Dobry Film: Stoker

stokcer

Stoker

USA, Wlk. Brytania 2013

reż. Chan-wook Park

wyk. M. Wasikowska, M. Goode, N. Kidman

Wiedziałem, że pójdę na ten film. Zobaczyłem trailer w kinie i czułem, że będzie dobrze. Tym bardziej, że dramatycznie potrzebowałem zobaczyć coś dobrego po katastrofie, jaką było “Panaceum”, o którym pisaliśmy parę postów temu. A zatem tytułem wstępu i rozjaśnienia z czym mamy do czyniania – reżyserem “Stokera” jest Chan-wook Park, którego kojarzyć możemy z sensacyjnej trylogii “Oldboy”. W roli głównej z kolei Alicja z Krainy Czarów Burtona, czyli australijska aktorka polskiego pochodzenia Mia Wasikowska (rocznik 1989, na Boga, jaka ona urocza!)

Powstał film piękny. Niezwykle estetyczny, subtelny. Główna bohaterka, osiemnastoletnia India Stoker, już na wstępie informuje nas, że ma ponadnaturalnie wrażliwy słuch. Ten mały szczegół jest konsekwentnie eksploatowany przez cały film przez dźwiękowców. Z pożytkiem dla naszego gustu i żądzy artystycznych wrażań. Czujemy się, jakbyśmy oglądali “Mikrokosmos”, słyszymy każdy szelest, skrobnięcie, tupanie chrabąszcza w trawie i przesuwanie palcami po stole. Ten pietyzm obrazowania połączony jest z cudowną muzyką, która doskonale buduje napięcie – scena gry na pianinie jest zapewne jedną z bardziej erotycznych, jaką widziałem w życiu. A uwierzcie – oni po prostu grają na pianinie! Już sama zajawka urzeka nas montażem, słowa falują w rytm obrazów, układając się tak, jakby były elementem świata przedstawionego. Rude włosy wiecznie młodej i nieco zabotoksowanej już Nicole Kidman, które płynnie przechodzą w łan traw są naprawdę majsterstykiem sztuki składania scen.

Te wszystkie zabiegi mają swoje uzasadnienie, nie jest to jedynie sztuka dla sztuki. Historia, jaką oglądamy jest dramatyczna, wciągająca, dbałość o uchwycenie detali pasuje do próby zrozumienia tego, co się dzieje na ekranie. A wiele rozgrywa się w psychice. Jest to psychologiczny thriller, gdzie oczywiście jest trochę przemocy – oswajamy się z dosadnością już na wstępnie, kiedy to India przekłuwa sobie odcisk na stopie – ale dużo się dzieje w naszych (i Indii) głowach. Realne zdarzenia przeplatane są marzeniami i snami. Subtelność i wysmakowanie formy podkreślają intymną, gęstniejącą wokół zdezorientowanej sytuacją Indii atmosferę, która z przerażaniem odkrywa, co tak naprawdę dookoła się dzieje. Czujemy, że tu chyba nie będzie happy-endu…

Gdzieś przeczytałem, że fabuła nie jest najmocniejszą stroną filmu. Umiera ojciec, nagle zjawia się tajemniczy, niewidziany od lat czarujący i elegancki stryjek, który nie dość że zjechał cały świat i gotuje jak Hannibal Lecter, to jeszcze dość jednoznacznie okazuje swoje zainteresowanie dorastającą bratanicą. Młódka jest skonsternowana, wokół zaczynają znikać ludzie, a jednocześnie powoli odkrywamy tragiczną historię sprzed lat, która ma swój ciąg dalszy zmierzający do – jak czujemy – mocnego finału.

