Nieulotne – mimo wszystko ZŁY film

Trochę jak rodzeństwo, co nie?

“Nieulotne”

Polska, Hiszpania, 2012

reż. Jacek Borcuch

Jakub Gierszał, Magda Berus, Andrzej Chyra

Poszliśmy na “Nieulotne”  we dwójkę, nie wiedząc jeszcze, które z nas napisze  recenzję.  Już przed filmem nie wiedzieliśmy co myśleć – aktor i reżyser ci sami co w „Wszystko co kocham” (czyli że będzie dobry?), ale aktorka ta sama, co w „Bejbi blues”. Co myśleć? Jak żyć?

Pierwsza część filmu – słoneczna Hiszpańska winnica („drugie pod słońcem Toskanii?” zażartował Współautor).  Druga – niebieskoszarozielony Kraków(przede wszystkim Szkieletor), chwilę product placement gminy Kwidzyn.

Koniec seansu. Konsternacja. Co to, do licha, było? DOBRE to to, czyZŁE? Wyszliśmy z kina i nie wiedzieliśmy co myśleć.

Trzeba przyznać, że zdjęcia Michała Englerta są śliczne. Scenografia świetnie dobrana. Kolory super skomponowane. Hiszpański upał się czuje, kładka Bernatka świeci w przemykającej oddali, w wannie jest mokro i ponuro.

Pierwsza, „sielska”, część filmu jest ciekawie dwujęzyczna. Michał (Gierszał) jest w Hiszpanii nie po raz pierwszy, mówi po hiszpańsku biegle, ludzi zna, tłumaczy Karinie (Berus) o czym jest mowa przy stole.

Ale niedługo potem film milknie. Jeszcze okazuje się, ze dziadek, któremu lekarz zabronił pić mówi po polsku i coś tam pamięta. Co? Tego się nigdy nie dowiemy. Film pokazuje wybrane chwile bez komentarza, bez zbędnych (i niezbędnych) wyjaśnień, a wszystko cudownie skomponowane.

Ale co zostaje po odjęciu samej formy? Co (wybaczcie odwołanie do formalistów rosyjskich) ze sjużetem i fabułą?

Jak to podkreślił Współautor w recenzji Django, wszystko zostało powiedziane (czy też napisane, czy też nakręcone). Zostaje to, JAK to zostało opowiedziane. I fabuła, i  sjużet.  W „Nieulotnych” zarówno pierwsze, jak i, niestety, drugie, to nagromadzenie wszelkich możliwych stereotypowych rozwiązań , (nie znoszę tego słowa) „klisz”:

Sielanka zamieniająca się w koszmar? Jest. Bohaterka wychowywana przez biednego, ale kochającego ojca-taksówkarza? Jest (ojcem jest Chyra). Młoda dziewczyna bez matki? Jest nawet wzruszająca chwila na cmentarzu. Niechciana ciąża? Jest. Bohater-sportowiec? Jest. Osoba zastępująca matkę? Jest (pani profesor– mimo “ostrej” powierzchni troskliwa). Romantyczne spotkanie na dachu? Prawie jest. Bohater na motorze? Jest, przynajmniej w kasku. Dramatyczny pościg kończący się pojednaniem z ukochaną? Jest. Dyszenie? Jest. Myśli o aborcji, ale bez aborcji, bo jak to tak, w katolickim kraju? Są. Przyjaciółka dążąca do pojednania bohaterów? Jest. Scena zatracania się na imprezie, czy jak to młodzież mówi, na melanżu? Jest. Głęboki wykład starszego profesora w sztruksowej marynarce? Jest. Seks w plenerze? O, tak. Goły zadek? Niejeden. Wybieganie we łzach? Jest (swoją drogą –- z jakiej to krakowskiej knajpy wybiega bohaterka?). Bohater zanurzający się w wannie aby myśleć? Jest i był. Próba samobójcza? Chyba tak. Itd., itd.

Gdyby chociaż mniej było tego, gdyby ta lista była krótsza, to naprawdę byłoby lepiej.

