę – Centrum Sztuk Performatywnych w Kuala Lumpur, potocznie zwanym KLPAC-iem. Prywatny dom kultury, znajdujący się w dawnych zabudowaniach kolonialnych Parku Sentul. Zorganizowana i ogarnięta młoda ekipa, atmosfera jak w Googlu, świetne sztuki, poza tym filmy, warsztaty i wystawy. Duch niezależności i kreatywności wsparty sensowną kasą i profesjonalizmem. Rzadka mieszanka. Gdy zadzwoniła N., wiedziałem, że szykuje się coś grubego.

– Tak, jasne, nie ma problemu! – Już po paru sekundach słyszę znajomy, uroczo sepleniący, ale doskonały (studia w Kanadzie) angielski.

– OK. W telegraficznym skrócie: na początku kwietnia odbywa się na Borneo festiwal filmowy ASEAN, który ogarnia moja znajoma. Duża, międzynarodowa impreza. Będą seminaria i szukają jakiegoś białego, najlepiej Europejczyka, który mógłby coś o filmach powiedzieć. Pomyślałem o tobie, chciałbyś się wybrać?

– Pewnie, jestem białym Europejczykiem, zawsze mogę o filmach poopowiadać. Ale wiesz, że ja nie mam pojęcia o kinie w Azji?

– Luz, możesz gadać o Europie, Polsce, cokolwiek. Ważne żebyś tam był. Szczegóły dogadasz z A.

– Super! A kto za to wszystko płaci…?

– Jakbyś jechał, to organizatorzy opłacają wszystko. Piszesz się na to?

– Łał, pewnie! Daj mi tylko z szefową pogadać, bo chyba będę musiał wolne wziąć.

Wszystko poszło jak z płatka. Z A. ustaliłem, że będę gadać o polskim przemyśle filmowym. Dostaliśmy Oscara, sprzedano 40 mln biletów (najwięcej od lat), ogólnie robimy lepsze kino, a w box officie za 2014 w pierwszej dziesiątce jest sześć polskich produkcji. Wszystko to na dziesięciolecie ustawy o kinematografii, powołującej do życia Polski Instytut Sztuki Filmowej (jak wejdziecie na ich stronę to uważajcie: uderzy was od razu informacja o pozytywnej ocenie NIK-u;), więc chyba można mówić o sukcesie i ładnie o tym poopowiadać? A że w ostatnich latach z polskimi filmami bywało różnie, to ustaliliśmy, że prezentacja będzie nosić tytuł „Droga do „Idy”. Polska perspektywa”. Plan zakładał, że z grubsza nakreślę to, co się działo w polskim przemyśle filmowym po 1989 r. Powiem o kryzysie kina III RP, polityce kulturalnej, festiwalach, kinach studyjnych, no i samych filmach. Była to doskonała okazja do promocji Polski przed większym (i to międzynarodowym!) audytorium, dlatego akceptacja w pracy była formalnością. Ważne było jedno: trzymać się sedna i nie wypuszczać z komentarzami o drażliwie politycznych tematach, jak na przykład krępująca artystyczną twórczość cenzura (którą przeanalizowałem :tutaj:).

Ogarnianie

Impreza nazywała się AIFFA 2015, czyli ASEAN International Film Festival and Award. Dla niewtajemniczonych: ASEAN to Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej, regionalna inicjatywa integracyjna, sięgająca końca lat 60. W tym roku planują stworzyć coś na kształt głębszej unii, przypominającej to, czym jest UE (tzw. ASEAN Community). Zainteresowani tematem wiedzą jednak, że cały ASEAN to górnolotne hasła i pięknie frazesy, dużo słów, mało działania i jeszcze mniej zaufania. Prosty przykład: gdy rok temu zaginął samolot malezyjskich linii lotniczych, Tajlandia dopiero po dziesięciu dniach poinformowała Malezję, że lecący do Pekinu samolot przeleciał nad jej terytorium. Ale w przeciwnym kierunku. Przez pierwsze dni wraku szukano w zupełnie innym miejscu, bo nie wiedziano, że samolot z niewiadomych powodów zawrócił gdzieś nad zatoką Tonkińską i skierował się na południe. Zaufanie zaufaniem, nie wspominajac już o różnicach gospodarczych: ASEAN to Singapur, jedno z najbogatszych i najsprawniej zarządzanych państw na świecie, ale i Kambodża, gdzie wszystko kupuje się za 1 USD.

