ZŁY film: Focus

Za: freshfiction.tv

Za: freshfiction.tv

Will Smith miał gwarantować lekką i niezobowiązującą zabawę, trochę intrygi i dużo akcji. Piękna buzia (i nie tylko) Margot Robbie miała zaś przydać wszystkiemu glamuru i wrażeń estetycznych. Niestety, kino szpiegowskie/akcji w połowie stało się ckliwą i średnio zrozumiałą historią romantyczną, wątki sensacyjne i jakakolwiek fabuła zeszły zaś na drugi plan. Wygląda to wszystko tak, jakby za „Ocean’s Eleven” zabrali się twórcy „Igrzysk Śmierci”. Chyba nie o to chodziło…

Za: hdfinewallpapers.com

Za: hdfinewallpapers.com

„Focus”

USA, 2015

reż i scen. Glenn Ficarra, John Requa

wyk. Will Smith, Margot Robbie

Zły byłem na siebie, bo jak bym się sprężył to zdążyłbym na „Kingsman: Tajne Służby”. Fakt, było 15 minut po rozpoczęciu seansu, ale załapałbym się akurat na początek filmu po paśmie reklam, jednak skusiło mnie sushi za 10 zł w japońskim supermarkecie oraz możliwość spokojnego skonsumowania go przy lekturze periodyku muzułmańskich feministek. Głód oraz pragnienie wiedzy spowodowały, że wieczór przyszło mi spędzić z Willem Smithem, a nie Colinem Firthem. Choć prędzej czy później wybiorę się na angielską produkcję, która — trochę boję się — będzie „Szpiegiem” dla mniej wymagającej gimbazy, to wybór padł na „Focus”. Jedyny pożytek: zobaczyłem trailery intrygującego „Jurrasic Park” i „Avengersów”, oraz w spokoju spożyłem surową rybę z ryżem.

Spodziewałem się oczywiście czegoś w stylu „Jesteś Bogiem” (nie, nie polskiego dramatu o historii Paktofoniki, tylko „Limitless” z Bradleyem Cooperem). Czyli mniej lub bardziej dynamicznej historyjki, z akceptowalnym pseudopsychologicznym/kognitywistycznym bullshitem w tle, będącym uzasadnieniem dla mnogiej ilości scen walki i wybuchów. Pierwsze sceny, w których Nicky (Will Smith), pokazuje rekrutowanej do jego szajki Jess (Margot Robbie) jak wykorzystać perfektyjną zręczność i koncentrację by być najlepszym złodziejem świata, są bardzo obiecujące. Wszechobecny mit multi-taskingu w połączeniu z postępującym uzależnieniem od — jak pokazują ostatnie badania — ogłupiającego internetu/gadżetów jest świetnym i jakże aktualnym tematem, który aż się prosi o zgrabną fabułę. Miejsca akcji — eleganckie kluby, luksusowe hotele, wyrafinowane bary — w połączeniu z pełną rytmu i groovu muzyką budują łechcący nas entourage, w którym — spodziewamy się — osadzona zostanie wartka akcja.

Niestety, do połowy jeszcze jest jakieś tempo. Dziwny to film, bo właśnie w środku wszystko się ucina. Następuje niczym nie uzasadniony antrakt, po którym przenosimy się z Nowego Orleanu do Argentyny. Od drobnych kradzieży, do szpiegostwa przemysłowego. Brzmi nieźle, ale jak i dlaczego nagle zrywa się kontakt doskonale zgranego duetu doświadczonego iluzjonisty-złodzieja oraz arcyuroczej, acz nie mniej utalentowanej młódki? Tego nikt nam nie wyjaśnia.

Dwa mankamenty: po pierwsze te dziwne dwie części. Pierwsza, gdy Nicky wprowadza Jess w oszałamiający świat elitarnych kradzieży. Po serii drobnych podwinięć grubych portfeli milionerów w barach czy lożach VIP różnych przybytków, ma miejsce tyleż pełna napięcia, co konfuzji akcja na stadionie. Pokazuje dodatkowo spryt Nickiego, ale jest za długa. I do niczego nie prowadzi, bo wiemy, że nasz bohater jest dobry. Akcja w Argentynie nie ma nic więcej wspólnego z tym, co się działo w Ameryce, z wyjątkiem romantycznych perypetii głównych bohaterów.

I drugi problem: właśnie ten wątek miłosny, który jest irytujący, nie tyle swoją niezrozumiałością i brakiem jakiejkolwiek logiki, ale tym, że tak intensywnie jest eksponowany. Oczywiście, w tego typu filmach wybaczamy psychologiczne uproszczenia, ale fakt, że na pozostałych frontach wieje nudą, szczególnie uwypukla ten nieznośny element.

Dzieło panów Reqa i  Ficarra jest ładne. Eleganckie. Wszyscy noszą cudnie skrojone i doskonale dopasowane marynarki i sweterki. (Ostatni tak „dobrze ubrany” film, jaki widziałem, to „Wielkie Piękno”). Robbie w każdej scenie wygląda tak idealnie, że aż nam się nie chce wierzyć. W tle sączą się wysmakowane nuty oscylujące od chill-outu po mocniejsze rytmy. Dialogi skrzą się od żartów i sarkastycznych docinek. Kamera lata nad Nowym Oreanem i szalonym Buenos Aires. Jednak te frustrujące niedociągnięcia na poziomie scenariusza, oraz absurdalne zakończenie z nieoczekiwanym comingoutem Owensa (znany z „House of Cards” Gerald McRaney) przeważają szalę goryczy. Bo do końca, naiwnie, czekamy, że jest jakiś haczyk. Że trzeba się wykazać koncentracją. Daremnie. Zostawia nas to wszystko z za dużym niedostytem, byśmy ze spokojnym sumieniem mogli powiedzieć, że jest to DOBRY film.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s