DOBRY melodramat z Francuzką mówiącą po polsku: Imigrantka

Za: 2.bp.blogspot.com

Za: 2.bp.blogspot.com

The Immigrant

USA, 2013

reż. James Gray, scen. Ric Menello, James Gray

wyk. Marion Cotillard, Joaquin Phoenix, Jeremy Renner

W Ameryce powstał film o biednym losie biednych Polaków, którzy w czasach, gdy powodziło nam się jeszcze gorzej niż teraz, szukali — tak jak i teraz — szczęścia za oceanem. „Imigrantka” — bo o tym filmie mowa — to taka produkcja, która spodobałaby się mojej mamie: gorzka i brutalnie prawdziwa historia bez żadnych dopalaczy, która mogłaby się naprawdę wydarzyć; z miłością, tęsknotą za utraconą najpewniej bezpowrotnie ojczyzną i religią w tle. Miejscami  prowokuje on co prawda do złośliwych uwag, jednak jeśli uda nam się zostawić głupie żarty przed kinem, to dostaniemy poruszającą historię w kolorach pocztówki z Nowego Jorku z początku lat 20. minionego wieku. Ot taki DOBRY film na deszczowy poniedziałek.

Tematyka podobna do tej z opisywanego we wrześniu przez Współautorkę filmu „Złote wrota”, tyle, że o Polakach, nie Sycylijczykach. Ewa Cybulski (Marion Cotillard) w 1921 r. przypływa na promie z Europy na Ellis Island w Nowym Jorku. Do Nowego Świata przybywa wraz z siostrą, Magdą, której nie udaje się przejść kontroli. Jako chora na gruźlicę skierowana zostaje do szpitala dla imigrantów. Ewa nie znajduje się w lepszej sytuacji — okazuje się, że adres wujków, którzy mieli się nią zaopiekować nie istnieje. Zdruzgotana utratą siostry przypadkowo natrafia na nieprzypadkowo znajdującego się w okolicy Bruno Weissa (Joaquin Phoenix), który postanawia się zatroszczyć o niebogę. Oczywiście pomoc tego eleganckiego dżentelmena nie jest bezinteresowna — Ewa w ramach odwdzięczenia się musi pracować w teatrze, który ma z teatrem wspólnego tyle, że również dostarcza rozrywki.

Chwila na złośliwość: paradoks Ewy polega na tym, że zmuszona jest obniżyć swoje morały w nowej ojczyźnie, bo znalazła się w beznadziejnej sytuacji finansowej w wyniku plotek, o niemoralnym prowadzeniu się na statku, gdzie musiała obniżyć swoje morały, żeby w ogóle dotrzeć do celu.

Wujek Ewy ujmuje sprawę trochę dosadniej („Jesteś kurwą!”)

Całą ta sytuacja jest — ujmijmy to najdelikatniej — wysoce niekomfortowa dla katoliczki z Polski muszącej odnaleźć się w mieście, gdzie jedyną osobą, którą zna jest Bruno. Oczywiście podejmuje próbę skontaktowania się z rodziną (adres — jak się okazało — był dobry, tylko Bruno trochę wcześniej namieszał), szuka spokoju sumienia w religii, oraz podejmuje próbę odnalezienia ukochanej siostry. Jakby tego było mało, we wszystko wmiesza się obwoźny iluzjonista, Orlando the Magic (Jeremy Renner), co nie spodoba się Bruno, za to akcji przyniesie trochę rumieńców i dynamiki.

Za: s3.amazonaws.com

Za: s3.amazonaws.com

Dzieje się to wszystko nieśpiesznie, w skąpanych w przygaszonych szarych kolorach ulic, zaułków i apartamentów Nowego Jorku u progu trzeciej dekady XX w. Fenomenalne zdjęcia, doskonała kolorystyka, piękne ujęcia, nadają całej opowieści melancholijnej, jesiennej aury. Jedynym wyłomem w tej dekadenckiej, wręcz fjędesjeklowej atmosferze jest wspomnienie z kraju ojczystego, jawiącego się jako słoneczna sielanka na łonie przyrody. (Gdzie tam w Katowicach w 1920 r. byli Kozacy to ja nie wiem. Tak, zdaję sobie sprawę, że miałem zostawić złośliwości przed kinem…).

Ach, to jak już nie wytrzymałem to jeszcze o dwóch rzeczach powiem. Po pierwsze, czemu Ewa ma męskie nazwisko? Przecież jest córką Polaków, a męskie formy polskich nazwisk zdarzają się dopiero wśród drugiej generacji żeńskich potomków, w wyniku braku w angielskim deklinacji. Po drugie, boję się, że recepcja „Imigrantki” w Polsce zostanie w poważnym stopniu zaburzona debatami na temat lingwistycznych zdolności Cotillard. Fakt, aktorka miała podwójnie utrudnione zadanie: musiała się nauczyć mówić bez akcentu 20 stron jednego z najtrudniejszych języków na świecie oraz mówić po angielsku z wschodnioeuropejskim akcentem. Mam wrażenie, że wywiązała się z tego naprawdę nieźle. A lewicowo-liberalne media (!) i tak narzekają, że… po polsku gada Francuzka, Ormianka i Amerykanka.

„Imigrantka” miała premierę rok temu w Cannes, jednak na ekrany kin wchodzi dopiero teraz. Ogólne ocena filmu była umiarkowanie pozytywna. Wszyscy docenili świetną grę Cotillard („IndieWire” mówi o jej najlepszej kracji od czasu „La Vie en Rose”, gdzie wcieliła się w Edith Piaf), jednak jak jedni akcentowali oryginalną tematykę, tak drudzy narzekali na brak tego czegoś, co nadaje dramatowi większych emocji.

Ja nie narzekam, a i jestem przekonany, że na pewno się mojej mamie spodoba.

Słoń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s