Tak samo blond bohaterowie są dwuwymiarowi. Młodzi, albo są szczęśliwi, albo cierpią. Głównie cierpią. Czy poza tym, że on nurkuje, jest blondynem, mówi po hiszpańsku, cierpi na wyrzuty sumienia i gra w siatkówkę  w AZSie coś wiemy o Michale? Czy poza tym, że dorastała bez matki i pochodzi z Kwidzyna i studiuje coś (chyba) na UEKu to wiemy coś o Karinie? Jak się poznali? Dlaczego się kochają? Nie wiemy. I, niestety, w sumie nas to szybko przestaje obchodzić. Nieulotne ulatuje szybko.

I dialogi, o ile są, też do oryginalnych nie należą – z prób oddania naturalnej prostoty wypowiedzi wyszły same banały:  “życie mi zrujnowałeś!”, “nie mam Ci nic do powiedzenia”, “nie będzie w sumie tak źle zostać dziadkiem”, “kochasz go?”, “widzisz tę gwiazdę?” “masz mi coś do powiedzenia?”. Nie, nie mam.

Rybka

P.S. Mimo, że w końcu, po (to trzeba zaznaczyć) namyśle film widnieje w kategorii „ZŁY”, ma dla mnie jeden plus, który jednak niewiele ma wspólnego z jakością dzieła. Jeśli wybaczyliście mi formalistów rosyjskich, wybaczcie i feministyczne teorie filmoznawcze. Mianowicie „Nieulotne” jako, niestety, jeden z nielicznych nawet wśród współczesnych filmów (i, na razie chyba jedyny z recenzowanych przez nas na tym blogu) zdaje test Bechdel. O tym, co to jest, bardziej obszernie przy innej okazji. W skrócie: jest to „test” który bada obecność i rolę kobiet w kinie, składający się z trzech warunków: (1)w filmie są przynajmniej trzy „nazwane” kobiety, (2) które rozmawiają ze sobą (choć przez chwilę),(3) i to o czymś innym niż o mężczyźnie.

ZŁY film: Bejbi Blues

“Bejbi Blues”

Polska, 2012

reż. Katarzyna Rosłaniec

Magda Berus, Nikodem Rozbicki

Przyznaję się – nie poszedłem na ten film z własnej woli. Kolega bardzo chciał się wybrać, uległem namowom, byłem świadomy tego, co robię. Od razu mówię – nie oglądałem “Galerianek”. Zaufałem recenzentom i hejterom, którzy zarzucali filmowi sztuczość, moralizatorstwo i inne tego typu niezbyt pochlebne atrybuty.

Dlatego też na najnowszy film Rosłaniec poszedłem bez większych oczekiwań. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie trzeba wyjść z kina przed końcem senansu, a kicha nie będzie tak przytłaczająca, żebym żałował tych paru złotych. Pewnie dlatego nie mam zamiaru wylewać na ten film kubła pomyj. Dostałem to, czego oczekiwałem i nie mam prawa narzekać. Bezładną i nie trzymającą się kupy historyjkę, z upchanymi na siłę przekleństwami, irracjonalnymi zachowaniami i decyzjami bohaterów, działających w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości. W kinie wytrzymałem, zwrotu nie chciałem. Frustracja rodzi się z oczekiwań.

bb

Jedną rzecz chcę tylko poruszyć – surrealizm. Akcja toczy się w oczoboląco, kolorowej rzeczywistości Warszawy. Dom bohaterki upstrzony jest hipsterską pstrokacizną, ubrania ociekają wyrazistymi barwami, sklepy z ubraniami na Pradze, czy gdzie tam się akcja toczy, istnieją tylko w wyobraźni reżyserki, o mega party w dawnym kościele już nie wspomnę. I chyba nawet nie mam problemu z tym, że ta filmowa sceneria jest tak inna od tej, którą kojarzymy. Problem tkwi z jednej strony w koncepcie – ten pomysł stworzenia odrealnionej hipsterlandii dałoby się przełknąć i może wnosłoby to coś do filmu, gdyby był konsekwentenie zrealizowany. Mam bowiem wrażenie, że reżyserka trochę nie wiedziała, czy chce zrobić realistyczną historyjkę o dramacie młodej matki, czy też uniwersalną, moralizującą opowiastkę osadzoną w bliżej nieokreślonym miejscu. I miota się film się między absurdem przestrzeni, a realizmem dramatu. Połączenie – katastrofalne.

