„Obywatel Kane” Złych filmów: THE ROOM

Źródło: filmint.nu

Źródło: filmint.nu

„The Room”

USA, 2003

scen. i reż. Tommy Wiseau

wyk. Tommy Wiseau, Greg Sestero,

Poszliśmy za ciosem. Po niemałej zabawie, jaką mieliśmy w trakcie filmu „Pielęgniarka 3D” z antyzjawiskową Paz de la Huertą, przyszła pora na kultowe ze względu na swoją beznadzieję dzieło, czyli „The Room”. Pokraczne dziecko wyobraźni Tommiego Wiseau wpisuje się w grubą księgę wytworów człowieka, które zyskały uznanie dopiero po latach. Chociaż najpewniej nie o taką sławę chodziło twórcy. „The Room” zarobił oficjalnie jedynie 1200 dolarów, a od zapomnienia — na które w pełni zasługuje — uratował go fakt, ze Wiseau wykupił w celach promocyjncyh na pięć lat bilboard przy Highland Avenue w Los Angeles. Po latach film zdobył sobie pokaźne grono oddanych fanów, potrafiących oglądać go po paredziesiąt razy, by po raz kolejny zadać sobie nurtujące każdego już od zarejestrowania pierwszych sekund tej cudowniej produkcji pytania: „Jak można było zrobić tak AŻ TAK ZŁY film”?

"The Room" cieszy się taką popularnością, że stworzono nawet grę komputerową inspirowaną dramatem Johnny'ego. Źródło: i0.kym-cdn.com

„The Room” cieszy się taką popularnością, że stworzono nawet grę komputerową inspirowaną dramatem Johnny’ego. Źródło: i0.kym-cdn.com

Patrzę na swoją listę ZŁYCH filmów  i z zaciekawieniem odnotowałem, że „The Room” znacząco odbiega od wszystkich znajdujących się tam pozycji. „Ludzie Krety”, „Zabójcze ryjówki”, „Martwica Mózgu” czy „Powrót morderczych pomidorów” to przecież urocze, choć fatalnej jakości kino sf. Chyba większość klasyki kijowego kina to zasadza się właśnie na efektach niezbyt-specjalnych. Tymczasem Tommy Wiseau zdobył uznanie montując… dramat obyczajowy. Lub czarną komedię (tak utrzymuje sam Wiseau). Mniejsza o intencje. Jak sam w końcu mówił, ludzie mieli podczas seansu płakać i zastanowić się nad swoim życiem. Był blisko. Ludzie podczas oglądania „The Room” płaczą (ze śmiechu) i naprawdę zastanawiają się nad życiem. Tomma Wiseau.

Tommy Wisesu. Człowiek, który nie wiadomo skąd się wziął i kim właściwie jest. Najpewniejszy dowód na istnienie jakiejś cywilizacji pozaziemskiej. Wygląda jak „Gene Simmons po trzech miesiącach na pustyni Gobi”, „normalnie chodzi spać o szóstej czy siódmej rano i wstaje o trzeciej, czwartej popołudniu” zaś jego angielski to „angielski ze wschodniej Europy po zderzeniu z paryskim autobusem”. Nosi totalnie źle skrojone marynarki, martensy i dwa paski. Tak, dwa. Raz, że „dobrze trzyma mi tyłek”, a dwa — po prostu dobrze leży. Wiseau, który dorobił się sporej kasy na handlu (chyba nie wiadomo czym) postanowił w końcu nakręcić film, choć zdaniem Grega Sestero, „wątpliwe jest, czy widział jakiś film zmontowany po 1965 r.”