Mimo to idea ASEAN jest szczytna i dobra, co podkreśla się na każdym kroku.

Finałowa gala. Zdjęcie: Współautor.

Za: twitter.com

By wesprzeć wymianę międzykulturową i zachęcić do współpracy międzynarodowej, postanowiono zorganizować AIFFA, czyli festiwal filmowy regionu. Pierwsza edycja odbyła się w 2013 r. Impreza ma się odbywać co dwa lata, a jej głównym celem jest tzw. networking filmowców z okolicy. Wymiana doświadczeń, dobrych praktyk, pomysłów, wspieranie koprodukcji, dyskusje o kondycji przemysłu filmowego krajów ASEAN, ale przede wszystkim świetna impreza i okazja do poznania fascynujących ludzi. No i najważniejsze – na deser oczywiście pompatyczna gala, na której rozdawane są wszystkim nagrody za wszystko. Azjatycka wersja Oscarów, w tym roku uświetniona obecnością olśniewającej Michelle Yeoh (laska Bonda z „Tomorrow Never Dies”, NIC się nie postarzała!!!) oraz Jackie Chana.

Na AIFFA miałem wystąpić dwa razy. Pierwszego dnia, z wspomnianą już prelekcją o polskiej kinematografii, oraz drugiego — w dyskusji panelowej. Ogólnie to mniej więcej ogarniam, co się w światku polskiego filmu dzieje, ale zdawałem sobie sprawę, że wypadałoby nie dać plamy. Zafundowałem sobie zatem skondensowaną dawkę intensywnego kursu pt.: „Polskie kino 1945-2014”, po którym spokojnie mogę napisać doktorat. Dostałem kupę materiałów od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, Festiwalu Pięć Smaków oraz Nowych Horyzontów. Miesięcznik „Znak” również wsparł podsyłając dwa świetne artykuły: o renesansie kin studyjnych i trendach w polskim kinie ostatnich lat (Wszystkim z tego miejsca dziękuję). Poza tym trzeba było pokopać po Internetach, dyskusjach na filmwebie i stronach licznych instytucji zajmujących się w Polsce kinematografią. Nie ukrywam, zawiołości sieci podmiotów odpowiadających za kondycję przemysłu filmowego nie są łatwą do ogarnięcia sprawą. Jako adept politologii zdałem sobie sprawę, że z jakością przemysłu filmowego jest jak z demokracją: wszyscy chcą to mieć, ale jak to się robi – ciężko stwierdzić. O wdrożeniu w życie nie mówiąc.

Finałowa gala. Zdjęcie: Współautor.

Lotnisko w Kuchingu. Zdjęcie: Współautor.

Czwartek: prelekcja i alkohole

Lotnisko na Kuchingu, stan Sarawak, znajdujący się na malezyjskiej części Borneo. Słońce chowa się za kłębiastymi chmurami, co przy wietrze, czyni życie znacznie znośniejszym

— Przepraszam, może mam przyjemność z Virginią Kennedy? – zagaduję do nieco korpulentnej starszej pani w blond czuprynie, gdy zbieramy się obok wolontariusza, czekającego na nas przy bramkach celników. (Położone na Borneo malezyjskie stany Sabah i Sarawak przeprowadzają kontrole paszportowe. O różnicach między Wschodem a Zachodem malezyjskiego kraju niżej).