Druga rzecz to realizacja. Aktrstwo. Już na wstępie dostajemy info, że połowa głównych bohaterów to debiutanci i amatorzy. Jakbyśmy od początku nie mieli za dużo oczekiwać. Po co taka informacja? “Hej, to są amatorzy, więcej wyrozumiałości, oraj?” Nie. Katie Jarvis, zwerbowana do “Fishtank” Andrei Arnold na dworcu, gdzie producenci filmu dostrzegli ją kłócącą się ze swoim chłopakiem, zagrała doskonale i nikt nie potrzebował nikogo informować, że jest amatorką. Zabieg absolutnie niezrozumiały. Mam jednak kłopot z Berus, która zagrała główną rolę. Jestem gotów dać jej jeszcze szansę, ale nie jest to jednak rewelacyjna Ola Frycz.

Dialogi. Katastrofa. Nie ukrywam – młodzież posługuje się bardzo specyficznym językiem i trzeba niezwykłej intuicji lingwistycznej, by dobrze go oddać. Nie wystarczy wstawić dużo przekleństw i neologizmów. Zdaję sobie sprawę, że jest to zadanie wymagające mega pracy i wysiłku, no ale nikt nie każe kręcić filmów!

Kończąc, bo miałem nie wylewać pomyj, a trochę mi nie wyszło – żal mi jednak Rosłaniec. Reżyserka porusza ciekawe tematy, ma ten zmysł obserwatora, tylko dramatycznie brakuje warsztatu i pomysłu na realizację filmu. Gdyby historię “Bejbi Blues” opowiedzieć prostszymi środkami, nie kombinować na siłę, może byłoby lepiej. Ale za Wolterem pamiętajmy – lepsze jest wrogiem dobrego.

Słoń

Wichrowe Wzgórza – ZŁY film

Koński zad w Wichrowych Wzgórzach

“Wichrowe Wzgórza” (“Wuthering Heights”)

Wielka Brytania 2011

reż. Andrea Arnold

James Howson, Solomon Glave, Shannon Beer

Ten film jest tym bardziej zły, że w sumie niewiele brakowało, by był dobry. Zapowiadało się świetnie. Nowa adaptacja jednej z najbardziej poczytnych dziewiętnastowiecznych powieści, chcąca się odciąć od typowo hollywoodzkiego, skupiającego się wyłącznie na przedstawieniu wątku miłosnego sposobu przekładu książek na język kina. Nowa wersja Andrei Arnold, która zamiast sław pomiaru Voldemorta/nowego M/Amona Goetha ma mówiące (powiedzmy) Yorkshireskim  akcentem, właściwie nie znane (chyba, że ogląda się Skinsów) twarze. Nowa adaptacja, która postanowiła wydobyć z książki namiętność i brutalność. Adaptacja, która zamiast wyszukanych kostiumów serwuje naturalistyczny, „przybrudzony” obraz życia na smaganych wiatrem wrzosowiskach, pokazując jedność natury ludzkiej, zwierzęcej i warunków atmosferycznych. Więc co poszło nie tak?

Problem nie w tym, że film kończy się w połowie książki (to akurat uważam za jego wielką zaletę).

Nie chodzi o to, że wybrali czarnoskórego aktora do roli Heathcliffa. Szkoda, że nie wykorzystano tego faktu. Po prostu był, równie dobrze mógłby Heathcliffa grać Współautor tego bloga (bez urazy).

Mimo, że czytałam „Wichrowe Wzgórza” dwa razy i dość dobrze znam fabułę powieści, nie jestem zażartą fanką Emily Brontë, więc nie mam twórcom za złe, że nie trzymali się ściśle tekstu (choć chciałabym wreszcie zobaczyć adaptację, która zamiast na Heathcliffie, skupiłaby się wreszcie na bohaterkach tej powieści).

Film zgubiła jego pretensjonalność.

