Dwa horrory (jeden DOBRY, drugi ZŁY) o nawiedzonej lalce: Obecność i Annabelle

Za: yallknowwhat.com

Za: yallknowwhat.com

Jak zwykle na imprezie zeszła rozmowa na filmy. Jedna z koleżanek odparała, że „Conjuring” („Obecność”) był jednym z najbardziej przerażających obrazów filmowych, jakie miała (nie)przyjemność w życiu oglądać. Na tyle traumatycznym, że wręcz histerycznie zareagowała, jak ktoś, kto miał pod ręką komputer z Internetem znalazł szybciutko film w sieci i zaczął odtwarzać początek. Z szacunku dla wrażliwości znajomej odpuściliśmy sobie projekcję hitowego horroru z 2013 r., ale co ma wisieć nie utonie. W kinach można było już oglądnąć „Annabelle”, dlatego nadarzyła się okazja by nadrobić zaległości, znaleźć DOBRY powód, żeby iść do kina, a w rezultacie napisać podwóją recenzję. Ciekawą, bo choć „Obecność” nie wywołała we mnie jakiś strasznych emocji, uniemożliwiających zaśnięcie w nocy, to uważam ten obraz — w przeciwieństwie do ZŁEGO sequelu — za kawał DOBREGO kina grozy. Mamy zatem recenzję DOBREGO i ZŁEGO, nowego i starego filmu na raz!

Za: dailyinspires.com

Za: dailyinspires.com

„Obecność”

USA, 2013

reż. James Wan, scen. Chad Hayes, Carey Hayes

wyk. Patrick Wilson, Ron Livingston

Horror Jamesa Wana był niewątpliwie najlepszą tego typu produkcją zeszłego roku. Zarobił kupę kasy (piętnastokrotność budżetu) a przy okazji zgarnął parę nagród, w tym dwie Fangoria Chainsaw Awards. Nieprzypadkowo wspominam o Fangorii, bo ostatnio, zirytowany mdłymi i ZŁYMI produkcjami natrafiłem na stronę tego (chyba) kultowego, bo wydawanego od 1979 r. fanzinu poświęconego chorym i krwawym produkcjom, nie tylko filmowym. W kazdym razie — „Obecność” opowiada prawdziwą historię wielodzietnej rodzinki Perronów, która w latach 70. całe oszczędności wydała na pozornie uroczą chatynkę, gdzieś w Rhodes Island. Niestety, okazało się, że działka miała fatalny genius loci. Paskudna historia nieprzyjemnej dla otoczenia (a przede wszystkim swojego potomstwa) czarownicy powodowała, że chata była nawiedzona. Rodzinka liczyła pięć córek (jedna nich to ta mała cwaniara z „White House Down”), więc 1) było kogo straszyć, a 2) domek nie był najmniejszy, co demonom dawało duże pole do popisu. Co gorsza, działka znajdowała się na jakiejś opuszczonej peryferii, gdzie — jak to mówią ładnie Niemcy — lis i zając sobie dobranoc mówią, więc można było się spodziewać niemałych jaj.

W dramat rodziny, która nocami musi się mierzyć z nieprzyjemnymi i trudno wytłumaczalnymi zjawiskami, w jakiś sposób spowodowanymi paskudnie wyglądającą lalką, wmiesza się jednak radosne małżeństwo Warrenów (Vera Farmiga i znany z „Jacka Stronga” Patrick Wilson), czyli „jedyni cywilni egzorcyści uznawani przez Kościół katolicki”. Warrenowie niosą nadzieję na zdjęcie klątwy z domu, choć nie obejdzie się bez rzucania o ścianę, wypluwania demonów, przerażających małych dziewczynek z włosami spadającymi na twarz, i wisielców wyskakujacych jak filip z konopii tu i tam. Niegustujący w horrorach kolega, z którym miałem przyjemność oglądać „Obecność”, doskonale werbalizował naszą wiarę w zdolności Warrenów, raz po raz krzycząc, gdy akcja przenosiła się z wykładu małżeństwa na kolejnym uniwersytecie do nawiedzonej działki: „Gdzie są Warrenowie, cholera, chcę do Warrenów!”

"Coś tu śmierdzi..." Warrenowie w akcji. Za: www.apnatimepass.com

„Coś tu śmierdzi…” Warrenowie w akcji. Za: http://www.apnatimepass.com

Ogólne DOBRO tego filmu zasadza się na trzech sprawach. Po pierwsze, wspomniani Warrenowie, którzy nadają fabule wymiaru, objaśniają co się dzieje i swoimi problemami trochę komplikują życie swoje i rodziny. Bowiem upierdliwy demon i im będzie chciał się dobrać do skóry, co tylko bardziej zburzy nasz i tak kruchy i naiwny spokój, że wszystko dobrze się skończy.