– Ach! Tak! Ty też na AIFFA? – zagaduje ta mieszkająca od kilkunastu lat w Azji Australijka uchylając okulary przeciwsłoneczne. Przy okazji poznaję jej przyjaciółkę, dystyngowaną damę Hee Dominique, producentkę z Kuala Lumpur, którą trudno posądzić, że również pochodzi z krainy kangurów. Ale nie miałem okazji dopytać, z której części Azji są jej rodzice.

Tak poznałem dwie najbarwniejsze postaci festiwalu, z którymi przyszło mi spędzić większość czasu nadchodzących dni.

Otwarcie festiwalu w KLPACu. Za: cdn.theborneopost.com

Otwarcie festiwalu w KLPACu. Za: cdn.theborneopost.com

Centrum festiwalowym jest Sarawak Tourism Complex, piękny, pokolonialny budynek z 1871 r., dawna siedziba władz lokalnych. W jego centrum znajduje się kwadratowy ogród, ze sceną na środku; przed wejściem – pomnik upamiętniający pierwszego gubernatora z ramienia Korony. Dookoła witają rozstawione są stoiska mediów, imprez kulturalnych (najważniejsza na Sarawaku to Rainforest World Music Festival, jedna z ważniejszych imprez world music na świecie), studiów nagrań, linii lotniczych etc. Ale nie wygląda to imponująco, parę opuszczonych stoisk na krzyż. Kobieta ze stoiska Borneo Jazzu siedzi w ulokowanym nieco dalej informacji turystycznej. Bo „się nie rozdwoi”. A dookoła masa wolontariuszy…

Wolontariusze to konieczny element każdego festiwalu. Na AIFFA dziwi mnie „falowość” – albo jest ich masa, tak że ciężko znaleźć kogoś bez festiwalowej koszulki, albo nikogo nie można znaleźć.

Do STC wpadam prosto z hotelu, gdzie byłem 48 sekund, żeby zostawić swoje bagaże. Na miejsce prelekcji zjawiam się właściwie spóźniony. Na audytorium przede wszystkim młodzież studencka. Staram się w chaosie opóźnienia podpiąć komputer, ale widzę, że trochę to zajmie, a organizatorzy nie wspierają fachową pomocą. Decyduję się zatem mówić bez prezentacji, wychodzi nieźle, choć mówię 10 proc. tego, co przygotowałem. Jednocześnie, swoją prelekcję to powtórzę w najbliższych dniach jeszcze parę razy w całości w kuluarach, bo każdego w sumie ciekawiło, co zrobić, żeby monotować oscarowe filmy.

Pierwszy dzień upływa mi w całości w centrum festiwalowym. Wieczorem jest przyjęcie, wszystkie alkohole świata za darmo, szwedzki stół i inne frykasy. Lokalne tańce, przemowa Ministra Turystyki Sarawaku, potem kapela grająca hity z lat 70. Poznaję S., scenarzystkę, która przyjechała do Malezji w licznej grupie reprezentantów Indonezji. S. jest parę kieliszków przedemną i pada propozycja now or never, yes or no skonsumowania syntetycznej trawy z Indonezji. Dookoła armia malezyjska w uroczych żółtych beretach. „Nie martw, syntetyk nie ma zapachu, stay casual” — uspokaja S. sięgając po paczkę papierosów. Takie rzeczy tylko na Borneo.

Za: Współautor.

Za: Współautor.

Kiedy zabieram się za odstawienie wina i procedowanie z mocniejszymi alkoholami okazuje się, że czeka na nas już autobus do hotelu. nie ma codyskutować, nawet Indonezyjczycy się zabierają, więc chyba naprawde koniec. W hotelu jestem już o 22:30… Delikatne rozczarowanie po przyzwyczajeniu się do codziennych imprez na każdym szanującym się rodzimym festiwalu. Gdzie NIC NIGDY nie zaczyna się o 9 rano, a przynajmniej nie trzeba się zwlekać z hotelu… Pewnie gdybym wiedział, jak blisko jest hotel, zostałbym dłużej, ale jakie to ma znaczenie, skoro wszyscy i tak wybyli. „Zmęczeni lotem”.

