DOBRY film z Sandrą w kosmosie: Grawitacja

Źródło: bostonurbannews.com

Źródło: bostonurbannews.com

Gravity

USA, UK, 2013

reż. Alfonso Cuarón

scen. Alfonso i Jonás Cuarón (ojciec i syn)

wyk. Sandra Bullock, George Clooney

Usłyszałem „Grawitacja”, pomyślałem — Justyna Steczkowska z czasów, gdy miałem mało lat (doczekajcie do refrenu!). Ostatni film Alfonso Cuaróna przykuł moją uwagę jednak z innego powodu. Powodów. Po pierwsze — obsada. Po drugie — dużo pochwał pod adresem muzyki, efektów specjalnych i montażu. Po trzecie — zachwyty krytyki, na potwierdzenie czego nominacja do Złotych Globów. I po czwarte — niezwykły, jak na mainstreamowe kino, pomysł na inteligentne kino katastroficzne, które pomimo swojej hollywoodzkości urzeka mnogością znaczeń i symboli. I może nie prowadzi nas ono do niezwykle odkrywczych wniosków, a także nie poraża głębią dialogów, to naprawę tworzy niezwykłe napięcie aż do samego końca. A to jedna z moich ulubionych cech DOBREGO filmu.

Na wstępie zaznaczę, że celem dokładnego nakreślenia, dlaczego „Grawitacja” jest DOBRYM filmem, który warto zobaczyć, będę musiał zdradzić końcówkę. Ale może uda mi się ją opisać na tyle zawile, że nie będzie tak łatwo się tego domyślić…

Źródło: digitaltrends.com

Źródło: digitaltrends.com

Już biorąc pod uwagę sam pomysł, film jest intrygujący. Z jednej strony mamy do czynienia z si-fi, oczywiście w kosmosie. Wydawać by się mogło, że tematyka i miejsce od razu determinują pewne środki wyrazu, zabiegi i fabułę. Proste schematy, dobro kontra zło, mnóstwo wybuchów, ognia, zgrzytów zębów fizyków na sali, happy end, walki w kosmosie i miecze świetlne. Hehe, nic z tych rzeczy. To znaczy inaczej — tak, wiele z tych elementów odnajdziemy w „Grawitacji”, (niestety, żadnych mieczy świetlnych) ale zostały one bardzo sensownie zmontowane i wykorzystane. Bo jest to tyleż katastroficzne si-fi, co dramat. Skutkiem tego film jest… cichy.

Nie ukrywam, po zapowiedzi na początku filmu, że w przestrzeni kosmicznej, gdzie jest próżnia i dźwięk nie ma nośnika w postaci powietrza nastawiłem się na kosmiczną „Wielką Ciszę”. Pamiętacie, to ten trzygodzinny film o kamedułach, na którym o dziwo nie zasypiano? Trochę się na początku rozczarowałem, ale wrażenie estetyczne płynące z doskonałej ścieżki dźwiękowej mogę porównać do dawno temu zrecenzowanego „Stokera”. Niezwykła subtelność, perfekcyjne budowanie napięcia i umiar. Twórcy nie byli do końca konsekwentni z tą ciszą w kosmosie i oprócz odgłosów dochodzących z kostiumów astronautów i muzyki Stevena Price’a (pracował nad muzyką do m.in. „Władca Pierścieni: Dwie Wieże”, „Władca Pierścieni: Powrót Króla” i „Batman Początek”), rejestrujemy co nieco dźwięków urządzeń. Jednak przekonajcie się sami, jak nowym przeżyciem jest rejestrowanie wielkiego rozpieprzu na orbicie przy absolutnej ciszy.

By zwiększyć realizm całej historii, toczącej się (prawie) w całości w przestrzeni kosmicznej, kamera pracuje tak, jakby sama znajdowała się w stanie nieważkości. Swobodnie i mile dla oka dryfuje, niczym meduza w oceanie, zarówno gdy obserwujemy naszych bohaterów podczas spaceru w przestrzeni kosmicznej, jak i wewnątrz stacji kosmicznych. Brawa też za niektóre iście malarskie ujęcia i dalsze perspektywy, które choć czasem trącą delikatnym kiczem, to jednak w większości urzekają.

Źródło: hollywoodreporter.com

Źródło: hollywoodreporter.com

Jak zwykle, znaleźli się marudzący wytykający twórcom dosyć luźny stosunek do zasad fizyki, jednak i oni byli pod wrażeniem realizmu filmu. „Grawitacja” spodobała się bardzo praktykom, astronautom, w tym Buzzowi Aldrinowi. A ściekającą najpierw po policzku, a potem unoszącą się bezwładnie w górę łzę Sandry wybaczymy. W końcu jest to sci-fi.

