DOBRY film: Frances Ha

Na ten film chciałam już iść od dawna. Nie posłuchałam ostrzeżenia koleżanki, która wczoraj na facebooku napisała, że po wyjściu z  “Frances Ha” chciała iść do najbliższego  supermarketu po flaszkę wina by ją wypić w samotności i pogrążyć się w rozpaczy. Choć rozumiem, dlaczego (spora) część filmu mogła wprowadzić w taki nastrój, według mnie przesłanie tego filmu (i zakończenie) nastraja bardziej pozytywnie, nawet jeśli jest to pozytywniejszy-realizm niż wybuchany optymizm*.

Czytaj dalej

DOBRY film: Przed północą

Dziś pierwszy (mam nadzieję, że z wielu) gościnny post na naszym blogu, autorstwa członka  ekipy zaprzyjaźnionej strony poświęconej serialom, pulpozaur.pl. Zachęcamy do zapoznania się z ich działalnością! Dziś zamiast o serialu, Ko J. (złotą gwiazdkę temu, kto rozszyfruje jego pseudonim) napisał o DOBRYM filmie. 

Before Midnight

USA 2013

reż. Richard Linklater, scen. Richard Linklater, Julie Delpy, Ethan Hawke

wyk. Julie Delpy, Ethan Hawke, Athina Rachel Tsangari, Panos Koronis

Trzecie (po „Przed wschodem słońca” (1995) i „Przed zachodem słońca” (2004)) spotkanie z Celine i Jessem jest jak spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi. Niby widać, że to dokładnie ci sami ludzie – rozmowy mają znany już dobrze posmak, słychać nawet te same żarty (to część uroku spotykania ludzi po latach) – ale widać też, że upłynęło sporo czasu: kolejne doświadczenia odcisnęły na bohaterach swoje piętno, trochę ich wzbogaciły, trochę zniszczyły. Tak czy inaczej nie trzeba się obawiać, że będzie nudno, że to powtórka z rozrywki, odgrzewane kotlety i tak dalej.

Spora w tym zasługa fabuły, czy może jej braku: nic się tutaj nie dzieje w filmowym tego słowa znaczeniu. Ot, bohaterowie chodzą i rozmawiają (filmy, w których ludzie spotykają się i rozmawiają, to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych – jeśli można to nazwać gatunkiem – a seria „Przed…” mieści się w czołówce moich ulubionych filmów), choć zaznaczyć trzeba, że tym razem chodzenia jest zdecydowanie mniej niż rozmawiania.

A zatem: co się nie zmieniło u tej dwójki od czasu ostatniego spotkania? Na pewno Julie Delpy; zamiłowanie bohaterów do spędzania czasu w pięknych miejscach (tym razem padło na Półwysep Peloponeski); oraz dialogi: żywe, błyskotliwe, cięte, pełne przekomarzanek i wygłupów (zwłaszcza w wykonaniu Jessego, chociaż Celine udająca głupawą lasię nie ustępuje mu pola), przebiegające całe spektrum tematów: od miłości i relacji damsko-męskich, przez sztukę i architekturę (Jesse dzieli się kolejnym pomysłem na książkę!), na polityce skończywszy.

Sporo także uległo zmianie (postaram się nie podawać żadnych szczegółowych informacji o tym, jak wygląda życie bohaterów; ci, którzy znają poprzednie części, wiedzą, jak ważnym elementem serii jest niepewność co do tego, jak potoczyły się losy bohaterów, do momentu zajęcia miejsca przed ekranem). Ethan Hawke dorobił się fryzury dużo korzystniejszej niż w „Przed zachodem słońca”. A cała historia stała się o wiele smutniejsza. Pierwsza część wydawała się wyjęta prosto z bajki: ona i on spotykają się w pociągu, wysiadają w nieznanym mieście – i w ciągu kilku spędzonych razem godzin zakochują się w sobie. Częśc druga posiadała jeszcze sporo tego nastroju, choć jednocześnie konfrontowała bohaterów z ich frustracjami i skomplikowanymi życiowymi wyborami. W „Przed północą” czar nieomal pryska – zostaje tylko smutna (?) rzeczywistość. Czterdziestoletni Celine i Jesse są zmęczeni, a pytanie, czy magię młodości da się jeszcze odzyskać, czy może być tak, jak dawniej, przewija się cały czas w tle, aż do finału, boleśnie intymnego i boleśnie szczerego – widz powinien przygotować się na dużo emocjonalnego boksowania po nerkach i, jak to w tej serii bywa, otwarte zakończenie, które przyniesie niewiele ulgi.