Piątek: długie domy, straszne filmy.

Drugiego dnia panel dyskusyjny ze wspomnianą już Virginią i Werą. Wera jest typowym przykładem, że Azjaci pięknie się starzeją. Po twarzy nie dawaliśmy mu z Virginią więcej jak 18 lat, tymczasem ma… 31 wiosen. I jakie historie! Ten uroczy i wiecznie uśmiechnięty Birmańczyk spędził 7 miesięcy w więzieniu, po tym jak za pazuchy kamerował zamieszki tzw. szafranowej rewolucji, jaka przetoczyła się przez Mjanmę w 2007 r. Świat ku swojemu zaskoczeniu ujrzał protestujących mnichów buddyjskich. Warto też pamiętać, że jeszcze parę lat temu Mjanma konkurowała z Koreą Północną i Turkmenistanem w niechlubnych zawodach na najbardziej odizolowany kraj na świecie. Zebrane relacje były unikatowym zapisem rewolucji, o której nikt nie wiedział. Wera, wraz z 5 innymi osobami zbierał materiały, które po obrobieniu przez Duńczyka Andersa Østergaarda ułożyły się w 2008 r. w dzieło „Burma VJ: Reporting from the Closed Country”, nominowane do Oscara za najlepszy dokument roku. Skrót „VJ” oznacza „video journalists”. Z wyjątkiem Duńczyka wszystkie nazwiska twórców są pseudonimami, dlatego próżno tam szukać Wery. Musicie uwierzyć.

Po opowiedzeniu swoich perypetii Wera wyrasta w naszej ekipie na bohatera walki o wolność. Do Kuchingu przyjechał dobrowolnie opowiadać o filmach w Mjamnie. A Virginia, jak tylko upewniła się, że spędził ponad pół roku w więzieniu, z wrodzoną sobie wrażliwością spytała się go czy miał w pierdlu jakieś boy-to-boy actions.

Nie, to nie Współautor.

Nie, to nie Współautor. Za: Firman Mohtar.

Piątkowy wieczór upływa pod znakiem wizyty w Sarawak Cultural Village, czymś co byśmy nazwali gospodarstwem agroturytycznym. Tylko takim na modłę Boreo. W malezyjskiej części tej trzeciej największej wyspy świata, podzielonej na stany Sarawak i Sabah oraz terytorium federalne Labuan, mieszka kilkadziesiąt odmiennych od siebie plemion, w samym Sarawaku – około 40. W ich strukturze i relacjach trudno się połapać. W Wiosce można wziąć bowiem ślub w rytuale Bidayuh (oficjalny termin określający wspomniane 40 grup etnicznych) bądź Oran Ulu (mal. ludzie z nieprzystępnych terenów) – będącej nieoficjalną zbiorczą nazwą dla 27 małych i malutkich plemion słynących z budowy długich domów, które można oglądać w Wiosce oraz praktykowania chrześcijaństwa wzbogaconego o lokalne wierzenia.  Kulturalna Wioska, nazywana też „Żyjącym Muzeum”, jest nie tyle mniej lub bardziej wiernym odzwierciedleniem tego, jak żyli ludzie na Borneo przed nadejściem cywilizacji, co manifestacją odmienności i tożsamości Wschodniej Malezji. A ta jest bardzo ważna i chętnie – szczególnie w dyskusjach politycznych – podkreślana na każdym kroku. Faktycznie, życie na Borneo wydaje się spokojniejsze, milsze, odległe od politycznych i religijnych awantur kontynentalnej części kraju.