Misja bohaterów — wrócić na ziemię. Podczas rutynowych prac na teleskopie Hubble’a, dokonywanych przez m. in. przebywającą po raz pierwszy w kosmosie, dr Ryan Stone (Sandra Bullock) i weterana misji NASA Matta Kowalskiego (George Clooney, po raz pierwszy w kosmosie od… „Solaris”?) dochodzi do katastrofy. Znani z radosnego podejścia do medycyny pracy Rosjanie, chcąc zestrzelić starego satelitę realizują koszmar tzw. syndromu Kesslera. To opracowany w 1978 r. przez naukowca NASA Donalda Kesslera hipotetyczny scenariusz — w wyniku jednej kolizji między obiektami latającymi w przestrzeni kosmicznej wokół Ziemi dochodzi do kaskadowej reakcji łańcuchowej uruchamiającej bez końca kolejne eksplozje. Hipotetycznie może to doprowadzić do zniszczenia wszystkiego, co dryfuje na naszej orbicie. „Pół Ameryki nie ma facebooka” — mówi w pewnym momencie Kowalski. Realizacja syndromu Kessela jest oczywiście dramatem wszystkich korzystających z jakiejkolwiek formy elektronicznej komunikacji. Jednak dla naszych bohaterów oznacza to poważne kłopoty z powrotem na Ziemię.

Nie jest to łatwa sprawa, biorąc pod uwagę chaos, jaki nastaje w wyniku unieruchomienia niemal całej infrastruktury kosmicznej. Dr Ryan jest zdana w pewnym momencie tylko na siebie (czy ja właśnie wychlapałem co się stanie Kowalskiemu?:D). Jej upór pozwala jednak przetransportować się do kolejnych stacji, by w końcu znaleźć tę jedną, którą można wrócić na Ziemię. Gaśnica będzie nie od rzeczy.

Źródło: ksl.com

Źródło: ksl.com

W filmie doszukiwano się wielu treści i znaczeń. Jest tu dużo religii — prawosławna ikona św. Krzysztofa (patrona podróżujących, ale też Wilna, ogrodników i bólu zębów), statuetka Buddy, modlitwa zrezygnowanej dr Ryan czy Ganges w słońcu. Istotny jest wątek ekologiczny — śmieci w kosmosie (podobno wokół Ziemi krąży ok. 19 tys. sztuk różnego badziewia, nie licząc Księżyca!) i piękna Matka Ziemia. Uzależnienie człowieka od technologii, która gdy zawodzi, zostawia nas samym sobie. Dzień i noc, widziane z perspektywy kosmosu od razu budzą podobieństwo do starcia Dobra i Zła. Ale też ogromna planeta, jaką widzimy przez cały film, jest okrutnie obojętna swoim pięknem i ogromem na dramat ludzi. Ta przerażająco duża perspektywa od razu skłania nas, niczym widok z wysokiej góry, do zadumy nad sensem życia, śmierci i takie tam. Doskonałe tło, dla zmagań dr Ryan o to, by wrócić żywo w jednym kawałku do łona Matki Ziemi. Zakończenie świetnie się wpisuje w te rozważania, oferując prosty i naturalny, ale jakże symboliczny obraz. Tak, zakończenie naprawdę im wyszło, chociaż krytycy z Sight&Sound wrzucili kamyczek do ogródka (łał, tym razem nie my?)

Zwróćcie uwagę w filmie, jak szybko przeskakujemy od bezkresnej, agorafobicznej przestrzeni kosmosu do klaustrofobicznych wnętrz stacji kosmicznych. Komfort odczujemy dopiero pod koniec. Oglądniecie, to rozwinę wątek.

„Grawitacja” jest kontynuacją niektórych tematów dotychczas poruszanych przez reżysera: zmagania człowieka z bezsensem śmierci/choroby („I twoją matkę też”) czy dystopicznej wizji przyszłości („Ludzkie dzieci”). Wymyka się jednak próbom jednoznacznej interpretacji, zostawiając pole do popisu naszej wrażliwości i wyobraźni. Jest to jednak przede wszystkim trzymające w napięciu, świetnie zrobione dźwiękowo i wizualnie kino si-fi, skutecznie godzące gatunek z dramatem.

Jeszcze słowo o Sandrze — w kosmos to poleciała trochę przez przypadek. Najpierw do roli przymierzano Scarlett Johansson, a potem Natalie Portman, którą reżyser zachwycił się w „Czarnym Łabędziu”. Amidala została jednak na Ziemi, a Bullock miała niesamowite szczęście — „Grawitacja” jest najbardziej dochodowym filmem z jej udziałem: do początku listopada br. do kasy wpłynęło 642 mln dolarów, przy budżecie 100 mln dolarów. Z resztą cały rok był dla niej DOBRY: oprócz „Grawitacji” Bullock zagrała u boku Melissy McCarthy  w „Gorącym towarze”, który również odnotował finansowy (najbardziej popularna komedia 2013 r. w USA) i artystyczny sukces. Nie dziwota (mówi się tak jeszcze?), że Sandra jest określana jako najbardziej dochodowa gwiazda (ang. bankable star). Cztery filmy z jej udziałem, oprócz wspomnianych: „Wielki Mike”, za którego w 2012 r. dostała Oscara i „Narzeczony mimo woli”, zarobiły w sumie — usiądźcie — 1,5 mld dolarów. Jest nalepiej opłacaną aktorką na świecie, dzięki czemu została zapisana w Księdzie Rekordów Guinessa. W 2012 r. zarobiła 56 mln dolarów. Na liście największych gospodarek świata znalazła by się na 192 miejscu, wyprzedzając jedynie Tuvalu (PKB nominalne szacowane na 37-40 mln dolarów).Trochę jej brakuje do 191 miejsca, w zależności od statystyk jest to Nauru (121 mln dolarów), Kiribati (176 mln dolarów) lub Falklandy (164,5 mln dolarów).

Słoń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s