Dobry Film: Londyn. Współczesny Babilon.

Źródło: torrentbutler.com

Źródło: torrentbutler.com

„London. The Modern Babylon”

Wielka Brytania, 2012

reż. Julien Temple

wyk. Michael Gambon (narrator)

W Malezji trzeba uważać w kinie. Ostatnio pobiłem sam siebie kupując bilet w złym kinie, na złą godzinę i w złym dniu. Przynajmniej film był ten sam, co chciałem. Ale o tym pod koniec niniejszej recenzji. Pomny tego nieprzyjemnego i gorzkiego doświadczenia (jak to mówi mój dziadek – „przez takie rzeczy się przegrywa wojny”) goniąc na Festiwal Filmowy Unii Europejskiej już uważnie przeczytałem rozpiskę. Nawet utrafiłem w film, będący darmową projekcją! 

Festiwal, mający wpisywać się w agendę kulturalnej dyplomacji Europy, od początku wydawał się nieco podejrzany jeśli chodzi repertuar. Miałem bowiem wrażanie, że Brytyjczycy, Szwedzi czy Grecy mieli ostatnio naprawdę mocne produkcje, a wystawili — jak mi się wydawało — takie kino klasy B. Podobnie my, jeśli oczywiście odstawimy na bok złośliwości cisnące się na usta („a to my mamy jakieś kino klasy A?”), mogliśmy pokazać coś bardziej szałowego, niż (patrz: quiz poniżej). Niestety, tutaj wkraczamy na drażliwy politycznie problem kulturowych rozbieżności, zasadzający się na tym, że – według obiegowej opinii – jak nie będzie na ekranie rozpierduchy, to żaden Azjata nie pójdzie ci do kina. Kontrowersyjna teza. Tym ciekawiej zapowiadała się propozycja brytyjska, czyli dokument o London Town…

Reżyserem jest kultowy dokumentalista brytyjski Julien Temple. Fani TVP Kultura mogą pamiętać wyświetlaną dwa lata temu późną nocą jego impresję z 2006 r. o trzydziestoleciu festiwalu Glastonbury, o jakże zwodniczym i intrygującym tytule „Glastonbury”, po odlądnięciu którego, każdy kto był na Open’erze czuje, że coś go w życiu jednak omija. Do historii Temple przeszedł jednak jako archiwista historii brytyjskiego punk-rocka ze swoimi dokumentami o Sex Pistols („The Great Rock’n’Roll Swindle” z 1980 r., „Sex Pistols. Wściekłość i brud” z 2000 r.) czy Joe Strummerze, legendarnym wokaliście The Clash („Joe Strummer. Niepisana Przyszłość” z 2007 r.)

Montując „Londyn…” Temple miał jasną wizję, jak sportretować miasto, porównując go do biblijnego miasta, symbolu tyleż różnorodności, co pychy ludzi – Londyn, jako współczesny Babilon. Światowa metropolia, którą swoją potęgę zbudowała na multikulturalizmie i otwartości, słowem – imigrantach. I to na tej fascynującej kulturowej mieszance, a nie dziejach grzechu, którego w Londynie było niemało, położony jest – jak się wydaje – główny akcent. Używająca ponad 300 języków, mająca najstarsze na świecie – bo liczące 150 lat – metro, barwna stolica pędzącej w zastraszającym tempie globalizacji i cyfryzacji. Jest dużo prawdy w powiedzeniu Samuela Johnsona, że „kto zmęczył się Londynem, zmęczył się życiem, bo Londyn ma wszystko, co życie może zaoferować”. Dodajmy, że Johnson powiedział te słowa jakieś trzysta lat temu. Nie dziwi więc, że miasto, będące jakiś czas temu największym na świecie imperium, gdzie nie zachodziło słońce (choć słowa te powiedział Karol V, władca Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego o swoich włościach) ma równie fascynującą historię.

Siłą rzeczy – a może wyboru – wycieczkę po Londynie zaczynamy z końcem XIX w. Oglądamy najstarsze ruchome obrazki, widzimy przerażającą nędzę przedmieść i słuchamy opowieści najstarszej mieszkanki miasta. I tak rozpoczyna się długa, bo licząca 130 lat (czytaj – 2 godziny i 5 minut) wycieczka po historii stolicy Wielkiej Brytanii, mającą być piękną reklamówką najlepszego miasta na świecie. Wszystko ma piękny i spektakularny finał w Igrzyskach Olimpijskich w 2012 r., właściwie tuż przed ich rozpoczęciem. W międzyczasie dowiadujemy się o najważniejszych wydarzeniach, jakie spotkały Londyn w XX w.

Źródło: britishcouncil.com

Źródło: britishcouncil.com

Dygresja: przed wejściem do kina można było przeczytać, że ze względu na obowiązujące w Malezji prawo – organizatorzy nie mieli większych oporów, by wprost użyć słowa „cenzorship”, no ale witamy w kraju islamskim – niektóre sceny mogą zostać wycięte. Jakże się ucieszyłem jako liberalny Europejczyk, gdy już w piątej sekundzie filmów zobaczyłem nagą kobiecą pierś (nawet dwie), a ku mojej radości – co pokazały sceny z imprez w latach 60. – nie była to ostatnia przemycona w filmie nagość. Radość miała, co zaznaczam z całą mocą, wybitnie polityczny charakter. Dziwi mnie bardzo ta nieuwaga ze strony organizatorów, biorąc pod uwagę fakt, że „Glastonbury” miało metkę R (restricted, młodzież przed ukończeniem 17. roku życia musi oglądać film z mamą albo babcią), za wszystko to, co tygryski lubią najbardziej: wulgarny język, seks, nagość i narkotyki.

