ZŁY film, na którym DOBRZE się bawiłem: „Bez Litości”

The Equalizer

USA, 2014

reż. Antoine Fuqua, scen. Richard Wenk

wyk. Denzel Washington, Marton Csokas

Będący adaptacją serialu z lat 1985-1989, najnowszy thriller z Denzelem Washingtonem, choć odstrasza fatalnym polskim tłumaczeniem (angielski „Equalizer” jest znacznie bardziej intrygujący), to od pierwszych scen budzi w nas bardzo duże nadzieje. Starannie budowany klimat, nastrój tajemniczości spowijający głównego bohatera, wyjęte żywcem z obrazów Hoppera puste bary w środku nocy gdzieś w Ameryce, a potem świetnie zmontowana, acz zbyt brutalna jak na zwykłe sensacyjne nawalanki scena w rosyjskiej restauracji, każą nam sądzić, że nie będziemy mieć do czynienia jedynie z historią pewnej krwawej, prywatnej vendetty. Niestety, twórcy nie zdecydowali się na zaserwowanie nam głębszej, bardziej skomplikowanej historii, poprzestali w pół drodze. Nie miałbym z tym większego problemu, gdyby w zamian zaoferowano nam naprawdę wybuchowy finał. Albo dokładniej sprawę ujmując — nie miałbym z tym filmem problemu jako bloger. Bo w momencie gdy zdałem sobie sprawę, z czym tak naprawdę się to je, z lubością oddałem się kolejnym absurdom fabularnym, doskonałemu montażowi i świetnej muzyce. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno ci, którzy spodziewali się inteligentniejszej rozrywki, jak i ci, co po prostu chcieli oglądać porządną łupaninę, mogą się poczuć rozczarowani.

Nie patrzyłem na zegarek, ale jak nic pierwsze paredziesiąt minut to budowanie klimatu pod to, co się wydarzy. Robert McCall (Denzel Washington) jest na pozór zwykłym pracownikiem amerykańskiego odpowiednika castoramy, czyli hipermarketu budowlanego HomeMart. Ma swoje lata, jednak nie jest upierdliwym zgredem, ale wręcz przeciwnie — kimś, kogo w Polsce nazywamy duszą-człowiekiem. Tu pomoże, tam doradzi, zmotywuje, ale i opieprzy. Ot doświadczony przez życie społeczniak. Jest jednak samotnikiem, żyje niczym pustelnik, sam, zaś w jego mieszkaniu znajdziemy przede wszystkim książki. Bo Robert ma problem — nie może spać. Dlatego noce spędza w pobliskim barze, gdzie zawsze zajmuje to samo miejsce, przynosi swój kubeczek oraz łyżeczę, i sącząc ulubioną herbatkę oddaje się lekturze.

Tę tajemniczą rutynę burzy jedna dziewoja, młodziutka prostytutka Teri (Chloë Grace Moretz), a właściwie to, co zrobili z nią jej rosyjscy szefowie. W Robercie następuje tąpnięcie i celem ukarania bardzo niedżentelmeńskich bandytów, z pana sklepikarza przemienia się w karzącą rękę sprawiedliwości, która rusza na prywatną krucjatę przeciwko złu. Bo Ruscy, standardowo przedstawiani jako obtatuowana wizerunkami Matki Boskiej oraz sierpami i młotami barbaria, genetycznie nie będąca w stanie wyzbyć się twardego jak skuta lodem Syberia akcentu, nie odpuszczają, wysyłają akcję ratunkową na czele z psychopatycznym Teddym (Marton Csokas). No i się zaczyna.

