DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Pogoda trochę nie zachęcała, ale udało mi się jakoś zdążyć na pierwszy ciapąg do Wawy. Do pierwszego seansu miałem 10 minut, dlatego tym bardziej się ucieszyłem, że modlitwy o punktualny przyjazd zostały wysłuchane przez Bóstwo Opiekucze PKP. Obiegłem Pałac Kultury i Nauki w poszukiwaniu bankomatu (nie można płacić kartą za bilety!), wzdrygnąłem się z obrzydzenia rejestrując figurę, pod którą Agata Buzek na końcu „Rewersu” świeci znicza i wpadłem do sali Kinoteki. Czekało mnie bliskie spotkanie z chińską, kanadyjską i niemiecką kinematografią.

"Nie ty decydujesz, kiedy chcesz palić!"

„Nie ty decydujesz, kiedy chcesz palić!” „Świadek”. Źródło: i.imgur.com.

Z rana – jak śmietana – „Świadek” (Chiny, 2012, reż. Gao Zehao). Dobrze zmontowany, pozbawiony happyendu, ale chyba koniec końców optymistyczny thriller toczący się w jednym z chińskich miast, okraszony zjawiskowymi, acz niezbyt czystymi widoczkami azjatyckiego miasta. Nasz bohater, Song, drobny restaurator, musiał zaciągnąć dług u swojego znajomego, będącego przy okazji niezbyt sympatycznym gangsterem. Początkowo sprawa nie wygląda za dobrze, gdyż Song oczywiście nie ma pojęcia skąd wziąć ogromną ilość pieniędzy. Wszystko wygląda naprawdę paskudnie źle, kolega gangster uprzykrza naszemu bohaterowi życie jak może, ale w pewnym momencie sprawy przybierają niecodzienny obrót. Myszka podejmuje próbę zamiany ról i zaczyna ścigać kotka. Zamierza odzyskać kasę, ubierając swój szantaż – nieco podświadomie – w wolę ukarania winnych, będących ponad prawem. W brutlanych realiach chińskiego kapitalizmu, gdzie prawo należy do silniejszego, sprawiedliwość musi być egzekwowana przez jednostki. Jednak w końcu dosięgnie wszystkich… Może cała ta historia nie jest jakoś wybitnie odkrywcza, ale montaż i świetnie nakreślony dramat jednostki spowodowały, że dzień zaczął się dobrze.

Źródło: cdn.pastemagazine.com

Źródło: cdn.pastemagazine.com

Potem przelot do Kanady. W „Sara woli biegać” ( reż. Chloé Robichaud, Kanada, 2013) bohaterką jest 20-letnia biegaczka z Quebecu o zjawiskowo ogromnych błękitnych oczach. Dostaje propozycję biegania dla uniwersytetu z Montrealu, co łączy się z koniecznością przeprowadzki, która niezbyt podoba się nadopiekunczej mamusi. W końcu Sara jedzie do miasta z nieco starszym kolegą, który już na miejscu wpada na niecodzienny pomysł, skąd zdobyć kasę na przeżycie w mieście. Jako, że rząd wspiera finansowo młode małżenstwa, Antoine i Sara… biorą ślub. Sara, w przeciwieństwie do kolegi bardzo poważnie podchodzi do warunków umowy, że jest to tylko ściema mająca na celu zdobycie kasy. Rodzi to pewne komlikacje, gdyż kolega z czasem coraz poważniej podchodzi do nowej sytuacji cywilnoprawnej ich znajomości. Dla Sary z kolei znacznie większym problemem jest serce. W dosłownym tego słowa znaczeniu.

W swoim pełnometrażowym debiucie Chloé Robichaud kreśli nam żartobliwą, choć nie pozbawioną dramatu opowieść o dorastaniu. Jednak między słowami widziałem tam satyrę na instytucję małżestwa czy nierozstrzygalny dramat osoby chorej pt: „szczęście czy zdrowie?”. Trochę to wszystko podobne do „Dziewczynki w trampkach” – młoda, z marzeniem i problemem – jednak mieszkająca w Arabii Saudyjskiej Wadjda była nieco sprytniejsza i bardziej ogarnięta;) Nie zmienia to faktu, że „Sara woli biegać” to wielowymiarowy, pełen dynamiki, ale jednak subtelny i przemawiający do wyobraźni, DOBRY obraz.

Źródło: wff.com

Źródło: wff.com

Na deser niemiecki film „Rona i Nele” (Niemcy, 2013, reż. Silvia Chiogna). Hołd złożony barwnemu i anarchistycznemu Berlinowi, gdzie wszyscy z duchu punkowego komunitaryzmu sobie pomagają, mieszkają na squotach, piją piwo na ulicach i cieszą wolnością miejskiego życia. W tej barwnej, nostalgicznej scenerii toczy się „Rona i Nele”, która niestety rozczarowuje brakiem jakiejś głębi czy pomysłu. Dwie laski z różnych światów – abnegacka anarchistka i studentka z dobrego domu – przemierzają zaułki niemieckiej stolicy, której – jak mówi sama reżyserka – nie można już spotkać. Ani tam dużo o tych laskach, trochę ciężko zrozumieć niektóre ich zachowania (uch, może to Współautorka powinna zobaczyć?:D), ogólnie sympatycznie, ale są lepsze niemieckie filmy na ten temat. Pewnie w kinach to u nas nie wyląduje, więc na razie wstrzymam się z zakwalifikowaniem filmu do którejś z naszych rozlicznych szufladek.

* * *

Czy można ocenić festiwal po trzech filmach? Cóż, biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie ma jednego festiwalu, gdyż liczba uczestników, która pójdzie dokładnie te same filmy jest znikoma, można się zastanawiać, czy w ogóle ktokolwiek, kto nie oglądał wszystkich prezentowanych obrazów, może się wypowiadać w tej kwestii. (Uff… Za stylistykę jak zwykle pała, ale napisałem, com chciał napisać!) Ja jednak z pewnością, jeśli będę miał okazję w przyszłości, wrócę do Warszawy na Warszawski Festiwal Filmowy. Na trzy losowo wybrane filmy dwa były zdecydowanie DOBRE i chyba podobnie sądzę o całej imprezie.

I z blogerskiej powinności odnotujmy, że główny konkurs wygrał polski film „IDA” Pawła Pawlikowskiego.

Słoń

One thought on “DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

  1. Pingback: DOBRY film: Ida | Dobry Film, Zły Film

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s