W Wiosce Kulturalnej odbywa się bankiet. Trochę jestem skonsternowany, bo nastawiałem się na udział w maratonie filmowym. Trwająca od 18 do 6 rano uczta filmowa we wspomnianychdługich domach, miała być dla mnie doskonałą okazją na szybkie nadrobienie zaległości i zorientowanie się, gdzie gra która aktorka. OK – umówmy się, że większość filmów były szitowymi kopiami hollywoodzkich produkcji na lokalną modłę, ale bardzo chciałem zobaczyć malezyjski „Terbaik Dari Langit” (zauważyłem zajawkę w kinie, nawet mnie zainteresowała, teraz nie jestem już tak przekonany), poznałem reżyserkę kambodżańskiego „The Last Reel”, intrygowały z plakatu filipińskie „Purok 7” (zwiastun potwierdza, że możemy mieć do czynienia z DOBRYM filmem),  oraz dwa — jak się wydaje świetne — filmy z Wietnamu: „Homostratus” oraz „Inseminator”. Tymczasem zdołałem jedynie wpaść na końcówkę porażającego logiką malezyjskiego filmu o skinach „Ophilia” (porywacze po telefonie matki postanawiają się poddać, ale w ostatniej chwili – stojąc już przed kordonem policyjnym — decydują się jednak ostrzelać stróżów prawa, co nie kończy się dla nich najlepiej. Ach, ciekawostka  – piłem z facetem, co pojawia się w 00:54), po której puszczono JEDYNY FILM JAKI WIDZIAŁEM, czyli „Soekarno”. W następnej sali była komedia akcji dla nastoletnich Singapurczyków, czyli „The Lion Men”. Uch, oceńcie sami jakość przedsięwzięcia, a zrozumiecie, czemu wolałem wrócić na imprezę z darmowym winem ryżowym.

Projekcja "Ophilii". W środku widać informację o przeznaczeniu kopii. Za: Współautor

Projekcja „Ophilii”. W środku widać informację o przeznaczeniu kopii. Za: Współautor

(Czy napisałem, że część filmów – np.: „Ophilia” – była puszczana z tzw. sof copies? Czyli miała taki uroczy napis na środku: „tylko do projekcji”.)

W trakcie bankietu, nad brzegiem jeziorka, zorganizowano artystyczny performance (legenda jakaś czy coś), tubylcy biegali dookoła kąpiących się uroczych dziewoj, wszyscy dali nura do jeziora, a jak się wynurzyli, to z boków, znad naszych głów, zjechały na środek jeziora ognie, rozpalające znajdujące się tam ognisko. („THIS IS SARAWAK!!!”) No cuda, cuda ogłaszają!

Ma miejsce też premiera malezyjskiego filmu „Pilot Cafe”, który oglądała chyba tylko aktorka w nim grająca. Projekcja była po drugiej stronie jeziora, więc ciężko było dostrzec napisy. Niewiele się traciło. Sieczka filmu w puch obraca bariery językowe. (Wytrwałym gratuluję dotrwania do 15 sekundy zwiastunu).

Plakat "Pilot Cafe". Za: Współautor

Plakat „Pilot Cafe”. Za: Współautor

Sobota: Grande Finale!

W Centrum Turystycznym dzieje się seminarium z Chińczykami, którzy – jak powiadają – robią 1000 filmów rocznie, w co trochę ciężko mi uwierzyć. Niemniej Chińczycy mają kasę (największych problem filmowców z regionu), dlatego na sali tłumy. Z resztą na scenie też tłumy, jakby trzeba było dodatkowo przypomnieć, jaki jest najludniejszy naród tej planety. Po drugiej po południu nie ma już właściwie co robić: stoiska zebrane, w salach wykładowych pustki, nawet ciężko wolontariuszy znaleźć. Popołudnie upływa zatem na konsumpcji wina ryżowego nad brzegiem Sarawaku, w blasku słońca i orzeźwiających zefirach wiatru.

Gdzieś w mieście jest już Jackie Chan, ale wino lepsze.

