DOBRY (?) film o niewolnictwie: ZNIEWOLONY

Żródło: transitionvoice.com

Żródło: transitionvoice.com

12 Years a Slave

USA, Wielka Brytania, 2013

reż. Steve McQueen, scen. John Ridley

wyk. Chiwetel Ejifor, Michael Fassbender, Lupita Nyong’o, Benedict Cumberbath

Kurz i emocje po rozdaniu Oscarów opadły, policzki i poduszka Leonarda di Caprio załamanego brakiem nagrody już chyba wyschły, recenzenci i blogerzy mogą wrócić do normalności. Do końca nie wiadomo było kto wygra, ostatecznie siedem statuetek zgarnęła „Grawitacja”, jednak oprócz nagrody za reżyserię dla Alfonso Cuaróna w raczej tych — nie ukrywajmy — badziewiastych konkurencjach jak najlepsza muzyka, ścieżka dźwiękowa czy napisy końcowe (uch, dobra: jeszcze muzyka, zdjęcia, efekty specjalne, montaż, dźwięk, montaż dźwięku). I tak jak rok temu najwięcej statuatek zgarnął film, który również nie został uznany najlepszym obrazem roku („Życie Pi” z czterema Oscarami, a „Operacja Argo” najlepszym filmem), tak i teraz okazało się, że najlepszym sposobem na Oscara jest zrobenie filmu o niewolnikach. Bo, jak powiedziała koleżanka: „Hollywood loves slaves”.

Źródło: 1.fwcn.pl

Źródło: 1.fwcn.pl

Przypomnijmy — dotychczas McQueen wyreżyserował jedynie trzy filmy pełnometrażowe. Oprócz „Zniewolonego” nagrodzony m. in. na Nowych Horyzontach we Wrocławiu przejmujący „Głód”, oraz „Wstyd” z Michealem Fassbenderem jako hiperaktywnym seksualnie Brandonem. Po wyimku z historii Irlandii i współczesnym dramacie Brytyjczyk odkopał pamiętniki Salomona Northupa (Chiwetel Ejiofor) z 1853 r., czyli wspomnienia czarnoskórego, wolnego obywatela stanu Nowy Jork, który został porwany, wysłany na Południe, gdzie niewolnictwo jeszcze było praktykowane i sprzedany jako niewolnik. Przez dwanaście lat, traktowany jak zwierzę do pracy, musiał znosić upokorzenia, tęsknotę za rodziną, kolejnych właścicieli, cieżką pracę, a także fizyczną i psychiczną przemoc.

Postawmy sprawę jasno — Steve McQueen odwalił kawał dobrej roboty, dając nam mistrzowsko zmontowaną historię, z fantastyczną muzyką (ten kawałek wylądował u mnie na odtwarzaczu: Roll Jordan Roll) i doskonałymi kreacjami aktorów. Oprócz starych i dobrych wyjadaczy jak Michael Fassbender, Benedict Cumberbatch czy — z choć epizodyczną, to kluczową dla całej historii rolą — Brad Pitt, urzekają nas „nowe twarze” Chiwetela Ejiofora czy nagrodzonej przecież za najlepszą żeńską rolę drugoplanową Lupity Nyong’o.

Otrzymujemy w sumie prostą historię faceta, który z dnia na dzień pozbawiony zostaje wszystkiego, łącznie ze swoją godnością i wolnością, by przeżyć dwanaście lat piekła. Sceny poniżania, zastraszania, nieskrępowanej agresji, gwałtów i bezsilności ofiar wobec wszechwładzy właścicieli jak żywo przypomniały nieludzki system, jaki funkcjonował w kraju wolności jeszcze 150 lat temu. Krytyka doszukiwała się w traumatycznych wspomnieniach Northupa uniwersalnej opowieści o przemocy i złu, tym bardziej zaskakujących, że dziejącym się w chrześcijańskim i — jak się wydawało — cywilizowanym kraju. Cytaty z Biblii służące kolejnym właścicielom niewolników za argumenty wspierające system niewolniczy cudnie ilustrują instrumentalne wykorzystywanie religii, nawet tej opartej na Miłości, w imię najpaskudniejszych praktyk.

Źródło: hatak.pl

Źródło: hatak.pl

Pan Panowi nierówny, dlatego mamy — ale niestety jedynie przejściowo — nawet milutkiego i ludzkiego Williama Forda (Benedict Cumberbatch), ale też pozbawionego wszelkich skrupółów wrednego sadystę jak Edwin „Nigger Breaker” Epps (Michael Fassbender). Twórcy dołożyli wszelkich starań, by film był jak najbliższy historycznym realiom i chyba im się to udało. Cała historia z porwaniem, polityczny kontekst w tle i spektrum zachowań i postaw wobec niewolnictwa jest przedstawiona zgodnie z realiami tamtych czasów. Mamy zatem mniej lub bardziej paskudnych właścicieli niewolników; ciemiężonych czarnoskórych, którzy również na różny sposób mierzą się z okrutnym losem, jaki ich spotkał, ale i ludzi z zewnątrz, którzy są gotowi albo pomóc albo jeszcze bardziej uprzykrzyć życie.

Pomimo ciężkiej tematyki i suto serwowanym scenom przemocy film się świetnie ogląda, co jest zasługą niezwykle łatwo wpadającej w ucho muzyki, cierpliwej pracy kamery i świetnemu aktorstwu. Są sceny mocne i brutalne, ale jednak ze zdziwieniem przypomniałem sobie, że ktoś mi mówił, iż nie mógł wytrzymać tych irytująco przeciągających się obrazów przemocy. Może już za dużo syfu na ekranach widziałem?:D

Źródło: forbes.com

Źródło: forbes.com

Dla mnie jednak fakt, że to właśnie „Zniewolony” dostał Oscara za najlepszy film jest dosyć wymowny. Podobnie jak rok temu, zwyciężył najlepszy z DOBRYCH. Nie dostrzegam, jak krytyka na Zachodzie, w tej produkcji boskiej iskierki uniwersalizmu i ponadczasowości, jaka czyni film wybitnym dziełem. Porównania do nazizmu, czy — choć nie wiem, czy takie miały miejsce — stalinizmu, są jak dla mnie troszkę na wyrost, w końcu mówimy o zupełnie innych czasach, innej wrażliwości społecznej i etycznej. Przejmujące obrazy z minionych epok cywilizacyjnego rozwoju zawsze będę traktował jednak jako delikatnie naciągane z punktu widzenia historii i socjoligii. Nadinterpretacje nie zirytują mnie jednak na tyle, bym swoje delikatne rozczarowanie „prostą historią” i dystans wobec popularności tematu niewolnictwa we współczesnej Ameryce przelał w lament nad wyrokiem Akademii.

Co zastanawiające, choć zakończenie wzruszyło mnie do łez, to tym, co film przede wszystkim we mnie zostawił, gdy opadła kurtyna, była piosenka o Jordanie. Którą oczywiście puszczono po raz drugi w trakcie napisów końcowych.

Słoń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s