DOBRY film: Ida

źródło: filmweb

źródło: filmweb

“Ida”

Polska, Dania 2013

reż. Paweł Pawlikowski

scen. Paweł Pawlikowski i Rebecca Lenkiewicz

wyk. Agata Trzebuchowska, Agata Kulesza, Dawid Ogrodnik

Gdy w latach sześćdziesiątych “Rękopis znaleziony w Saragossie” Jerzego Hasa stał się na chwilę popularny wśród bohemy San Francisco, chwalono jego twórców za to, że podczas gdy w Hollywood kręcono już filmy w kolorze, oni zdecydowali się zastosować piękną biel i czerń. Sam reżyser przyznał potem, że to nie estetyka, lecz finanse pokierowały tym wyborem. Współcześnie oczywiście finanse nie grają już (w tym przypadku) takiej roli. “Odkolorowanie” filmu jest już świadomym wyborem artystycznej strategii, która może dodawać całości uroku (jak np. w “Zakochani widzą słonie” czy w tegorocznej “Frances Ha“) lub sprowadzić film głębiej w otchłań kinematograficznej pretensjonalności (stali czytelnicy tego bloga dobrze wiedzą o co nam chodzi). W przypadku “Idy” na szczęście nastąpiło to pierwsze.

Dlaczego pisząc o nowym filmie Pawła Pawlikowskiego napominam o “Zakochanych widzących słonie” i o “Rękopisie znalezionym w Saragossie”? Nie tylko dlatego, że ten pierwszy ma w tytule ulubione zwierzę Współautora, ani dlatego, że według mnie “Rękopis…” to film tak DOBRY, że jeśli go nie widzieliście, to powinniście rzucić wszystko i go NATYCHMIAST obejrzeć. Wpominam o tym głównie dlatego, że polsko-duńska “Ida” jest świetnym połączeniem estetyki polskiej szkoły filmowej z duńskimi filmami w których się mało mówi. Piękne kadry. Świetne połączenie wewnętrznych dramatów ze szlagierami typu “Rudy, rudy rydz”. No i przede wszystkim świetna rola Agaty Kuleszy w roli Wandy Gruz, która kradnie każdą scenę w której jest (zwłaszcza jedną — ci z Was którzy widzieli wiedzą o którą mi chodzi, ci którzy to mają przed sobą to z łatwością rozpoznają ją w kinie).

Czytaj dalej

DOBRY film: Chce się żyć

Chce się żyć

Polska, 2013

reż. i scen. Maciej Pieprzyca

wyk. Dawid Ogrodnik, Kamil Tkacz

Siedzieliśmy w dobrze nam znanej sali w Kinie pod Baranami. Dziś była bardzo zatłoczona, zwłaszcza jak na czwartek — widocznie schronienie znaleźli tu zbiedzy z Festiwalu Conrada. Zaczęło się i byliśmy zachwyceni. Do czasu. Ale pozwólcie, że pochwalę zanim powybrzydzam.

Jak zapewne wiecie, film oparty jest na prawdziwej historii chłopaka z czterokończynowym porażeniem mózgowym, któremu po wielu latach udaje się udowodnić, że rozumie co się dookoła niego dzieje i “nie jest jarzyną”. Tyle wiemy z zapowiedzi. Na filmwebie złowieszczo zaetykietowano go “dramatem”, choć przez dużą (lepszą) część “Chce się żyć” jest komedią. No, dobra, komediodramatem. Jest pięknie nakręcony, estetyka taka trochę “sundanceowa”, ma świetnie dobraną muzykę, nie mówiąc już o wspaniałym aktorstwie. Dorota Kolak  i Arkadiusz Jakubik bardzo dobrze grają rodziców głównego bohatera, w którego mistrzowsko wcielili się Dawid Ogrodnik oraz jedenastoletni Kamil Tkacz. Co tu dużo mówić — odwalili kawał dobrej roboty i choćby dla nich dwóch warto się wybrać do kina.