Dlatego w sumie nie zdziwiła mnie konsternacja, jaka rozlała się po sali kinowej po seansie. Miałem wokół trochę znajomych i koniec końców zwyciężyła opinia, że trzeba się z tym filmem przespać. Ze zdumieniem przeczytałem wcześniej opinię, jaką znalazłem gdzieś w prasie, jakoby Park zrobił film graniczący z arcydziełem. Oj, nie sądzę. Nie zmienia to jednak mojej opinii, iż jest to film DOBRY. Ci, którzy spodziewają się zaskakującej i pełnej zwrotów akcji fabuły mogą się poczyć kapkę zawiedzeni. Ale tylko kapkę. Fabularna prostota nie zmienia mojej pełnej przekonania oceny, iż jest to film, na który warto iść. Wrażeń artystycznych z pewnością nie zabraknie!

Słoń

DOBRY FILM: Take This Waltz

 

Take this Waltz

Kanada 2011

reż. Sarah Polley

wyk. Michelle Williams, Seth Riogen, Luke Kirby

Jakiś czas temu nasza czytelniczka Agata podesłała na naszą stronę linka do informacji o tym filmie na filmwebie, żebyśmy obczaili (swoją drogą, nie wierzcie opisom na filmwebie! wprowadzają w błąd!). Dzięki, Agato!

A teraz do rzeczy.

Po obejrzeniu zwiastuna i plakatu (nie tego zalinkowanego powyżej) spodziewałam się dobrej komedii romantycznej plus kilku niesmacznych żartów od Setha Riogena. Oj, jak się myliłam… Prawdę mówiąc, dalej nie wiem co to jest za film. Jest śmiesznie, jest romantycznie, ale to nie jest komedia romantyczna. Jest smutno, jest romantycznie, miałam chwilami łzy w oczach (a to, z ust spod klawiatury takiego cynika jak ja dużo mówi), ale nie jest to wyciskacz łez à la Nicolas Sparks. Są długie spojrzenia, jest deszcz, jest zachód słońca, jest jezioro, jest sikanie do wody, ale nie wywołuje to mdłości i znudzenia.

Z wielu względów ten film nie powinien mi się podobać. Zwykle nie lubię filmów w których ludzie nie mogą się zdecydować  — a tu mamy mężatkę z sześcioletnim stażem, która ma kochającego męża i czarującego sąsiada i nie wie co robić, i patrzy w dal, i ma minę jakby miała problemy żołądkowe. ALE JEDNAK MI SIĘ PODOBA. Dlaczego?

Nie tylko dlatego, że Seth Riogen (który już w “50/50” pokazał, że potrafi połączyć aktorstwo komediowe z dramatycznym, a tutaj pokazał, że potrafi grać subtelnie) jest autorem książek kucharskich i ciągle gotuje kurczaka — przez co ślinka ścieka po brodzie. Nie tylko dlatego, że film świetnie wykorzystuje jedną z moich ulubionych piosenek (przekomiczny teledysk zamieszczam poniżej, radzę uważnie obejrzeć całość).

[youtube http://www.youtube.com/watch?v=W8r-tXRLazs&w=420&h=315]

Nie tylko dlatego, że ujęcia są śliczne. Nie tylko dlatego, że zdaje test Bechdel (hurra!). Dlatego również, że Sarah Polley — którą pewnie kojarzycie z dziecięcej roli Sary Stanley w “Drodze do Avonlea” — świetnie to wyreżyserowała . Kto by pomyślał, że mała blondwłosa sierota z serialu na podstawie L.M. Montgomery wyrośnie na całkiem dobrą reżyserkę, która potrafi w jednym filmie połączyć sceny czułe, śmieszne, urocze i łamiące serce. Udało jej się tak pokazać bohaterów, że widz ich obserwuje, może się utożsamić, widzi wady i zalety i może sam ocenić postacie. Nie mamy narzuconych poglądów w stylu: “o, on jest złym, nieczułym chamem, a ta tam to zimna suka”, sami możemy wyrobić sobie zdanie. I, mimo, że balansuje na krawędzi różnych tropów i klisz, udaje się Polley uniknąć zbytniej cukierkowatości, w chwilach zagrożenia przesłodzeniem i zachłyśnięcia się pozorną sielanką (ups… przesadziłam z tym obrazem mentalnym) wylewa nam dzbanek zimnej wody na głowę i doprawia kurczaka gorczycą (czy gorczyca jest gorzka?).