Oczekiwanie w lobby na transport na wieczorową, finałową galę to jak siedzenie w kuluarach przed pokazem nowej kolekcji Diora. Nietrudno rozróżnić aktorki od scenarzystek i producentek. Panowie w stonowanych frakach i garniturach, wybijają się – oprócz aktorek — jedynie Birmańczycy w tradycyjnych strojach i… klapkach. Po największe gwiazdy zajeżdżają luksusowe fury, do których wprowadza je lokalny boss mafijny kulejący i spocony Chińczyk. W paskudnie skrojonym złym białym stroju, o imieniu, które – jak tylko dostrzegłem na jego plakietce — wiem, że wywoła radość, jaką będę się niestety delektować w samotności znajomości języka polskiego przez następne godziny.

Facet nazywał się Ahui.

Takimi brykami woziły się diwy. Za: twitter.com

Takimi brykami woziły się diwy. Za: twitter.com

Sam zmierzam do autobusu przez tłoczący się przed hotelem mały tłum. Chwile, gdy wiemy jak to jest być papieżem na Błoniach w Krakowie…

Gala – wiadomo, dostosowana do kreacji aktoreczek. Czerwony dywan (też się przeszedłem, przekonawszy się, że każdy biały wygląda w Malezji jak znany aktor lub reżyser), przystawka z łososia, numerowane stoliki etc. Prowadzenie gali przez znanego wszystkim aktora (też z nim piłem, w końcu katolik), relacja na żywo w telewizji i dramat w jakiej kolejności pić sorbet, piwo, wino i sok z mango. Siedzę obok filipińskiego aktora/producenta, który zagrał epizod w „Metro Manila” filipińsko-brytyjskiej koprodukcji. Fajny chłopak. Opowiada o tym, że wczoraj to tylko ekstasy i kokaina była, a o to, co jego dziewczyna powie się nie martwi, bo w Manili to regularne urządza orgie. Dostałem zaproszenie do jego dwóch klubów („Nic nie zapłacisz! Bracie, musisz wpaść!”) do stolicy Filipin.

Kusi.

Finałowa gala. Zdjęcie: Współautor.

Finałowa gala. Zdjęcie: Współautor.

No i rozdanie nagród. Z blogerskiej powinności powiedzmy, że królami wieczoru są Filipiny (ale mają też najwięcej nominacji, co skrzętnie przypomina nazajutrz malezyjska prasa). Najlepszy film dla „Tarbai Dari Langit”, choć nie wiem czy to sukces, skoro byli nominowani chyba w pięciu kategoriach. Najlepszą aktorką – Cheryl Gil (Filipińska Sophie Loren, naprawdę klasa kobieta!). Z zaskoczeniem chyba dla wszystkich była najlepsza żeńska rola drugoplanowa dla zachuszczonej dziewoi z Brunei Darusallam.

Ale nagrody kółka wzajemnej adoracji na bok, reszte tutaj doczytacie – z parę razy z konsternacją czekano na odebranie nagrody, już pół biedy, jak przyszedł asystent scenarzysty, ale zażenowana Deborag Teng (Singapurska Sophie Loren, naprawdę klasa kobieta!), zmuszona była powiedzieć, że skoro nikogo nie ma, to przekaże nagrodę potem. WTF?! Potem się jeszcze zaciął film prezentujący Sarawak; piękniutka Chelsja z Malezji pomyliła się przy czytaniu nominacji (podobno aktorka), a jak tylko powiedziano, że chyli się wszystko ku końcowi, to szturmem ruszono na siedzącego stolik obok Jackie Chana (dostało mi się selfie rykoszetem.) Pozostało dorwanie deseru i spijanie wina zostawionego na stoliku. Jedną flaszkę przemycono do autobusu, „puszczono iskrę w krąg”, słowem, powrót do pięknych czasów młodości. A autobus zawiózł całą gromadę afterparty, gdzie – powiem tylko tyle – znalazłem polską wódkę.

