Zły flm: Szturm

"Jesteśmy Bojownikami Miłosierdzia!"

„Jesteśmy Bojownikami Miłosierdzia!”

L’Assaut

Francja, 2010

reż. Julien Leclercq, sc.  Julien Leclercq, Simon Moutaïrou

wyk. Vincent Elbaz, Grégori Derangère, Mélanie Bernier

Film trochę już ma, bo powstał trzy lata temu, ale jest obecnie emitowany przez jedną ze stacji telewizyjnych, dlatego za słuszne uznałem poświęcenie mu nieco uwagi na naszym blogu. „Szturm” po opisie fabuły wyglądał na niezobowiązujące, acz dobrze zmontowane francuskie kino akcji, a że jeszcze oparte na prawdziwych wydarzeniach, to spodziewałem się naprawdę przyzwoitego filmu sensacyjnego oddającego hołd GIGN – francuskiej żandarmerii antyterrorystycznej (czyta się: Że-i-że-en, brzmi trochę chińsko, ale co poradzić na francuską wymowę?! fr. Groupe d’Intervention de la Gendarmerie Nationale), z wielką rozpierduchą w finale. Co więcej, dzieło to od dawna chciał oglądnąć członek rodziny, który pamięta telewizyjną relację dramatycznych wydarzeń, jakie miały miejsce w grudniu 1994 r. w Algierii i Francji.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że będzie mi dane zrelaksować się środowym wieczorem oraz uzupełnić braki wiedzyw zakresie historii XX-wiecznego terroryzmu. O ile udało mi się osiągnąć drugi cel, to film – niestety – zamiast zrelaksować, jedynie zirytował.

Fabuła dzieła pana Leclercqa opiera się na słynnej akcji przeprowadzonej przez wspomniany oddział żandarmerii w grudniu 1994 r., kiedy to grupa islamskich terroryztów ze Zbrojnej Grupy Islamskiej (GIA – wym. dżija, LOL, a ja cały film myślałem, że chłopaki należą do kolektywu „Dżihad”) porwała w Algierii francuski samolot celem wpakowania go w wieżę Eiffela. Na szczęście w wyniku serii skomplikowanych negocjacji z terrorystami udało się posadzić samolot na lotnisku w Maryslii, gdzie 26 grudnia o piątej po południu przystąpiono do tytułowego szturmu i w ciągu 17 minut odbito 229 zakładników. Zabito wszystkich czterech porywaczy. Cały incydent, od porwania samolotu do zakończenia akcji antyterrorystów trwał 54 godziny. Trzech zakładników zginęło z rąk porywaczy jeszcze przed akcją, po stronie GIGN byli tylko ranni.

Tyle fakty. Według TIME’a była to jedna z najskuteczniejszych akcji antyterrorystycznych w historii. Film pokazuje co innego, mniejsza o oceny, ale biorąc pod uwagę szczęśliwe zakończenie pytam się, czy da się spierniczyć tak piękną swoją autentycznością historię? Leclercq starał się bardzo, żeby zrobić coś tak DOBREGO jak „Operacja Argo” (też autentyczna historia), ale nie za bardzo mu wyszło. Zamiast zmontować porządną strzelankę z happy-endem, zaczął kombinować, pociął koszty na scenariuszu i z laurki dla francuskich bohaterów wyszło coś, co przyprawia nas o ból zębów i wyrzuty sumienia, że zamiast ponieść się emocjom nieustannie zadajemy pytania w stylu „Dlaczego oni…?”, „Czemu oni….?”, „Jak to możliwe…?”