Źródło: 37.media.tumblr.com

Źródło: 37.media.tumblr.com

Tenże Wiseau, który „w restauracji zamawia zawsze szklankę ciepłej wody”, był sterem, żeglarzem i okrętem całej produkcji: „Struktura Wiseau-Films była prosta: Tommy był założycielem, prezydentem, dyrektorem wykonawczym, księgowym, działem prawnym, dyrektorem działu marketingu, pracownikiem administracyjnym (pod pseudonimem „John”), odpowiadał na telefony i e-maile”. Na plan filmowy regularnie spóźniał się trzy, cztery godziny, by potem ochrzanić wszystkich, że się lenią. W film wtopił aż 6 mln dolarów, między innymi dlatego, że postanowił kupić cały sprzęt. „Tommy kupił dwie kamery HD Panasonic, kamerę z taśmą 35mm, tuzin esktremalnie drogich obiektywów i ciężarówkę wypełnioną sprzętem oświetleniowym. Tym jednym gestem Tommy wyrzucił na śmietnik liczącą sto lat wiedzę filmową.” Ludzie, którzy pracowali nad „The Room” i mieli cośkolwiek doświadczenia filmowego pukali się w głowę. W wyniku galopującego postępu technologicznego, najnowszy sprzęt jest do wymiany po paru miesiącach, dlatego zawsze się go wynajmuje. To był jednak dopiero początek rewolucyjnych pomysłów producenta filmu: Tommy zmontował urządzenie pozwalające kręcić na raz zdjęcia kamerą HD i kamerą z taśmą 35 mm, co wymagało dwóch zupełnie różnych ekip od oświetlenia. „Tommy robił to, ponieważ chciał być pierwszym reżyserem, który tak pracuje. Nigdy nie zadał sobie pytania, czemu nikt inny przed nim nie próbował.”

Scenariusz był zaadaptowanym 500- stronnicowym dramatem, autorstwa — oczywiście — Wiseau, którego nikt nie chciał wystawić.

Ciekawe czemu?

Prosta historia faceta — Jonnego (Tommy Wiseau) — którego przyszła żona, Diana (Juliette Danielle) zdradza z najlepszym kumplem, wyglądającym jak australijski brat bliźniak Jezusa Markiem (Greg Sestero) od samego początu wywołuję konsternację, która nie opuszcza widza przez całe 99 minut filmu. Z początku przypomina to softpornograficzne produkcje z nocnych pasm Polonii 1, by z każdą sekunda utwierdzić nas w przekonaniu, że czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy w swoim życiu. Luki w narracji; zupełnie niewytłumaczalne zachowania bohaterów (granie w futbol we frakach, które nie wiadomo po co założyli bohaterowie); znikający bohaterowie (co jest akurat skutkiem tego, że większość połapała się w czym biorze udział i do końca zdjęć dotrwały jedynie cztery osoby); porażające błędy w montażu; dialogi, przy których rozmowy bohaterów „Klanu” wydają się być napisane przez Aarona Sorokina — to tylko początek szalonego karnawału wtop, niedopracowań i bezsensów, jakimi raczy nas Wiseau. Wszystko to jest poprzetykane tragicznymi landszaftami San Francisco, jakie zupełnie nic nie wnoszą do rzeczy, a w sumie trwają przeszło 10 minut. Podobno jest składanka na YT. No i ta muzyka „bliżej nieznanego Serba”.

Kwintesencja dramatyzmu zawartego w dialogach. Źródło: esquire.com

Obłęd w najczystszej postaci. „The Room” przypomna mi te dziwne zadania z letnich obozów, gdzie trzeba było przedstawić skecz w stylu telenoweli kolumbijskiej. Tyle tylko, że tamte zgrywy miały chociaż trochę logiki. Bękart sztuki filmowej autorstwa Tommiego Wiseau jest o tyle ciekawy, że popełnia błąd chyba w każdym aspekcie sztuki filmowej. Niemal nic nie trzyma się tutaj kupy, przypominając zlepek mniej lub bardziej przypadkowych scenek, połączonych właściwie jedynie postaciami głównych bohaterów Dostrzegamy klisze, koncepty i założenia, jakie kinematograficzny demiurg Wiseau miał na myśli, ale przefiltrowane przez absolut jego nieporadności i niezgrabności uzyskują karykaturalną formę. Nic dziwnego, że do dzisiaj film ma swoich wyznawców, a ja — ze niecierpliwieniem — czekam na kolejną projekcję „The Room”.

(Cytaty pochodzą z książki Grega Sestero „The Disaster Artist: My Life Inside ‚The Room’, The Greatest Bad Movie Ever Made”.)

7 thoughts on “„Obywatel Kane” Złych filmów: THE ROOM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s