Trzy dobre komedie ze Skandynawii

Trzy komedie z północnej Europy. A konkretniej z Danii, Szwecji i Norwegii. Jedna stara staroć, którą warto przypomnieć i dwie produkcje, które były do zobaczenia w Polsce w tym roku. Niby wszystkie trzy zaklasyfikowane jako komedia, ale każda z nich operuje innym poczuciem humoruDo wyboru do koloru: komedia kryminalna, czarna i taka-nie-do-końca-czarna. Nie brakuje też neonazistów, (sam Hitler się pojawia!), przemocy w szkole, dużej dozy dystansu do swoich nacji i momentów, gdy zadajemy sobie pytanie, co to do licha jest. Ale jest dobrze. I ciekawostka: w każdej z nich pojawia się wątek azjatycki, z czego w dwóch tak obecna ostatnio na tym blogu Indonezja.

Za: i.ytimg.com

Za: i.ytimg.com

Zacznijmy od filmu, który urzekł mnie swoim tytułem. Wyprodukowany w 2013 r. w Szwecji „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” zapowiadał dość pokręcone przygody geriatryków. Okazało się, że jest bardziej przaśno niż dziwnie, ale i tak nie można narzekać. Allan (Robert Gustaffson), tytułowy stulatek (choć aktor go grający jest młodszy od mojego ojca!), zirytowany nudą w domu spokojnej jesieni postanawia po prostu wyjść przez okno i uciec w świat. Po drodze zawija pewnemu neonaziście walizkę z kasą i dzięki pomocy przygodnie poznanego dróżnika Juliusa (Iwar Wiklander) stara się zgubić pościg wściekłych reprezentantów skrajnej prawicy. Po drodze dołączy do niego wybitnie nieogarnięty Benny (David Wiberg), student wszystkich możliwych kierunków, jedna kobieta i śmiercionośny słoń (że zwierzę).

Za: api.ning.com

Za: api.ning.com

Perypete całej tej gromadki przeplatane są wspomnieniami z życia Allana, który jest istnym szwedzkim Forrestem Gumpem: półidiotą, który miał okazję tańczyć z Franco, pić ze Stalinem, musiał uciekać z łagru (logiczna konsekwencja tego drugiego), gdzie spotkał głupszego brata Einsteina, by stać się podwójnym szpiegiem w Europie czasu zimnej wojny. Jako saper amator — a zdolności swoje wykorzystuje nieustająco — wkręcił się też w projekt Manhattan.

Dużo tu humoru sytuacyjnego, całość jest trochę kluskowata i radosna w dobrym tego słowa znaczeniu, jednak do polecenia ze spokojnym sumieniem.

Wątek azjatycki: finał na Bali.

Z kolei norewski „Obywatel roku” jest już o wiele poważniejszy. I zimniejszy. Zaprezentowana na ostatnim Festiwalu w Berlinie komedia kryminalna opowiada historię kierowcy pługu, Nilsa (oszczędnie gospodarujący emocjami Stellan Skarsgård), któremu mafia — ustalmy: przypadkowo — morduje syna. Szanowny obywatel w obliczu idyferrentyzmu wymiaru sprawiedliwości rusza z prywatną vendettą, serwowaną na zimno. Bardzo zimno. Jej celem jest szef norweskiej mafi narkotykowej, młody, szarmancki i bezlitosny Książę (Pål Sverre Hagen).

I trzeba przyznać całkiem dobrze Nilsowi idzie. Przyda się trochę ogrodniczej fantazji, duży pług i kontakty brata, który jest emerytowanym hitmanem mafii, cieszącym się zasłużoną i spokojną emerytrą w domu będącym mariażem nordyckiego minimalizmu i tajskiej ornamentyki.

We wszystko, trochę przypadkiem wpląta się albańska serbska mafia, która dotychczas pokojowo koegzystowała z norweskimi mafiozami. Będzie to okazja do wyrafinowanych żartów i żarcików z narodowych stereotypów. „Wiesz czemu w tropikach nie ma państwa opiekuńczego?” — pyta jeden z Norwegów. „Wyciągasz rękę i masz banana” — od razu odpowada rechocząc.

Za: p3.no

Za: p3.no

Albańczyków Serbów do białości zirytuje nieświadome przywiązanie przez Norwegów ciała syna herszta bandy do znaku informującego o tym, że znajduje się on (znak, nie herszt) na wyskokości 1389 m.n.p.m. Dla imigrantów z Bałkanów będzie to czytelny sygnał, że pora na wojnę. W końcu w 1389 r. miała miejsce bitwa na Kosowym Polu, do dzisiaj serbska trauma narodowa. (Skoro już tu jestem: jak się okazało nie jest ze mną tak źle, i szef Albańczyków Serbów, Papa, rzeczywiście ma coś z Hitlera. W końcu w jego postać wciela się znany z głównej roli w „Upadku” Bruno Ganz.) Będzie wiecznie sfochowana tajska żona brata Nielsa, Japończyk o ksywie „Chińczyk”, „małpy ze Wschodu” i „dziwni Norwegowie”, którzy sprzątają po psach.

Trup ściele się gęsto, a czarne plansze, z imionami kolejnych ofiar i symbolami ich religii (dziwi, czemu Serbowie nie mają prawosławnych krzyży) co rusz pojawiają się na ekranie. Nils uruchomi spiralę morderstw, w którą ochoczo włączą się obie mafie.