Każde ujęcie krzyczało: „patrzcie, jakie to artystyczne! Nowatorskie! Jakie śmiałe!”, Jak gdyby twórcy uznali, że skoro robią tak „odważną” wersję klasycznej powieści, że mają piękne ujęcia przyrody, czarnego Heathcliffa, agresję pod postacią zbliżeń na zabijane króliki i namiętność pod postacią nekrofilii,  że jedyną muzyką jest wycie wiatru, szum traw i utwór Mumford & Sons w końcówce, to  te pomysły automatycznie sprawią, że film stanie się dobry.

Niestety – drewniana gra aktorów, zwłaszcza tych starszych, oraz nużące dłużyzny przyćmiły artystyczne ujęcia kwiatów, ptaków i insektów. Sceny, które miały pokazywać  namiętność i równoczesną agresję całkowicie nie rozbudowanych postaci wyszły niezamierzenie komicznie lub niesmacznie. Jak nastoletnia Catherine przez trzy minuty zlizuje z pleców Heathcliffa zaschniętą krew, to przychodzi na myśl „Zmierzch” i widz tęskni do scen biczowania. Obecną w książce dzikość natury mającą odzwierciedlenie w mieszkańcach serwuje nam się nachalnie, jakby widz był za głupi na zrozumienie tego artystycznego kina niezależnego i trzeba było mu wszystko wyjaśniać po kilka razy. Ma być agresja? Będzie paręnaście zbliżeń na zabijane i wykrwawiające się zwierzęta. Ma być namiętność? Mamy kopulujące ćmy i seks w plenerze przedstawiony z taką subtelnością, że film chwilami sprawia wrażenie, że jest adaptacją nie Emily Brontë, ale D.H. Lawrence’a (a to z moich ust i klawiatury bynajmniej nie jest pochwała).

Rybka

MIŁOŚĆ LARSA – DOBRY FILM

“Miłość Larsa” (“Lars and the Real Girl”)

USA, Kanada, 2007

reż. Craig Gillespie

Ryan Gosling, Emily Mortimer

Debiut pełnometrażowy Craiga Gillespie opowiada historię chorobliwie nieśmiałego i cierpiącego na urojenia młodego człowieka, który zakochał się w gumowej lalce. Mimo, że bohaterka pochodzi ze sklepu erotycznego, film spokojnie można oglądać nawet z dziadkami, bez potrzeby „wychodzenia do łazienki” w niezręcznych momentach.

W rolę tytułowego aspołecznego Larsa wcielił się zadziwiająco dziamdziowato wyglądający Ryan Gosling który, ze swoją piękną klatą wyjątkowo przykrytą wieloma warstwami uroczo obciachowych sweterków udowodnił, że potrafi grać nie tylko amantów i przystojniaków z głębią, ale że bardzo dobrze sobie radzi grając — z subtelnym komizmem –  nie najładniejszą osobę z zaburzeniami psychicznymi. Jego bohater, który na początku filmu nie potrafi (ani nie chce) nawiązać żadnych bliższych relacji społecznych, pod wpływem platonicznej miłości do gumowej Bianci zaczyna nawiązywać kontakt z otoczeniem i odbudowywać  więzi rodzinne i społeczne. Jego oddanie jest jednocześnie absurdalnie śmieszne i na swój sposób urocze i wzruszające.

Mimo różu na plakacie, nie jest  to komedia romantyczna. Film jest w dużej części absurdalnie śmieszny, jednak komizm jego polega nie na humorze rodem z Harolda i Kumara (na co mogłaby wskazywać obecność gumowej lali), ale na subtelnym humorze smutnych ludzi, którzy nie utracili nadziei w poszukiwaniu szczęścia (nawet wśród śniegów – film dzieje się w słynącym z depresyjnego klimatu amerykańskim regionie Midwest). Mimo, że opowiada między innymi o odbudowywaniu relacji rodzinnych po utracie rodziców, nie jest też żenującym wyciskaczem łez. To co śmieszne, to co smutne (bo i tego nie mało), i to co wzruszające zostało w tym komediodramacie bardzo dobrze wyważone . Reżyser potrafi – przy pomocy bardzo ładnych zdjęć, muzyki i doskonałej gry aktorów –  stworzyć dziwny, ale ciekawy i przekonujący obraz.