Reasumowawszy: oda do krytyków

Orgia purpury na czerwonym dywanie. Chyba Indoenzja, głowy nie dam... Za: twitter.com

Orgia purpury na czerwonym dywanie. Chyba Indoenzja, głowy nie dam… Za: twitter.com

Towarzysko — super impreza! Trzeba jakoś kalendarz wizyt układać, na razie najbardziej prawdopodobne Dżakarta i Singapur. (NAPRAWDĘ myślę o tej Manili:P) Miło było móc pojechać na Borneo i zobaczyć, że ludzie są autentycznie zafascynowani sukcesem polskiej kinematografii. Wiadomo, nie jest jeszcze idealnie, ale było się czym pochwalić. Szokiem dla niektórych były wyniki box-office z zeszłego roku w Polsce, gdzie „Avengers” zamykali pierwszą dziesiątkę.

Co impreza powiedziała? Cóż – w ASEAN każdy sobie rzepkę skrobie, ale taka AIFFA spowoduje chyba, że liczba koprodukcji  wzrośnie. Wera opowiadał, że chce nakręcić film ze sceną z armią, ale ją będzie kręcić w Tajlandii albo Laosie. Poza tym wiadomo: ważniejsza kasa czy artyzm. Niemal wszyscy narzekają na brak kasy, szczególnie na ambitniejsze projekty. Przykład Polski nie nastrajał optymistycznie – „Ida” odniosła sukces głównie za granicą, 3,6 mln widzów w USA, pół miliona we Francji i ok. 100 tys. w Polsce. Podobno jak babka drożdżowa rośnie przemysł filmowy w Wietniamie, wiadomo, najbardziej przedsiębiorczy naród świata, ale jakoś nie spotkałem dużo Witnamczyków. Brylowali Filipińczycy no i oczywiście Malezja. Jak się wszystkim wydawało, całe przedsięwzięcie, było nie tyle wydarzeniem filmowym, co wielką promocją kraju gospodarza, a przede wszystkim Sarawaku. Jasne, każde miasto-gospodarz by się afiszowało, ale chyba zabrakło trochę filmów. Oczywiście, miało być przede wszystkim networkingowo, dlatego ciężko mówić o jakimś tłumnym uczestnictwie. Odbiorcą byli goście i gwiazdy, a nie widzowie.

I na tym się zasadza problem. Narzekali wszyscy na to, że ludzie wybierają szitowe kopie amerykańskich filmów, a nie chcą iść na ambitne produkcje. Spytałem więc w pewnym momencie: „A są w Malezji jacyś krytycy filmowi?” I cisza. W Malezji każda, nawet największa kupa, jest wychwalana pod niebiosa w prasie. Jak pisałem, na jakość przemysłu filmowego wpływa wiele czynników (pieniądze, tradycja, kreatywność i umiejętności twórców), ale jednym z ważniejszych jest szeroko pojęta edukacja.

Diwy filipińskiego kina. Od lewej cudowna Cherie Gil z nagrodą za najlepszą żeńską rolę pierwszoplanową za film "Sonata" oraz legenda -- Nora Aunor, uhonorowana nagrodą zacałokształt twórczości. Za: twitter.com

Diwy filipińskiego kina. Od lewej cudowna Cherie Gil z nagrodą za najlepszą żeńską rolę pierwszoplanową za film „Sonata” oraz legenda — Nora Aunor, uhonorowana nagrodą za całokształt twórczości. Za: twitter.com

Świadomego widza czeba se wychować. Jak gdzieś przeczytałem – w Polsce nie wypada zrobić już festiwalu filmowego bez sekcji edukacyjnej, dyskusji, seminarium. Blogerzy, krytycy filmowi, nawet trollujące mendy z komentarzy na filmweb.pl – wszyscy oni stanowią cholernie istotną część całego przemysłu filmowego, czy mają rację, czy nie. Wiadomo, wolność słowa zakłada też wolność do plecenia andronów i popisywania się niekompetencją (my też się mylimy!). Wprowadzają jednak intelektualny ferment, który można ignorować, krytykować (ostatnio z tekstem „ja wiem lepiej/tylko mechanik może być krytykować samochód” wyjechał niekwestionowany król ostatniej gali „Węży” Mistrz Zanussi), ale stanowiący cholernie ważny element całego kinematograficznego ekosystemu.