Historia opowiedziana jest bez zbędnego patosu, świetnie łączy poważny temat z komizmem. Śmialiśmy się, wzruszaliśmy, a gdyby nie moje groźne spojrzenia w ciemnej sali to Współautor pewnie w kilku miejscach  wstałby i zacząłby klaskać. Choć zwykle jestem sceptycznie nastawiona do narracji w postaci głosu z offu w filmach, tutaj ta strategia sprawdziła się doskonale: podkreślała kontrast pomiędzy tym, jak widzą Mateusza inni, a jego ciekawymi — i zupełnie “normalnymi” — przemyśleniami, które mógłby mieć każdy z nas. Łączy się to z naszym głównym zastrzeżeniem do “Chce się żyć”. Przez pierwsze trzy czwarte swojej długości  jest to film bardzo uniwersalny — opowiada o problemach z wyrażeniem swoich myśli, o tym jak trudno zrozumieć, co siedzi w głowie bliźniego. Pod koniec niestety zaczyna się podkreślać “prawdziwość” tej historii, jakby widz już nie słyszał we wszystkich mediach, że to “film oparty na faktach”. Wydawało się, że nakręcono go, bo to historia ciekawego człowieka, jedak pod koniec okazuje się, że nakręcono go, bo to historia “celebryty”, konkretnego człowieka o którym napisano w gazecie

Czytaj dalej

Bardzo Dobry ale Bardzo Długi Film o Filmie: The Story of Film. An Odyssey

The Story of Film. An Odyssey.

Wielka Brytania, 2011

reż. Mark Cousins

Niniejsza recenzja pierwotnie została opublikowana 09/2013 na zaprzyjaźnionym portalu pulpozaur.pl w ramach tzw. występów gościnnych, praktykowanych przez Autorów tego bloga. Z niewielkimi zmianami tekst ten ukazuje się dzisiaj na naszych łamach. 

Jak pisał wybitny historyk sztuki: „Czy nam się to podoba czy nie, kino – bardziej niż jakakolwiek inna siła – ukształtowało opinie, smak, język, stroje, zachowanie, a nawet fizyczny wygląd publiczności”. Jak dodaje dalej: „Gdyby prawo zmusiło wszystkich poważnych poetów lirycznych, kompozytorów, malarzy i rzeźbiarzy do zaniechania swej działalności – uświadomiłaby to sobie niewielka część szerokiej publiczności. […] Lecz gdyby to samo stało się z kinem, konsekwencje społeczne byłby katastrofalne”.

W samym 2012 r. filmy zarobiły prawie 35 mld dolarów na całym świecie. Wiadomo, że liderem jeśli chodzi o produkcje są Indie (1325 filmów w ostatnim roku), potem Nigeria (826), brąz dla USA (520). Ogólnie trochę tego jest, jeśli do tego dodamy pozostałe kraje, w tym Polskę z radosnymi czterdziestoma produkcjami. Żaden z tych filmów – co jasne – nie powstaje w próżni, każdy z nich jest osadzony w jakiejś kulturze, tradycji, zmontowany został w konkretnym kraju, ale zarazem nawiązuje do światowej tradycji kinowej. Uniwersalność języka „ruchomych obrazków” jest niezaprzeczalna.

Źródło: Karlove Vary International Film Festival

W tym momencie rodzi się pytanie: jak w takiej sytuacji zrealizować zadanie opisania ponad 120 lat tej niezwykle popularnej sztuki? Jak się nie pogubić w gąszczu coraz to nowych produkcji? Czy da się znaleźć jakieś wzory, schematy, połączyć dzieła klasyczne z tym, co się dzieje we współczesnym kinie? I zrobić to tak, by nie powstało liczące tysiąc godzin dzieło, gubiące w natłoku informacji sedno, jakim jest próba ogarnięcia tego, co się działo z kinematografią od jej początków po dzień dzisiejszy?

Cóż – da się. Facet, który tego dokonał, nazywa się Mark Cousins. Jest północnoirlandzkim krytykiem filmowym i potrzebował dokładnie dziewięciuset minut, by tego dokonać.

Panie i Panowie, przed nami – że oddam głos samemu reżyserowi – „epicka opowieść o innowacji, poprzez dwanaście dekad historii, sześć kontynentów i tysiąc filmów” – The Story of Film. An Odyssey

Czytaj dalej

DOBRE Filmy z Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Chyba się zaraziłem. Wiecie jak to jest?

Najpierw człowiek jedzie na duży i popularny festiwal. I odkrywa zupełnie nowy świat. Zostaje pochłonięty przez niesamowitą atmosferę, poznaje od groma nowych ludzi, którzy podobnie jak on, potrafią pomimo narastającego zmęczenia siedzieć cały dzien w kinie, tak by pod wieczór mieć w głowie jeden wielki misz-masz wszystkich obrazów, jakie się widziało. Do tego dochodzą drzemki w trakcie seansów, jakie na początku wydają się być młodemu kinomaniakowi grzechem najcięższym, a dopiero po jakimś czasie okazują się być nieodłączną częścią festiwalowego przeżycia. Etap drugi przynosi narastające rozczarowanie ulubionym festiwalem. Nabite punkty expa (ze slangu RPG – doświadczenia) budzą w człowieku odruchy zrzędzącego na wszystko konserwatysty (grumpy conservative, haha, nie jest to fachowy termin politologiczny, żeby nie było:D), że kiedyś to były filmy, atmosfera i ludzie, a teraz uzbrojona w iPhony gimbaza rości sobie prawa do bycia prawdziwym festiwalowiczem. No i przychodzi etap trzeci – odkrycie, że jest życie i fun poza naszą oazą, słowem – inne festiwale. Nerwowe szukanie dookoła jakichś większych eventów.