Więcej nie powiem, bo nieusilnie próbuję uniknąć spoilerów, a element zaskoczenia jest najlepszy. Więc tak jak ja zaufajcie czytelniczce Agacie i obejrzyjcie ten film!

Rybka

PS. Jakby ktoś z Was chciał przeczytać recenzję filmu,czy to ZŁEGO, czy DOBREGO, niech podrzuci nam w komentarzu do posta lub przez fb.

ZŁY FILM: Panaceum

“Smell the fart acting” albo dotarło do niego w jakiej szmirze gra

“Side Effects”

USA 2013

reż. Steven Soderbergh

wyk. Jude Law, Rooney Mara

Mogliśmy iść na polski film o transwestycie którego dziadek ma mroczny sekret, lecz coś nas podkusiło zaryzykować przedostatni film Soderbergha. Prawda, “Magic Mike” był głupotą silącą się na głębię, ale seria “Oceans 11” to miła rozrywka.  Z tego pierwszego została głupota siląca się na głębię i Channing Tatum, z tego ostatniego Catherine Zeta-Jones i konstrukcja (zagmatwana fabuła, pozory mylą, retrospekcje, pod koniec wszystko się wyjaśnia, zwroty akcji…), która była ciekawa w jego komediach sprzed parunastu lat, lecz teraz jest przewidywalna i nudna.

Podczas seansu (na którym, w przeciwieństwie do kilku osób, dotrwaliśmy do końca) co jakiś czas z ust jednego z nas wydobywały się przytłumiane komentarze w stylu “Po co?”, “Co to ma być?”, “To się nie trzyma kupy!”. To ostatnie najlepiej podsumowywuje film, zaczynając od tłumaczenia tytułu: co ma — zwłaszcza w kontekście całego filmu — panaceum do środków ubocznych? Co komu szkodziło napisać “efekty uboczne”? Przynajmniej coś by się tej kupy trzymało. Cały film jest mocno naciągany, z pistoletów Czechowa można wyposażyć arsenał, tragiczna scena (SPOILER)(SPOILERUJE)(SPOILERA) bo (SPOILER)* wywołała atak głośnego śmiechu u Współautora, a tłumiony chichot u niżej podpisanej. Dlaczego taka rozlazłość? Przecież reżyser ten ma na swym koncie dobre filmy! To wcale nie musiało być złe…

Obsada niezła, choć ja nie mogę zrozumieć jak to się stało, że Channing Tatum uchodzi ostatnio za superprzystojniaka. Jednak w tym filmie grają, jakby uczył ich Joey Tribbiani; zwłaszcza jeśli chodzi o ciągłe miny “smell the fart acting” — kto oglądał “Przyjaciół” to wie o co mi chodzi. Catherine Zeta jest koszmarna i to nie tylko wina okularów. Na Jude’a Law zawsze można popatrzeć, ale tu cały czas rozterki nim szarpią, tyleż mąk przeżywa, że nie warto dla niego iść na ten film, lepiej puścić “The Holiday” i oglądać jak jest panem serwetką. Jeśli ktoś jest fanem klaty Channinga, niech sobie puści Magic Mike’a, tylko bez fonii.  Jeśliby miało się pójść do kina ze względu na wdzięki Rooney Mara to lepiej puścić sobie … inny jej film.

Rybka

P.S. Jak wracałam z kina, spotkałam kolegę, któremu odradziłam pójście na ten film. Twierdząc, że mnie posłucha i nie boi się spoilerów, poprosił mnie o streszczenie. Jak to uczyniłam o mało nie spadł z roweru, a światło jego czołówki o mało mnie nie oślepiło.

*Pod spoilery można podłożyć wiele, bo sytuacja powtarzała się.