Jednym z kluczowych elementów wyjścia polskiego kina z kryzysu była świadomość, że jest kryzys. Dopiero wtedy można zacząć się ogarniać, tworzyć PISF- i liczyć na to, że będzie można oglądać w kółko film z rozdania ostatnich Oscarów.

A dopiero na imprezie, w której wziąłem udział, docenia się to. Bo TO jest jak powietrze — szanuje się i dostrzega dopiero, jak zabraknie. Jest też jak dynamo — jak się przestanie pedałować, to przestanie świecić. (Oba cytaty nie moje!)

Na AIFFIE nie było jednego krytyka. Blogera. Próżno szukać widzów. Studenci na moją prezentację przyszli chyba w ramach zajęć. Była to zamknięta imprezka świata filmu – największy filmowy event ASEAN. Może nie byłoby to problemem, gdyby były inne wydarzenia tego typu. Ale ich nie ma. Przynajmniej w Malezji. Największy festiwal filmowy jeśli chodzi o frekwencję, czyli Festiwal Filmowy UE, jest odwiedzany najczęściej przez… obcokrajowców. Najważniejszy festiwal kina malezyjskiego był rok temu organizowany w takich piernikach, że niewiele osób się pofatygowało (może to była świadoma decyzja, wynikająca z chęci oszczędzenia ludziom oglądania tych radosnych dzieł?). Więc gdzie ci ludzie mają rozsmakowywać się w dobrym kinie i uczyć czytać ruchome obrazki? A w ASEAN są upierdliwi blogerzy filmowi, oj są.

Za: i.ytimg.com

Za: i.ytimg.com

Są też kreatywni, świetni ludzie, z dobrymi pomysłami, miotający się między robieniem biznesu i tworzeniem sztuki. Zaszczytem było ich spotkać i życzę im wszystkiego najlepszego, bo stać ich na dużo. Interesują się kinem światowym, wiedzą, co i jak chcą powiedzieć. Taki Wera, co na przekór wszystkiemu pracował nad docenionym w świecie dokumencie. Mercedes (moja ulubiona aktorka młodego pokolenia), która gra we wchodzącej właśnie do kin „Rosicie” (występuje u boku Jensa Albinusa, znanego z „Szefa wszystkich szefów” von Triera!). No i sól filmów, młodzi scenarzyści z Indonezji czy Filipin. Trzymam za nich kciuki i czekam na zaproszenia na premiery ich filmów*. 

Są też fani dobrego kina.

Spytałem kiedyś jednego z nich, gdzie chodzą do kina w Malezji. W końcu do wyboru są albo multiplexy albo kino tamilskie (with all due respect!):

— Kina? Tutaj nie ma kin!

* * *

Jadąc na lotnisku czytam wiadomości. Najnowsze zmiany w tzw. Sedition Act (ulubiony wytrych na niepokornych) zdaniem prawników umożliwią karanie za negatywne wpisy w mediach społecznościowych. Biorąc pod uwagę, że prawo to jest bardzo chętnie wykorzystywane ostatnimi czasy do ścigania nieprawomyślnych (najczęściej z opozycji), czekamy na rozwój wypadków.

Od razu przypomniał mi się news z lutego, w którym zapowiadano, że Malezja będzie chciała wyprodukować Oscarowy film. Bo trzeba tylko nad scenariuszami popracować.

BTW — Rosjanie podobno budują swoją Dolinę Krzemową.

* – akapit dopisany 23 kwietnia 2015 r.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s