Na zakończenie czuję się w obowiązku rozwinąć nieco werdykt wydany już w tytule notki. „Przed północą” to film zdecydowanie dobry – upływ czasu uczynił bohaterów nie mniej fascynującymi, za to dużo prawdziwszymi i bardziej skomplikowanymi – ale gorszy niż poprzednie dwie części, głównie za sprawą zakończenia. Mam przeogromną nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy spotykamy Celine i Jessego, zostawiamy bowiem bohaterów w momencie, kiedy są wystarczająco mądrzy, by wyartykułować swoje problemy, ale niewystarczająco mądrzy, by je rozwiązać.

Ko J.

pulp_header

DOBRY film: The Squid and the Whale

Film ten po polsku nazywa się “Walka żywiołów”, jak gdyby dystrybutor nie obejrzał filmu i uznał, że “Kałamarnica i wieloryb” było zbyt enigmatycznie. A to pomimo faktu, że po obejrzeniu każdy będzie wiedział, dlaczego tak to się nazywa, a trochę tajemniczości jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. Postanowiłam zbojkotować polski tytuł — wolno mi, mój blog, a Współautor gdzieś hasa bez internetu.

Czytaj dalej

ZŁY film: Wielkie Nadzieje

Great Expectations

Wielka Brytania, USA 2012

reż. Mike Newell, scen. David Nicholls, na podst. powieści Charlesa Dickensa

wyk. Tim Irvine, Jeremy Irvine, Helena Bonham Carter, Ralph Fiennes

Są dni, kiedy nie jestem pewna co sądzić o filmie. Zwlekam z napisaniem recenzji, pluję sobie w brodę, że uczepiliśmy się konieczności określania czy dany film jest ZŁY czy DOBRY. Tak było i w przypadku tego. W sumie nie jest to jakiś masakrycznie ZŁY film, lecz mógł być znacznie lepszy. Jak zawsze w przypadku takich dylematów, po powrocie z kina chcę się z tym przespać, a jak i drzemka nie pomoże, to jęczę i zatruwam życie towarzyszom seansu. Tym razem ofiarą padła Stefa*. Ze Stefą przyjaźnię się się dziesięć lat, przeszłyśmy razem niejedno. Razem wykradałyśmy jedzenie i uciekałyśmy przed bandą harcerzy, razem chodziłyśmy do podstawówki, gimnazjum i liceum. Stefa wie co to ZŁY film. W ciągu ostatniej dekady widziałyśmy dużo ZŁYCH (i trochę DOBRYCH) filmów. Liczę się z jej diagnozą, za parę lat to właśnie ona będzie mnie leczyć  w mojej hipohondrii (współczuję). Nękana moimi rozterkami, udzieliła mi takiej rady: “Ja bym jednak napisała, że ZŁY, bo jeśli kogoś zachęcisz, pisząc, że DOBRY, to pewnie wyjdzie rozczarowany”.

Przytaknęłam i posłuchałam. Zamiast iść na ten film, lepiej wypożyczyć książkę,przeczytać,  a potem zobaczyć którąś z prawie dwudziestu adaptacji, najlepiej serialowe prod. BBC. Najpierw przeczytajcie książkę, bo jest DOBRA. Najlepsza w Dickensie jest narracja i przekomiczna charakterystyka postaci. Film, niestety, zdziera ten urok dickensowości. Natomiast dla anglistów — i lektura, i film obowiązkowy. Dla fanów Harry’ego Pottera w sumie też, bo to “spoteryzowany” (“zrowlingowany”?) Dickens, ale o tym za chwilę.