Dobry Film: Reality

Reality

Kwintesencja filmu. Jeśli ten kadr jeszcze was nie zachęcił do pójścia na film to musicie czytać dalej…

Reality

Włochy 2012

reż. Matteo Garrone

wyk. Aniello Arena, Loredana Simioli

“- Never give up!

– A co to ku*wa znaczy?!”

Nowy film Matteo Garrone, autora słynnej “Gomorry”, porażającego filmu o włoskiej mafii, gdzie jednie dzięki temu, że aktorzy mówią po włosku kojarzymy, że akcja toczy się we Włoszech, a nie w Albanii! Pamiętacie ten czerwony plakat z idącym młodzieńcem z pistoletem w ręku? W 2008 r. “Gomorra” była nominowana do Złotej Palmy w Cannes (przegrała z “Klasą” Cantenta), zgarnęła Grand Prix festiwalu i rozniosła w drobny mak konkurencję na gali Europejskiej Nagrody Filmowej w Kopenhadze. Mi się bardzo podobało, chociaż jest to ciężkie, brudne i realistyczne kino, które nie wszystkim przypadło do gustu. Z tym większą ciekawością poszedłem na “Reality”.

I nie zawiodłem się. Tym razem Garrone podaje nam gorzki komediodramat, trochę spuszcza z tonu, dzięki czemu są momenty kiedy naprawdę można się pośmiać. Rany, Włosi to trochę tacy Polacy, tylko mieli 45 lat mniej komuny co my! Rozbrajają sceny z dewotkami-złodziejkami, naradami rodzinnymi czy te, ukazujące zderzenie tradycyjnego społeczeństwa z agresywnym, zachodnim konsumpcjonizmem i pogonią za sławą. Ofiarą tej ostatniej staje się nasz główny bohater – Luciano, sprzedawca ryb z Neapolu.

Luciano ma właściwie wszystko, czego potrzeba do szczęścia – atrakcyjną i mądrą żonę, kochane dzieci, fajnych*(tak, przypis, magisterkę piszę, musicie wybaczyć, ale warto!) przyjaciół. No, z kasą mogłoby być lepiej, oprócz handlem owocami morza zajmuje się zatem wypożyczaniem na lewo robotów kuchennych, które żona sprzedaje na co dzień w hipermarketach. Żeby było jasne, biznes ma charakter rodzinny. W swojej grupie znajomych Luciano znany jest jako trefniś-komediant, dusza towarzystwa, która zawsze na większych imprezach rodzinnych przebiera się i odgrywa jakieś mniej lub bardziej śmieszne role. Film z resztą zaczyna się od wesela, na którym Luciano paraduje przebrany za drag-queena.

I to jest ten moment.

Właśnie na tym weselu pojawia się nieoczekiwany gość, jeden z uczestników ostatniej edycji włoskiego Big Brothera – Grande Fratello – celebryta Enzo. Jego przybycie wywołuje ekstazę uzależnionych od telewizji Włochów, ma się wrażenie, jakby Justin Bieber wpadł na światowy zlot szesnastolatek. Wszyscy są podekscytowani, jednak widać, że Luciano nie może dojść do siebie. Coś w nim pęka. Zdaje sobie sprawę, że w sumie jest krok od osiągnięcia sławy. W końcu w domu Wielkiego Brata może się znaleźć praktycznie każdy. Luciano trochę rzutem na taśmę dostaje się na casting w Neapolu, a zaraz potem zostaje zaproszony do Rzymu, do kolejnego etapu eliminacji.