W starciu z rosyjskim żywiołem (bo bracia Słowianie wysyłają w bój naprawdę duże siły) odkrywamy stopniowo, że Robert to i owo ma za uszami. Żeby nie pozbawić nas całej zabawy, nie dowiadujemy się wszystkiego, co oczywiście jest plusem. Jednak skala wyzwania, jakie bierze na siebie Robert, każe nam sądzić, że albo będzie coś nadprzyrodzonego, albo pojawią się jakieś agencje rządowe. Uchylający się rąbek tajemnicy,  jest jednoecześnie momentem, w którym pozbywamy się złudzeń. Bo nasz bohater odwiedza dawnych znajomych, nie po to by dostać radę, ale zgodę. Co obwieszczane jest z wiadomym patosem i napięciem. Nie ma nadziei na sensowniejszą i bardziej zniuansowaną historię, pozostaje oddać się można jedynie orgii przemocy, ewentualnie narastającemu zdziwieniu, jak jeden człowiek może wejść niezauważony do obstawionego przez ochronę baru, czy w pojedynkę wysadzić tankowiec.

Tak jak w „Lucy”, nie mamy poczucia, że naszemu bohaterowi coś może zagrozić. Bez tej niepewności ciężko jednak budować zaskoczenie czy napięcie, a w „Bez Litości” można było naprawdę popuścić wodze fantazji i zerwać z niektórymi schematami. Jeśli się tylko pojawia szansa by osaczyć Roberta, natychmiast zostaje ona zneutralizowana przez naszego Wszechmogącego. Gdy szwadron śmierci Putina (przepraszam, że się tak wyzłośliwiam, ale ta stereotypizacja Rosjan, jest już śmieszna, nawet jeśli wynika z bieżącej sytuacji międzynarodowej) ma go już na celowniku, nie wiedzieć czemu, zaczyna bawić się z nim w kotka i myszę. Miałoby to sens, gdyby gra się toczyła o coś więcej, niż to, kto kogo dziabnie. Niestety, w „Bez Litości” tak się nie dzieje, dlatego sensu nie ma to większego. Finał, zamiast trzymać w napięciu, przypomina „Kevina samego w domu”, toczącego się w Castoramie. A bohaterowie oczywiście nie omieszkają skorzystać z wiertarek, palników, drutów kolczastych i innych artykułów do domu i ogrodu by sobie nawzajem zrobić poważną krzywdę.

Cała ta nieco rozczarowująca opowiastka o ZŁU, na które trzeba reagować i wyplenić z korzeniami (nawet jesli oznacza to wycieczkę do Moskwy), i światu dookoła nas, jaki możemy kształtować, jest oczywiście znakomicie opowiedziana od strony formalnej. Świetna gra świateł, emocjonująca muzyka, zbliżenia nadające scenom przed nawalankami jeszcze większego napięcia i intrygująca kamera znacząco rekompensują rozczarowanie wynikające z tego, jaki obrót przybiera fabuła. Ja z ubawem oglądałem film do samego końca, rozpoczynając jednak od szczerze zaangazowanego zaintrygowania. Niestety, nie gwarantuję, że i wam on przypadnie taka formuła do gustu.

P.S. (Dopisane 04.10.2014)

Już po opublikowaniu tej recenzji, kolega przypomniał mi scenę z „Wilka z Wall Street”, gdy ojciec Jordana dość ekspresyjnie wyraża swoje niezadowolenie wywołane telefonem w momencie, gdy w telewizji rozpoczyna się ulubiony serial tatusia — „Equalizer”. Porażająco śmieszna scena, która mi samemu przypominała jak to kiedyś czekając pół godziny przed punktem ksero obiecałem kolegom w niedoli, że „wejdę tam i urządzę im taki op&*%*(&%ol, że się nie pozbierają”. Mogę zgadywać, jakie były miny moich towarzyszy, gdy po chwili usłyszeli „Przepraszam, długo musimy jeszcze czekać?”

Końcówka tego wyimka z ostatniego dzieła Scorsese, który opatrzony został napisami po serbsku (?), to z kolei jakże znana scena z życia, czy tatuś pyta mamy, co się przed chwilą stało na ekranie telewizora…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s