Wszystko toczy się w zasypanej po uszy śniegiem Norwegii. W końcu główny bohater jeździ pługiem, a zemsta to danie serwowane na zimno. Mało tu muzyki, efektów i humoru wywołującego salwy śmiechu, za to dużo mrozu, bieli i przestworu zasypanych widoczków norweskiej prowincji. Choć zaznaczmy, nie ma kontemplacyjnych ujęć skandynawskiej natury. Ograniczone środki formalne rekompensowane są sprytną fabułą, intrygującą kolejnymi zbiegami okoliczności, które finalnie doprowadzą do spotkania się serbskich i norweskich przestępców. A gdzieś po środku będzie dzielny i niewzruszony Nils.

Więcej tu „Fargo” niż „Pulp Ficition”. I nie chodzi tylko o okoliczności przyrody i temperaturę na zewnątrz. Wszystko toczy się swoim tempem, ciężko momentami wyczuć, czy to dramat czy komedia. A jeśli komedia, to zdecydowanie więcej tu kryminalistyki niż komedii.

Wątek azjatycki: imigranci, Japończycy i sfochowana Tajka.

Za: www-hetfilmgesprek-nl

Za: www-hetfilmgesprek-nl

Na koniec rewelacyjne „Jabła Adama” z 2005 r., najlepsze z całej trójki i chyba jeden z najlepszych filmów jakie w życiu widziałem. Tak się pisze scenariusze, tworzy postaci i prowadzi fabułę! Duńsko-niemiecka komedia, z fenomenalnym Madsem Mikkelsenem, jako patologicznie optymistycznym księdzem Ivanem, prowadzącym ośrodek resocjalizacyjny dla więźniów, którym kończy się wyrok. Na jego parafii zjawia się zatem tytułowy Adam (Ulrich Thomsen), neonazista, który na miejscu uzupełnia dość pokręconą pakę, w skład której oprócz Ivana wchodzi Khalid (Ali Kazim), saudyjski włamywacz mszczący się za globalizację napadami rabunkowymi na stacje Statoilu  oraz Gunnar (Nicolas Bro), była nadzieja duńskiego tenisa, która oddaje się nałogowi alkoholowemu.

Większość komizmu to świetny Mikkelsen i jego postać. Protestancki ksiądz Ivan, który nie przyjmuje do wiadomości najoczywistszych faktów, będąc przekonanym, że ludzie są dobrzy, a jedynie Bóg wystawia nas na próbę, nawet jeśli są to trudności z upieczeniem szarlotki. Skandynawski Hiob. Saudyjczyk ma kominiarkę? Zimno mu. Plik banknotów? Zbiera na ubranie. Na film szybko zstępują gęste opary absurdu i czarny jak smoła humor, co w połączeniu z intrygującą i doskonale opracowaną fabułą pochłania nas bez reszty. Ivan z tekstami w stylu „to gruby nietakt” komentujący zachowanie bandy neonazistów grożącej mu śmiercią wywołuje w nas spazmatyczny śmiech. Wśród moich znajomych jest to już kultowy tekst.

Za: media.tumblr.com

Za: media.tumblr.com

Tytułowe jabłka to zadanie, jakie ma do wypełnienia Adam. Symbol grzechu, (ale to tylko przez błąd w tłumaczeniu, w starohebrajskim — podobno — „jabłko” i „grzech” brzmią podobnie) ma stać się formą resocjalizacji Adama, który ma upiec szarlotkę z owoców, rosnących na przykościelnej jabłonce. Dramatyczne losy drzewka staną się właściwie osią fabularną opowiastki, nadając wszystkiemu głęboko symboliczny wymiar.

Tym co stanowi o tym, że „Jabłka Adama” są klasyką gatunku, to przemycane w tle poważne pytania o naturę dobra i racjonalność zachowań ludzkich. Ivan okazuje się oczywiście nie być całkiem zdrowym osobnikiem, stąd jego patologiczne kłamstwa. Choćby o tym, że syn z porażeniem mózgowym jest najnormalniejszym na świecie dzieckiem, a żona nie popełniła samobójstwa, tylko tragicznie zmarła, bo pomyliła pigułki nasenne z M&Msami.

Za: 38.media.tumblr.com

Za: 38.media.tumblr.com

Co więcej, cała opowiastka cholernie mieszka w głowie i konfunduje. Jak z resztą cały film. Czy dobro musi być zbudowane na prawdzie? Czy dobro jest chorobą? Czy intencje usprawiedliwiają działanie? Te poważne pytania ubrane są we wciągającą i robiącą z mózgu pulpę historyjkę okraszoną naprawdę świetnymi gagami. Doskonałe połączenie lekkości formy i powagi tematyki, barwnych i przekonujących postaci, niewiarygodnych zwrotów akcji, metaforyczności (choćby przewijające się jak refren „How Deep Is Your Love” Bee-Gees) i komizmu w jednym. Pozycja absolutnie obowiązkowa!

Ah! Wątek azjatycki? Według Gunnara w Indonezji są najlepsze korty tenisowe. (Nigdy o tym nie słyszałem).

2 thoughts on “Trzy dobre komedie ze Skandynawii

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s