W filmie są dwa refreny, czyli powtarzające się z większą lub mniejszą regularnością sceny. Jedna wynika z historii miasta, mianowice potężny kryzys, który obraca miasto w mniejszą lub większą perzynę. Jeszcze w I wojnie światowej się udało, ale potem, w odstępach mniej więcej 15-20 lat dochodzi do wydarzeń, przy których spalenie tęczy na placu Zbawiciela to niewinna zabawa maluchów w piaskownicy. Jak nie Niemcy i bombardowania z II wojny światowej to sufrażystki, Irlandczycy, robotnicy, związkowcy, zbuntowana młodzież, antyglobaliści, islamscy terroryści i co się tam jeszcze nawinie. Niemcy ustawili oczywiście poprzeczkę bardzo wysoko, jednak zgroza wywołana przez zamachy w londyńskim metrze czy burdy z 2011 r. też dają radę. Po każdym takim wydarzeniu miasto jednak dochodzi do siebie, dowodząc swojej żywotności i witalności.

Źródło: blip.tv

Źródło: blip.tv

Drugim refrenem są sceny z centrum dowodzenia miejskich służb. Przed nami jawi się ogromna ilość podglądów z kamer monitoringu miejskiego, będąca jakże wyrazistym symbolem ogromu miasta, niezliczonej ilości interakcji, wydarzeń, ludzi, ulic i języków. Dodajmy do tego kolejne rozdziały księgi kulturalnych rewolucji, nowych fal i trendów rozlewających się potem po całym świecie i otrzymujemy obraz nieustannie buzującego kotła artystycznej kreatywności, którego nie da się ogarnąć, nawet mając do dyspozycji podgląd na każdy zakątek miasta.

Jednak uderzyła mnie delikatna niekonsekwencja całego przedsięwzięcia. Reżyser chciał zarówno zrobić barwny kolaż dźwięków i obrazów, dlatego zdarza mu się zilustrować wydarzenia z przedwojnia rockowym rytmem. To oczywiście wybaczamy, w dokumencie można (?) trochę pokłamać, z czego z resztą Temple słynie. Wspomniany „The Great Rock’n’Roll Swindle” był przecież mockumentem. Co więcej, Brytyjczyk lubuje się w zabawach z montażem, wplataniem animacji do prawdziwych scen, naruszaniem chronologii. Krótko mówiąc, widać, że facet ma na koncie parę teledysków. Jednak momentami tracimy główny wątek, jakim jest rola imigrantów w historii miasta. O drugiej wojnie światowej czy rządach Thatcherowej wiedźmy trzeba powiedzieć, ale zbyt dużo uwagi poświęconej zostaje politycznie ważnym, jednak – z perspektywy głównej koncepcji pobocznych – wątków. Nie da się ukryć, dokument świetnie się ogląda i można sycić oko zaskakującymi efektami (nie piszę, że można całość skrócić i poprzestać na przed-przed-przedostatniej scenie, bo znowu będzie, że marudzę). Nie brak tu autentycznych smaczków, pełnych uroku scen z ulic Londynu, jak pochodzący z Azji handlarz ryb zachwalający swoje produkty w rytm bollywoodzkiej nuty, czy odziana w czador taksówkarka (ee… no nie napiszę „kobieta-kierowca taksówki?!) paląca papierosa przez materiał swojego irańskiego stroju ninja. W końcu jak mówi sam reżser: „Londyn jest miastem pionierskim, jeśli chodzi o przenoszenie całego świata w jedno miejsce”.

Źródło: cargocollective.com

Źródło: cargocollective.com

Skonfundowani Malajowie, którzy zostali do końca filmu, najpewniej opuścili salę kinową z przekonaniem, że stolica UK to miasto co najmniej dziwne i pełne paradoksów. Miejsce permanentnych zamieszek, a jednocześnie wszechobecnego monitoringu. Dla Europejczyka to centrum świata, godzące swoją światowość z lokalnością, o niezwykle bogatej historii i silnej tożsamości, będącej kwintesencją tego, co Europa ma do zaoferowania: żywotnej i tolerancyjnej kultury, mającej nadal – pomimo narzekań sceptyków – coś do zaoferowania światu. I nie bojącej się tego, że jedna czy druga rozróba może złamać jej ducha.

Chociaż może trzeba było kogoś z lokalsów spytać, jak odebrał film Temple’a.

Źródło: twitchfilm.com

Źródło: twitchfilm.com

* * *

Miałem zakończyć historią o tym nieszczęsnym bilecie. Czytałam gazetę wieczorem, gdy zobaczyłem, że w jednym z multipleksów będzie przedpremierowo „Ender’s Game”, a jak się pokaże kupon z gazet, to będzie będzie zniżka. Porwałem gazetę i pognałem do kina. Zamachałem sprzedawcy przed nosem stroną z informacją i kupiłem bilet. Dopiero gdy odszedłem od kasy, zorientowałem się, że film zaczyna się piętnaście po północy, a jest dopiero… 21:00. Skonfundowany poszedłem wyjaśnić całą sprawę, ale już po drodze (bo sala była piętro wyżej) zorientowałem się, że nie zauważyłem w przewodniku przecinka. Ten sam multipleks jest na końcu miasta… Niestety z biletem nic nie mogłem zrobić. Trzech godzin nie chciało mi się czekać, 14 zł poszło w diabła, ale przynajmniej jest opowiastka na bloga.

Słoń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s