Po drugie, nie mamy tutaj festiwalu efektów specjalnych. Choć potwór pojawia się może trochę za wcześnie, to i tak wszystko dozowane jest odpowiednio i z fantazją, dając nam ostry i wciągający finał. Po trzecie zaś, skoro już jesteśmy w finale, bardzo mi się podobają te historyjki o egzorcyzmach, w których wykorzystywane jest teologiczne porzekadło, głoszące, że ZŁO nie opanowuje człowieka, jeśli ten wcześniej się na nań nie otworzy. Sprawia to, że linia podziału na dobro i zło, front walki staje się nieco trudniejszy do określenia, bo nie wiadomo, czy Warrenowie walcząc z grzechem, nie zabiją grzesznika. Choć ten psychologiczny wątek ten nie został bardziej rozbudowany w filmie, to przecież jest to horror, a nie thriller psychologiczny.

I to bardzo DOBRY horror.

No i co tak naprawdę doprowadziło do „Obecności”, czyli…

Annabelle

USA, 2014

reż. John R. Leonetti, Gary Dauberman

wyk. Annabelle Wallis, Ward Horton

Zapowiadana jak ciąg dalszy opowieści o nawiedzonej lalce, która stała się źródłem nieszczęść rodziny Perronów. Lalka jak się dowiemy została zakupiona przez kochającego męża, Johna (Ward Horton), by uzupełnić kolekcję ciężarnej żony Mii (Annabelle Wallis). W lalkę, nie do końca wiedzieć jak, wkracza demon, no i urocze, choć nudne jak flaki z olejem, małżeństwo musi sobie radzić z lichem. Po spaleniu chaty, zdesperowana para, już z dzieckiem, decyduje się wyprowadzić do kamienicy czynszowej. Ten z pozoru sensowny wybór ma jednak katastrofalne tak dla małżeństwa, jak i nas — widzów — skutki. Po pierwsze, demon siedzi w lalce, więc wyprowadzka nie za bardzo pomaga. Po drugie, młodzi muszą sobie sami radzić z francą, choć pomagają im ile mogą ksiądz i sąsiadka. Po trzecie, ku przerażeniu kolegi, nie ma Warrenów.

Ten brak Warrenów, jest o tyle bolesny, że na grę głównych bohaterów nie możemy już w pewnym momencie patrzeć. Co więcej, „Annabelle” brakuje wciągającej strasznej historii w tle (zabójstwo u sąsiadów?! Naprawdę?), racjonalizacji i wytłumaczenia tego, co się dzieje (w „Obecności” udało się zachować świetny balans między grozą nieznanego a wytłumaczniem, skąd te niepokoje zaświatów), czy też igraszek z nawiedzaniem, kiedy to ofiara staje się oprawcą. A w opowiastce o młodej matce aż się prosi o wykorzystanie traumy młodej matki. Co więcej, akcja toczy się w kamienicy, w centrum miasta, więc wiadomo, jest gdzie uciec. Demony bardziej podszczypują, niż chcą czegoś konkretnego i odpuszczają po naprawdę rozczarowującym finale. A zatem nie ma tego wszystkiego, co dodawało pikanterii „Obecności”.

Za: s2.dmcdn.net

Za: s2.dmcdn.net

Nie wiem, czy imię głównej bohaterki jest przypadkowe, ale wraz z całą fabułą o nawiedzanej w mieście ciężarnej kobiecie, podobieństwa do „Dziecka Rosemary”, z Mią Farrow w roli głównej, są aż nazbyt nachalne. Niestety, na to co mistrzowsko rozpracował Polański w swoim kultowym i owianym bardzo złą sławą horrorze, w ogóle nie zwrócono uwagi w „Annabelle”. W efekcie otrzymujemy raczej nudnawą próbę zbicia kapitału na świetnej „Obecności”. Podobieńtwa do „Dziecka Rosemary” na Mii się kończą, a mi film — po prostu nie podoba.

Parszywie uśmiechająca się kukła już weszła do annałów popkultury, ale to za sprawą produkcji z zeszłego roku. I bardzo rozczarowująca „Annabelle” — na szczęście — tego nie zmieni.

Słóń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s