To jak mu poszło w stolicy wiemy jedynie z jego relacji. “Zmiażdżyłem ich, gadali ze mną prawie godzinę, a z pozostałymi co najwyżej kwadrans!” – chwali się rodzinie (żonie, ciotce, matce, drugiej ciotce i komu tam jeszcze). Wyczuwamy jednak, że Luciano trochę za dużo sobie wyobraził i chyba w stolicy nie wzbudził takiego entuzjazmu jak mu się wydaje. Tymczasem jest przekonany, że wszystko poszło w porządku, więc pozostaje jedynie czekać na telefon…

Luciano jest pewien, że drzwi domu Wielkiego Brata stoją otworem, więc już upewnia się, czy w lokalnym barze powstanie jego fanklub. Fascynacja powoli staje się paranoją. Luciano jest pewny, że na każdym kroku jest obserwowany przez producentów programu, co prowadzi do paru radosnych – ale niekoniecznie dla rodziny – sytuacji. Ciężko mówić o happy endzie w tym filmie, jednak nie wierzę, że nie uśmiechniecie się pod nosem przy końcu. Wątek religijny jest doskonale rozegrany.

No oczywiście pozostaje pytanie, na ile jest sens robić film o reality-show, które było modne parę lat temu. Przynajmniej u nas. Cóż, wydaje mi się, że trzeba wziąż poprawkę na fakt, że film toczy się we włoskiej rzeczywistości, gdzie telewizor jest ważnym elementem życia i polityki. Podobno popularność Berlusconiego wynikała w dużej mierze z popularności soft-pornograficznych programów rozrywkowych w jego kanale telewizyjnym. Choć w Polsce ostatnia – piąta – edycja odbyła się w 2008 r., to Włosi przecież szykują już trzynastą odsłonę  “Grande Fratello” w przyszłym roku! (Polska wikipedia podaje, że jedenastą, ale chyba wierzę Włochom).

Nie wiem, na ile ten film należy czytać wąsko, jako o graniczącej z szaleństwem obsesji, by stać się sławnym i bogatym, a na ile szerzej. Jako opowiastkę o marzeniu, które w pewnym momencie staje się balastem, psychicznie nas wykończa, bo owładnięci wizją spełnienia i życiowego sukcesu nie dostrzegamy innych dróg, popadając w fiksację i szaleństwo.

“Reality” pewnie nie powtórzy sukcesu “Gomorry” i – mam takie wrażenie – że reżyser zdaje sobie z tego sprawę. Stworzył DOBRY film, zgrabnie prezentując wiarygodną historyjką, która jeśli nie skłoni nas do większej refleksji, to przynajmniej zapewni nam miłą rozrywkę.

Słoń

* – przypis. “Fajny” pochodzi od niemieckiego słowa “fein” – dobry, subtelny, wykwintny, wyśmienity. Nie przyjmuję argumentów, że jest to słowo, które nic nie oznacza, jest kalką, germanizmem, czy Bóg wie czym. Oznacza tyle, co DOBRY.

Ale chyba nie mam zamiaru użyć słowa “fajny” w mojej magisterce…

Dobry Film: Zeszłej Nocy

keira

“Last Night”

Francja, USA, 2010

reż.  Massy Tadjedin

wyk. Keira Knightley, Sam Worthington, Guillaume Canet,  Eva Mendes

No pogoda coś nam nie dopisała w ten weekend majowy. Konfuzja wywołana Dniem Flagi Biało-Czerwonej Polski (przypominam – wymiary 10:16, kolory #D4213D i #E9E8E7), kiedy to zdezorientowany człowiek nie wie, czy tramwaje jadą jak w niedzielę czy sobotę, oraz czy sklep na dole będzie otwarty, jedynie została spotęgowana dramatycznie paskudną pogodą, gdy nawet do łazienki nie chce się iść. W sumie idealny dzień na wyjście do kina! Tylko trzeba mieć coś na koncie, a jak się chciało weekend przedmajowy spędzić w Niemczech, to już cała nadzieja w telewizorni. I oto, ku mojej radości, było co oglądać! Z pomocą przyszedł canal plus i premiera filmu z przed trzech lat pt: “Zeszłej nocy”. Zapowiedź widziałem już wczoraj w przerwie meczu Bayern Monachium- Wypaleni Milionerzy, więc czemu nie? No i Keira Knightley…

