Przeoczony (DOBRY), choć kontrowersyjny film z 2014 r.: Kill the Messanger

www.atlantamagazine.comZbliża się rozdanie Nagród Akademii. Największe szanse mają uznane przez nas za zdecydowanie DOBRE produkcje filmy „Grand Budapest Hotel” oraz „Birdman”. Kibicujemy naszym, którzy dostali pięć nominacji, w tym „Idzie” nominowanej w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Nominacje do Oscarów są oczywiście przyczynkiem do analizowania stanu Hollywood A.D. 2014 r., które nie uwzględniając kobiet i czarnoskórych wśród nominowanych za reżyserię wskazują, że światek kinowy nie jest tak progresywny, jak się wszystkim zdawało. (Najbardziej się dostaje za pominięcie „Selmy” Amy Du Vernay, nominacja dla której ucieszyłaby zarówno feministki jak i tych, co uważają, że rasizm dalej jest poważnym problemem w Stanach). Tu i tam pojawiają się też listy najgorszych czy też najbardziej niedocenionych filmów zeszłego roku. Na tych ostatnich zabrakło jednak niezwykle ciekawej produkcji, która choć była finansową katastrofą (zarobiła dwa razy mniej niż kosztowała), to stanowiła bardzo ożywczy, choć kontrowersyjny, powiew w podejmowanej przez amerykańskich filmowców tematyce.

Za: cinescopia.com

Za: cinescopia.com

Kill the Messanger

USA, 2014

reż. Michael Cuesa, scen. Peter Landesman,

wyk. Jeremy Renner, Michael Sheen

Dziwny to był dzień. Nie miałem żadnych planów na popołudnie, więc postanowiłem pójść samemu do kina. Tak, uważam, że oglądanie filmów jest jednak czynnością społeczną, a i zazwyczaj idziemy do cudnych multipleksów grupą, jednak tym razem było inaczej. Osobiście nie mam problemu z brakiem towarzystwa na sali kinowej, nie uważam, że jest to w jakiś sposób dziwne/prowokujące/desperackie (a znam ludzi, którzy tak uważają!). Oddam sprawiedliwości: film widziałem jeszcze w listopadzie, ale stwierdziłem, że z recenzją poczekam do oscarowych nominacji. A tu nic…

„Kill the Messanger” to taka anty-operacja Argo. Podobieństw jest dużo: historia oparta na autentycznych wypadkach, w tle autorytarny reżim i wielka polityka, a przeciwko niej dzielny bohater, samotnie walczący w słusznej sprawie. Z jedną zasadnicza różnicą — dziennikarz Gary Webb (Jeremy Renner), w przeciwieństwie do Tonego Mendesa z filmu Afflecka, walczy… ze swoim rządem. Webb był dziennikarzem śledczym podrzędnego dziennika w San Jose. W 1996 r. serią artykułów pt. „Dark Alliance” ujawnił powiązania między CIA, a nikaraguańską partyzantką contras, szmuglującą narkotyki do USA. Przypomnijmy: ujawnienie afery z dostawami broni z Waszyngtonu dla walczących z latynoamerykańską dyktaturą partyzantami wywołało najszybszy w historii amerykańskich prezydentów spadek poparcia. Notowania Raegana spadły wówczas o 21 punktów procentowych w zaledwie tydzień!

Webb wpadł na trop jeszcze bardziej śmierdzącej sprawy: CIA współpracowała z contras w kwestii zalewania Stanów kokainą, która — zdaniem dziennikarza — znacząco wpłynęła na wybuch epidemii cracku, jaka dotknęła USA w latach 80. Abstrahując od radosnej hipokryzji neokonserwatywnej administracji, wychodzi na to, że CIA aktywnie wspierała narkotyzowanie społeczeństwa.

Film to nic innego jak dramatyczna historia dziennikarza, który z gwiazdy dziennikarstwa śledzczego, stopniowo staje się wrogiem publicznym. Po początkowych sukcesach, pojawiają się pierwsze kontrowersje. Okazuje się, że narastająca niechęć mediów, ma swoje źródło i w końcu okaże się, że prawdziwym przeciwnikiem jest — jak to napisał pewien malezyjski publicysta — najbardziej zbrodnicza agencja wywiadowcza na świecie. bo pomimo, że od czasu afery trochę minęło, u steru są nadal ci sami ludzie.

Renner, którego nie darzę największą sympatią, naprawdę bardzo przekonująco odgrywa rolę dosyć niepozornego Webba. Oto facetowi, będącemu właściwie takm everymanem, statystycznym Amerykaninem, przytrafia się wpaść na trop cholernie grubej afery. Film się świetnie ogląda, choć nie ukrywam, nie jest to najmilszy seans. Każdy może sobie przeczytać na wikipedii o Webbie, i choć nie dane mu było stać się Woodwardem czy Bernsteinem lat 90., to jednak finał całej historii porządnie daje do myślenia. Uciskany przez wredne rządowe agencje dziennikarz budzi sympatię nie tylko tylko trotylowych dziennikarzy „Rzeczpospolitej”. Bo to, jak macherzy od losu z CIA rozbroili bombę rewelacji odkrytych Webba, było przerażającym majstersztykiem sztuki wywiadowczej.

Próbując się pokusić o pytanie, dlaczego reżyser nie przebił się ze swoim dziełem do szerszej publiczności, wskazałbym na dwa mankamenty. Pierwszy, typowo filmowy: trochę szawankuje dynamika. Jest to o tyle zaskakujące, że Michael Cuesta był producentem i reżyserem takich serialowych majstersztyków jak „Sześć stóp pod ziemią” czy „Homeland”. Tymczasem „Kill the Messanger” nie utrzymuje narzuconego od początku tempa. Fakt, od medialnego zamieszania przechodzimy do subtelnego zastraszania bezbronnego dziennikarza. Pojawia się kontakt na Kapitolu (Michael Sheen), jednak nie za wiele z niego wynika. Jak się wydaje nie udało się ukazać tej nierównej walki o prawdę w atrakcyjny dla szerszej publiki sposób.

Druga sprawa: film jednoznacznie bierze w obronę Webba. Nie mam wrażenia, że filmowy Webb jest tak pewny siebie, jak ten z artykułu Jeffa Leena, który twierdzi, że nasz bohater nie był żadnym bohaterem. I nawet jeśli Webb był przykładem dziennikarza, który na ołtarzu żądzy sławy i pogoni za prawdą poświęcił rzetelność, to ten film o amerykańskim Cezarym Gmyzie jest DOBRĄ i mocno szokująca produkcją, opowiadająca dramatyczną historię z przeszłości o jakże aktualnym problemie.

A jednocześnie przypominającą, że filmy polityczne, zawsze będą analizowane przez pryzmat rzeczywistości i poglądów politycznych.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s