Czytaj dalej

DOBRY film: Perswazje

Persuasion

Wielka Brytania, USA, Francja 1995

reż. Roger Michell, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Jane Austen)

wyk. Amanda Root, Ciarán Hinds, Sophie Thompson, Corin Redgrave

“Nie grał pan przypadkiem w Harrym Potterze?”

Jest prawdą powszechnie znaną, że każdy szanujący się brytyjski aktor spełnił przynajmniej jeden z poniższych warunków:

  1. zagrać w filmie z Maggie Smith.
  2. zagrać w adaptacji Jane Austen.
  3. Zagrać w Harrym Potterze lub w Doctorze Who.

Braków w trzecim na razie nie da się nadrobić (choćpewnie za paręnaście lat będzie nowa adaptacja…), z pierwszym trzeba się spieszyć (choć Maggie Smith jest wieczna*), za to zwykle co dwa laty wychodzi jakaś adaptacja Jane Austen lub przynajmniej film biograficzny inspirowany jej życiem.

W “Perswazjach” z 1995 roku**  nie ma Maggie Smith, a z aktorów HP’owskich gra “tylko” brat Dumbledora, Miranda Hopkirk i ciotka Petunia (dla porównania: w “Rozważnej i Romantycznej” mamy z dziewięciu potterowców i dr. House’a). Jest to jednak jedna z lepszych adaptacji*** powieści Jane Austen i po prostu DOBRY film.  Twórcy nie próbują na siłę “zbrontezować” powieści. Nie ma stania na klifie o zachodzie słońca, tylko subtelny romantyzm i ironiczne pokazanie ludzkich wad. Nie ma sztywnych kostiumów i niewygodnych fryzur, aktorzy wyglądają, jakby założyli coś wygodnego. Jak wracają z długiego spaceru są brudni, jak tańczą, to niekoniecznie zgrabnie. Wszyscy grali bez makijażu. Ulice Bath są brudne, nad morzem prawie że śmierdzi rybami. Przy jedzeniu ludzie mlaskają, a na stole bywa bałagan.

Mimo subtelnych komicznych smaczków książka pisana prawie na łożu śmierci, jest najbardziej melancholijnym dziełem Austen, film tak samo. Śmieszy przeglądający się w każdym sztućcu pompatyczny ojciec głównej bohaterki (Corin Redgrave), śmieszy jej siostra-hipochondryczka (Sophie Thompson), która opowiada jak to fatalnie z nią jest zażerając się pasztetem. Jednak melancholia głównej bohaterki — jak również jej stopniowa przemiana — jest świetnie oddana poprzez mistrzowskie dopasowanie muzyki (głównie preludia Chopina i Bach). Świetna równowaga pomięddzy tym, co śmieszne, i tym, co smutne. Film pokazuje dystans Austen do sentymentalizmu i romantyzmu. No i zdaje test Bechdel! I porusza wątki feministyczne (decydowanie o sobie, dominacja mężczyzn w literaturze). No i ten list…

Oczywiście, zawsze polecam przeczytanie książki (zwłaszcza w oryginale — tłumaczenia Jane Austen na polski są nienajlepsze). Jednak film jest świetnym jej uzupełnieniem — a może zachęci kogoś do przeczytania oryginału?

Rybka

*Co ciekawe, sama MS nie zagrała jeszcze w żadnej adaptacji Jane Austen, choć grała w dość okropnej (i nadmiernie sentymentalizującej autorkę, która zawsze stawała po stronie zdrowego rozsądku i nierzadko gorzkiej ironii) “Zakochanej Jane”. Na wyrzekanie na ten film jeszcze przyjdzie czas.

**Nie mylić z koszmarną wersją z 2007 roku, w której zamiast najpiękniejszego listu miłosnego w historii literatury mamy maraton kalek po Bath i najobrzydliwszy pocałunek w historii brytyjskiej telewizji.

***Puryści przeyczepiliby się może tylko do tego, że “zły” bohater nie jest w filmie tak podły jak w książce.

Moim marzeniem jest, by kiedyś wszyscy znani mi faceci założyli coś takiego.