Z jednej strony reżyser chciał w miarę wiernie oddtworzyć fakty. Postarał się nawet o to, by finał akcji przeplatany był autentycznymi ujęciami z relacji telewizyjnej. Dlatego też mamy nieco zaskakującą widza, ale mającą jak potwierdzenie w faktach scenę ucieczki pilota z samolotu przez przednie okno. Z drugiej strony nie jest to realistyczny obraz. Od samego początku naszą uwagę zwracają kolory, które – przymajmniej we mnie – wzbudziły uczucie niesmaku i poczucia przerostu formy nad treścią. Gałkę „natężenie barw” skręcono bowiem tak, że jeszcze pół minimetra obrotu i wejdziemy w czerń-biel. W zacienionych pomieszczeniach rejestrujemy jedynie odcienie szarości, jedak w scenach plenerowych i panoramicznych widoczkach stolicy Francji dostrzegamy kolory. Ten sprytny zabieg ma na celu zagęścić i tak już napiętą atmosferę, podkreślić dramat całej sytuacji ale nadać jej autentyczności. Doskonale patent z wyblakłymi kolorami został zastosowany w „Szeregowcu Ryanie”, gdzie natężenie zmniejszono o bodajże 60 proc. i w efekcie otrzymaliśmy obraz, który wydaje się być zmontowany właśnie w okolicach 1944 r. W „Szturmie” jednak przesadzono i choć nie można odmówić operatorowi fantazji, to efekt jest dość irytujący.

Choć to rozpięcie między rzeczywistością, a filmową fantazją najbardziej kłuje w oczy w fabule. Od mniej więcej 3 minuty filmu wiemy kto – najpewniej – zginie. Ten nachalny pęd ku śmierci jednego z głównych bohaterów – Thierry’ego –  jest tak namolny i absurdalny, że aż głowa boli. W scenie przygotowań do ataku, Thierry prosi dowódcę, by mógł jako pierwszy wejść do samolotu. Dowódca – słusznie – przytacza słowa żandarma sprzed paru sekund, iż akcja będzie krwawą jatką, więc prosi o wyjaśnienie tej chęci pójścia na pierwszą linię ognia. Tego jednak Thierry nie wyjaśniaja, bo przechodzimy do kolejnej sceny. Nas zżera ciekawość, a scenarzysta myśli, że ma problem z głowy. Co więcej, przez cały film przewija nam się żona Thierry’ego, która w przeciwieństwie do nieświadomej powagi sytuacji córki, coś przeczuwa i prosi nawet męża, by nie brał udziału w akcji… Dobrze, że wmontowano w historię dramat bohaterów, jednak dlaczego tak bardzo reżyser chce w nas wzbudzić w nas poczucie braku sensu ich działań? Niestety, nie wygląda to na działanie przemyślane i zamierzone, ale po prostu błąd w sztuce.

Takich mniejszych lub większych potknięć znajdziemy w całym filmie więcej, z moim ulubionym, jakim jest snajper na lotnisku w Marsylii, który w środku akcji, ni z tego, ni z owego stwierdza, że musi wejść do samolotu, porzuca swoje stanowisko na dachu i biegnie w stronę samolotu latających naboi. WTF?! Pewnie reżyser wykpi się, że taka sytuacja naprawdę miała miejsce, ale umówmy się, że to nie wyjaśnienia twórcy powinny utrzymywać całą historię w kupie. Takie małe absurdy, które zawsze wybaczamy w filmach akcji, w „Szturmie” niszczą całą radość z oglądania poprawnie zmontowanego filmu.

Brawurowa akcja z 1994 r. jest na tyle inspirująca, że można z nią zrobić wszysko – od pamfletu na nieco nieporadne działanie służb, przez psychologiczny dramat bohaterów, po rozważania na temat etyki terroryzmu i roli przemocy we współczesnym świecie. Albo wybrać najprostszą opcję, czyli w miarę wiernie przedstawić fakty i skupić się jedynie na elemencie rozrywkowo-sensacyjnym. „Szturm” jest niestety ZŁY swoją topornością; ani się go dobrze nie ogląda, ani nie podejmuje sensownie żadnej z kwestii, z którą mógłby się zmierzyć. A jak już to robi, to zastawia nas z rozdziawioną szczęką, wzrokiem wbitym tępo w ekran i pytaniem: „Ale czemu on…?”

Słoń

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s