Fabuła na pozór prosta: państwo Reed (Keira i Sam Worthington) idą na przyjęcie, gdzie pan Reed trochę za długo rozmawia z Laurą – koleżanką z pracy, którą gra atrakcyjna Eva Mendes (słowo “attractive” pada w filmie, ja tam wielki fanem urody Amerykańskiej aktorki kubańskiego pochodzenia nie jestem!) Keira się wkurza, po powrocie do domu robi się kwaśno, bo jak się okazało mąż wcześniej niewiele mówił, że ma taką fajną koleżankę.  Michael zarzeka się oczywiście, że nic nie ma na rzeczy, przeprasza Joannę, ta się daje udobruchać i na zgodę jedzą o trzeciej nad ranem jajecznicę.

Kłopot w tym, że Pan Reed jedzie z rana na delegację służbową, w której udział bierze też – bo jakże by inaczej – Laura. Nie do końca udobruchana Joanna Keira Reed ma zamiar siedzieć w Nowym Jorku i w spokoju zbierać myśli do pracy nad książką, ale i jej nie będzie dane spędzić spokojnie czasu. Przypadkowo spotyka na ulicy Alexa (Guillaume Canet). Niedowierzaniu nie ma końca. Alex jest pisarzem i na co dzień mieszka w Paryżu, jednak nie o geografię chodzi. Relacja, jaka łączy tę dwójkę jest dosyć skomplikowana. Poznali się dawno temu w stolicy Francji, co oczywiście dodaje wszystkiemu romantyzmu. Z ich romansu wiele nie wyszło, ale pozostają w sporadycznym kontakcie. Ślą sobie kartki świąteczne, mają swoje zdjęcia na kompie, zatem coś jest na rzeczy. Pan Reed nie wie o istnieniu Alexa, co też dodaje całej znajomości pikanterii. Mąż w delegacji, w dodatku była ostatnio kosa, przystojny stary znajomy zaprasza na drinka wieczorem, więc się będzie działo.

A równolegle odlądamy poczynania Pana Reeda z Laurą na delegacji. Cała rzecz się dzieje oczywiście w ciągu jednego wieczora.

Mile się zaskoczyłem. Zarówno w Nowym Jorku jak i w Filadelfii atmosfera stopniowo zagęszcza się. W pewnym momencie tu i tam – jak to śpiewał kiedyś Piasek – “pęka tama wezbrana” . Spodziewamy się oczywistego i nieuchronnego, a tymczasem… jest naprawdę pięknie! Nieprzewidywalnie, intymnie i dramatycznie. Zamiast niezobowiązującego romansu w pracy oraz wybuchu od dawna tłumionej namiętności między dawnymi przyjaciółmi obserwujemy rozwój dwóch coraz bardziej skomlikowanych relacji. Do końca nie wiemy kto zdradzi – żona czy mąż.

Jednak im bardziej kibicowałem państwu Reed by “dali radę”, to – jak się w końcu okazało – niezbyt duże znaczenie dla finału ma to, kto skonsumował niespodziewaną pozamałżeńską namiętność. (Swoją drogą, nie byłem zbyt zdziwiony, gdy z napisów końcowych dowiedziałem się, że reżyserem jest kobieta). Zakończenie jest w sumie otwarte i doskonale pasuje do filmu. Nie mamy podanego banału, wszystkie trzy relacje są nakreślone są wiarygodnie i przekonująco. Historia wymyka się schamatom i staje się dającą do myślenia opowieścią o związku dwojga ludzi, który nieraz wymyka się prostym kategoryzacjom i wpada w tę szarą strefę między miłością a przyjaźnią.

Jest w tym filmie jakaś mądrość i subtelność, która każe mi traktować ten film po prostu jako DOBRY. Gorąco polecam.

Słoń

(Choć proszę wziąć poprawkę, że jestem niepoprwanym fanem Keiry. Nie jest to wybitna aktorka (tak, wiem, była nominowana do Oskara), ale mam wrażenie, że dobrze odnajduje się w takich prostych, mało pompatycznych, ale z pomysłem zrealizowanych historiach.)