Dobry horror: 13 grzechów

Za: s20.postimg.org

Za: s20.postimg.org

„13 Sins”

USA, 2014

reż. Daniel Stamm, scen. David Birke, Daniel Stamm,

wyk. Mark Webber (nie, nie kierowca F1), Devon Graye,

Na początku wyjaśnienie — na facebooku ogłosiłem, że mamy znowu DOBRY thriller, mea culpa, „13 grzechów” ometkowany został przez dystrybutora jako horror. No nic — mamy DOBRY horror. Ale od razu powiem: film opiera się na starym jak świat pomyśle, jest remakiem filmu produkcji tajlandzkiej z 2006 r. (będącego z kolei adaptacją komiksu) i niebezpiecznie flirtuje z satyrą i groteską, przez co naraża się na zarzuty o to i owo (wtórność, nielogiczność, żałosność, nazwij to jak chcesz!). Ja jednak z lubością oglądałem produkcję, która trochę wymyka się schematowi zrobionemu w 100 proc. na serio horrorowi pozbawionego dystansu do siebie. A że było już po zmroku i padało, dałem się ponieść klimatowi…

Za: i.imgur.com

Za: i.imgur.com

Dzwoni telefon. W słuchawce ciepły, choć stanowczy, głos angielskim rodem z BBC proponuje banalnie proste zadanie: zabij muchę. Bezsens? Ale od razu przelejemy na twoje konto tysiaka. Nie wierzysz, że mówię na serio? Wiem o tobie wszystko! (Tu następuje wymienienie paru faktów, których na pewno nie podałeś na facebooku). Nie chcesz tego zrobić? Ale przecież nic cię to nie kosztuje! No i jesteś w beznadziejnej sytuacji. Tu z kolei następna litania, tym razem przypominająca te parę faktów z nieodległej historii twojego marnego żywota, mających na celu przypomnieć ci, że twoja egzystencja na tym świecie nie jest sielanką, a właściwie to ostatnimi czasy znalazłeś się na równi pochyłej (wywalenie z pracy, za pasem ślub, urodziny pierwszego potomka, plus niestabilny psychicznie brat i trochę długów).

Elliot (Mark Webber) długo się nie namyśla i zabija muchę. Zaraz potem kolejny telefon i nowe zadanie: teraz ją zjedz.

Okazuje się, że właśnie zaczął długą i niebezpieczną grę. Mucha była jedynie początkiem, pierwszym z trzynastu zadań, jakie trzeba wykonać, żeby zdobyć kupę kasy. Oczywiście nasz bohater daje się skusić i wpada w zastawioną na niego pułapkę. Wykonuje kolejne zadania, ale niestety: im dalej w las, tym nie tylko więcej drzew (trudniejsze zadania), ale i droga powrotna staje się coraz trudniejsza. Przez „trudniejsze zadania” nie rozumiem oczywiście nauczenia się żonglować czy pisać po chińsku, ale zrobienia komuś kuku. Za każdym razem gorszego… A od pewnego momentu nie ma już odwrotu. Żeby przeżyć, trzeba się oddać w niewolę tajemniczego głosu z telefonu.

Za: kinoactive-pl.jpg

Za: kinoactive-pl.jpg

Od początku wygląda to wszystko trochę… dziwnie. Miałem wrażenie, jakbym oglądał amerykański serial z połowy lat 90. Do tego jeszcze ta konfundująca niestabilna kamera, tak jakby zaoszczędzono na profesjonalnym sprzęcie i liczono, że widz nie zauważy. Przełknąć trzeba było jeszcze dość dziwną scenę rozmowy Eliotta z gliniarzami w kawiarni z siedzącym obok niego trupem, oraz…

Ujmijmy sprawę krótko — film szyty jest miejscami grubymi nićmi. Nie wszystkim się spodobał, dostał umiarkowanie pozytywne recenzje. Ale biorąc pod uwagę to, że twórcy zrobili go z delikatnym przymrużeniem oka, wprowadzając elementy groteski i surrealizmu, a o czym najlepiej świadczy przezabawne zakończenie, nie można się do niczego przyczepić. Fabuła galopuje od drugiej minuty, obfituje w krwawe i wywołujące nasze obrzydzenie sceny (oddając głos bohaterowi serialu „Breaking Bad”: „YEAH, BITCH!”), przekonująco blokuje pole manewru głównemu bohaterowi, nie odbierając mu jednocześnie motywacji, a w finale spina wszystkie dotychczasowe wątki w sensowną i przekonującą całość, co czyni z „13 grzechów” miłą, choć podlaną krwawym sosikiem rozrywkę na piątkowy wieczór.

Najlepsza scena filmu oprócz zakończenia. Za: kinoactive-pl

Najlepsza scena filmu oprócz zakończenia. Za: kinoactive-pl

Rozrywkę, choć jednak z przesłaniem: by nie dać się — wykorzystując nasz ulubiony cytat filmowy — „bogatym pojebom” kontrolującym nasze życie i bawiącym się nami, ale skupić się na tym, co w życiu najważniejsze. Oczywiście, okoliczności z każdego, nawet najspokojniejszego i najnormalniejszego człowieka na świecie (a takim jest Elliot, oj, on nie zrobiłby kariery w firmie Jordana Belforda) mogą zrobić kata, ale jeśli nie damy się zeżreć frustracjom zrodzonych z wydumanych oczekiwań kapitalistyczno-korporacyjnego świata wobec nas, by tańczyć tak, jak nam każą (nawet przez telefon), znajdziemy spokój sumienia i radość życia.

(W czym znacząco może pomóc ogarnięta kobieta mająca trochę oleju w głowie, gdy dzwoni do niej jakiś psychopata.)

Proste? A zobaczcie, ile Elliotowi zabrało, by to zrozumieć. Przednia zabawa, choć co wrażliwsi zamkną oczy, a co bardziej wybredni — wyjdą z kina.

Ich strata.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s