Dobry nowozelandzki dokument o wampirach: Co robimy w ukryciu?

Za: thefilmstage.com

Za: thefilmstage.com

Dokument, jak dokument: kamera bacznie obserwuje dynamikę relacji wewnętrz pewnej grupy odszczepieńców, żyjących w jednym domu, gdzieś w Wellington. Chłopcy znają się długo, stanowią — pomimo sporej różnicy wieku — zgraną pakę. Jednak wiadomo, jak to w zgranej pace współlokatorów: raz po raz ktoś zrobi jakąś głupotę, nie pozmywa naczyń, ma swój zły dzień. Osią fabularną jest oczekiwanie na najważniejszą dla społeczności imprezę roku, jednak po drodze szeregi ich towarzystwa wzbogaci nowy członek, który wprowadzi trochę zamieszania. Wszystko byłoby normalnym dokumentem, gdyby nasi bohaterowie nie byli… wampirami. I gdyby był to prawdziwy dokument. (Ale jedno wynika z drugiego, nie?)

Za: cdn.collider.com

Za: cdn.collider.com

What Do We Do In The Shadows?

Nowa Zelandia, 2014

reż. i scen. Jemaine Clement, Taika Waititi

wyk. Jemaine Clement,  Taika Waititi

„Co robimy w ukryciu” to kwintesencja tego, co Nowa Zelandia ma najlepszego do zaoferowania w kwestii sztuk audiowizualnych: absurd serialu „Flight of the Conchords” o zespole o tej samej nazwie (nagrodzonym „Grammy” za najlepszą muzykę w serialu komediowym!), polany grozą kina kiwi-gothic przefiltrowaną przez nowozelandzki czarny humor.

We wspomnianą już kliszę socjologicznego dokumentu twórcy wtłaczają skondensowaną dawkę czystego nonsensu, absurdu i groteski; komizmu zasadzającego się na idealnie wyważonym kontraście między znanymi konwencjami i doskonale wykorzystanymi elementami klasyki kina grozy. Oto gdzieś w mieście żyje sobie beztrosko ekipa wampirów, zmagająca się z codziennymi, choć nieco specyficznymi problemami.

Już pierwsza scena budzi nasz (przynajmniej mój) głupawy śmiech: drący się o godzinie szóstej budzik wyłączany jest z mozołem wygrzebującą się z trumny ręką. Viago (Taika Vaititi) tłumaczy nam po chwili strach, jakim zawsze rano podchodzi do okna. Tja, „Rano”. Dopiero gdy upewnia się, że za firankami panują egipskie ciemności, orientujemy się, że jest 18:00, a nie świt. Nici z wpadających do pokoju snopów porannego światła.

W tym momencie Viago zaczyna obchód po domu, a zarazem prezentację swoich uroczych współokatorów: urodzonego jeszcze w średniowieczu — jak się domyślamy, na terenach obecnej Rumunii — Vladimira (Jemaine Clement), liczącego prawie 400 lat Deacona (Jonathan Brugh) oraz maskotkę domu, wyglądającego jak zmurszały Nosferatu Peter (Ben Fransham). Peter w ogóle ma 8 tysięcy lat i w swojej mrocznej szacie oraz zębami jak glebogryzarka powinien mieć jakieś, cóż, bardziej… hm… starożytne? …mroczne? imię.

Za: kaneskennar.com

Za: kaneskennar.com

Ciężko nam wybrać ulubionego bohatera, bowiem każdy z nich jest w pełni przemyślaną i arcykomiczną postacią, co też stanowi o pełnokrwistości filmu. Zmanierowany Viago podkładający gazetę po ofiarę, żeby nie pochlapać niczego, a potem klnący, że trafił w samą aortę. Wyrywanie przez Nicka (Cori Gonzalez-Macuer) lasek w barze na tekst „Jestem wampirem!”. Potykanie się o resztki przed trumną Petera („ach, kręgosłup!”). Młodociane wampirki polujące na pedofili.

„Poranne” spotkanie w kuchni zaczyna się awanturą. Deacon od pięciu lat nie zmywał naczyć. „Ile można patrzeć na ubrudzone krwią naczynia w kuchni?!” — pyta się retorycznie Vladimir, a kamera łapię ujęcie ociekającą osoczem zastawą zalegającą zlew.

Potem jest już tylko lepiej. Do chłopców dołącza trochę nieogarnięty Nick, zupełnie wyłączony z rzeczywistości informatyk Stu (Stuart Rutherfort); poznamy bestialską (dosłowie) byłą Vladimira (Elena Stejko), a gdzieś w tle towarzyszy nam Jackie (Jackie van Beek), chąca zostać wampirem służąca Deacona. Wszystko zmierza do finału, będącego coroczną Maskaradą, na której stawiają się wszystkie organizacje nieumarłych z okolicy. Cudowna satyra na społeczeństwo obywatelskie pączkujące mniej lub bardziej sensownymi stowarzyszeniami. Po drodze trzeba będzie jeszcze poradzić sobie z jednym łowcą wampirów, konfliktem ze starającymi się nie przeklinać wilkołakami (jeden z lepszych motywów filmu) i niespełnioną miłością Deacona…

Za: cdn.3news.co.nz

Za: cdn.3news.co.nz

Nasycona świetnymi żartami i żarcikami produkcja ogląda się jednym tchem (jak to się mówi?!). Lekkość i pomysłowość. Idealny balans komedii i dramatu w jednak cholernej trudnej formie. Trudnej, bo wymagającej sprawnego połączenia paru konwencji, odpowiednich środków technicznych i wystarczająco dużo dystansu do tego wszystkiego. No i doskonałe teksty, które padają właściwie nieustannie:

— Czemu wolimy jeść dziewice? Cóż, jakby to wytłumaczyć? Lubisz jeść sandwicha, którego ktoś wcześniej zerżnął? — filozofuje Vladimir.

Albo:

— Byłeś prawiczkiem kiedy się spotykaliśmy!

— Ale miałem wtedy 12 lat! Już nie jestem!

A wszystko to subtelnie okraszone efektami specjalnymi, przypominającymi nam, że w końcu film jest o wampirach. Można się przestraszyć!

Polskie „Co robimy w ukryciu?” oczywiście masakruje żarcik zawarty w oryginalnym tytule, gdzie okolicznikiem miejsca jest „shadows”, co od razu daje pewien trop. Z resztą nie mamy co płakać (no chyba że jest się aspirującym tłumaczem). Od początku bowiem wiemy, że mamy do czynienia z komediowym mockumentary. Bo jak zareagować na poważne ostrzeżenia z plansz otwierających, że wprawdzie film jest o wampirach, ale twórcom nic się nie stało, bo cały czas mieli przy sobie krzyże?

2 thoughts on “Dobry nowozelandzki dokument o wampirach: Co robimy w ukryciu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s