I tak dochodzimy do sposób radzenia sobie z jesienną depresją, powiosennym głodem kulturalnych imprez zaczynanych z rana piwem i odliczaniem czasu do ukochanego festiwalu. Nie ukrywam, po latach jeżdżenia na Kosakowe Pole i do Wrocławia postanowiłem zobaczyć, jak to robią inni. Wprawdzie Warszawa nie jest wcale tak blisko, ale za dużo czytałem ostatnio o Warszawskim Festiwalu Filmowym, by nie skorzystać. Jestem niestudiującym studentem (tzn. obroniłem się w czerwcu, ale do konca października br. korzystam z przywilejów studenckich), dlatego postanowiłem wybrać się na jeden dzień do powracającej do normalnego życia po gorączce referendum stolicy i sprawdzić, cóż tam puszczają.

Czytaj dalej

Zły Film: Rewers

Źródło: itv.movie.eu

Nawet Bronisław ziewa na “Rewersie”. Źródło: itv.movie.eu

“Rewers”

Polska, 2009

reż. Borys Lankosz, scen. Andrzej Bart,

wyk. Agata Buzek, Marcin Dorociński, Krystyna Janda

Przyjrzyj mu się. Ale bezstronnie!

Mamy na tym blogu dziwną kategorię – “Formative Films”. Zawsze się trochę bałem tej etykietki, bo budziła ona we mnie lęk, że w pewnym momencie – gdy wylądujemy ze Współautorką na bezrobociu i zabraknie kasy na chodzenie do kina – blog stanie się takim kolejnym filmwebem czy IMDB; miejscem, gdzie będziemy pisać jedynie o starociach, tak żeby się wydawało, że impreza dalej trwa. Oczywiście, to tak pół-żartem pół-serio. Niedawno nastąpiła okoliczność, która pozwala mi zrobić wpis do tej właśnie specjalnej kategorii, stworzonej dla nienajnowszych filmów. “Formative Films” z założenia jest formą oddania czci tym produkcjom, które nas filmowo wychowały i ukształtowały nasz gust. Myliłby się jednak ktoś, gdyby sądził, że będą trafiać tu jedynie DOBRE filmy…

Wróćmy do tych specjalnych okoliczności. W jednym z niedawnych postów, poużywałem sobie trochę na drewniane dialogi w “AmbaSSadzie” czego najdobitniejszym wyrazem dla mnie był tekst: “pokiełbasiło cię?!”. Przez internety przetoczyła się fala oburzenia, która spowodowała, że ponad 70 proc. uprawnionych do głosowania Warszawiaków wolała zostać w domu i wdać się z nami w poważną dyskusję na pewnym portalu społecznościowym.

Wyjaśniając: OK – mea culpa, są ludzie, którzy wciąż mówią “pokiełbasić się” (podobno nawet Współautorka, ale nie wiem, czy należy ją traktować jako reprezentatywną próbę badawczą…), a i ja nie wyjaśniłem dostatecznie jasno, że problemem dialogów w najnowszym filmie Machulskiego są tyleż suche żarty, co zła gra aktorska i brak wyczucia jak się teraz mówi. Słowem – może i to “pokiełbasić” siadłoby, gdyby nie kontekst.

Wracając do awantury na fejsie – czara goryczy się przelała i autorowi poprzedniej recenzji dostało się za wszystkie grzechy, w tym za poprzednie, kontrowersyjne sądy o paru filmach, które zdaniem społeczności internetowej są DOBRE. No i wywołano wilka z lasu, bo padł tytuł “Rewers”, uznawany symbolicznie za moment założycielski tego bloga. Symbolicznie, bo choć nie ma recenzji tego filmu na naszym blogu, to jest to produkcja, która zdaniem autorów tego bloga zasługuje na miano jednej z najbardziej przecenionej w III RP. Pora nadrobić zaległość i jasno wyjaśnić, co naszym zdaniem zasługuje na taką etykietę.

Czytaj dalej