UWAGA! Ten film, mimo, że jest DOBRY nie sprzedał się chyba najlepiej w naszych sklepach. Już kilka razy widziałam go, czy to w empiku, czy w merlinie, na wyprzedaży. Mimo cukierkowej okładki i polskiego tytułu pt. „Miłość Larsa” można spokojnie wydać te 9.90 -19.90 na płytkę – jak zobaczycie, nie zwlekajcie!

Rybka

Django – DOBRY film

django-unchained-2

“Django Unchained”

USA, 2012

reż. Quentin Tarantino

Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo Di Caprio, Samuel L. Jackson

„Bękarty wojny” po mnie… spłynęły. Jak „Quantium of Solace” – byłem, widziałem, kolejny krzyżyk w „Wielkiej Księdze Filmów, Które Zobaczyłem” dwie twarze zapamiętałem (ze zdziwieniem odnotowałem, że waltz po niemiecku nie znaczy „uśmiechnięty skurwiel z rozbrajającym uśmiechem”), wielka rozpierducha, ale bez jakiejś rewelacji. No dobra, trzeba przyznać, że zrobienie przez takiego reżysera komedii o Holocauście było czymś mocnym, ale chyba w kontekście tego filmu ważniejszy był właśnie kontekst. Ze zdziwieniem odnotowano, że na projekcjach doskonale bawili się Niemcy, co potraktowano jako ostateczne pogodzenie się naszych zachodnich sąsiadów z historią, która i tak będzie ich prześladować jeszcze latami. I chyba trochę tego się obawiałem w najnowszej produkcji Tarantino. Ale na szczęście moje obawy się nie spełniły. Dostałem to czego oczekiwałem.

Zatem ad rem: Klimat spaghetti-westernów kręconych w Jugosławii, z montażem i napisami z epoki, doskonałą muzyką z lat 70. – słowem, każdy, nawet bez magisterium z filmoznawstwa instynktownie czuje o co chodzi. Fabuła podobna konceptem do „Bękartów…”, gdzie Tarantino bawi się naszymi cywilizacyjnymi lękami i marzeniami. A niech teraz Ci, co latami byli prześladowani i gnębieni przez historię się zemszczą! Niech spełnią nasze szalone pragnienia, wyzwolą się z opresji i urządzą swoim oprawcom krwawą łaźnię, ale na tyle skąpaną w absurdzie, że nie będzie nam ich żal, ale wręcz przeciwnie – będziemy się świetnie bawić. W końcu o to chodzi w kinie, prawda?

Zatem tak i w „Django”, mamy reprezentanta uciśnionej mniejszości, czyli tytułowego bohatera, który dzięki pomocy elokwentnego łowcy głów, (Christopher Walz – w pełni zasłużył na Oscara za rolę drugoplanową!), mści się na białych panach, by odzyskać swoją ukochaną. Jest krwawo, absurdalnie i… zajebiście śmiesznie. Jako zagorzały germanofil, z rozmarzeniem na twarzy oddawałem się rozkoszy śledzenia wątku niemieckiego. Autoironiczne żarciki z pochodzenia Walza, czarna niewolnica Brunhilda z Mississippi, a wszystko to usprawiedliwione aluzją do filmów o Winnetou, z bohaterami latającymi po bezdrożach Jugosławii i krzyczących: „Hande Hoch”. Dyskusja bandy plantatorów-mścicieli na koniach przeradza się z deliberacji na temat strategii uśmiercenia głównych bohaterów, w kłótnię na temat wątpliwej jakość wykonanych nakryć na głowę, będących ułomną wersją gustownych kapturów Ku-Klux-Klanu. Scena, którą widzieliśmy przecież już w niezliczonej ilości komedii, choć mi i tak przypomniała dyskusję Galów o grzybach z albumu „Asteriks na igrzyskach olimpijskich”, a i tak bawi. Mistrzem jest jednak Samuel L. Jackson, grający oddanego lokaja , który wszystkich dookoła wyzywa od „czarnuchów”, a opowiastkę o murzyńskim gladiatorze kwituje rozbrajającym: „Negrokules”.

Film jest długi, trzy godziny bez kwadransa. Ale dobrze się to ogląda, fabuła jest dynamiczna, ładnie płynie, tak, że w sumie tylko raz rzuciłem okiem na zegarek. Od razu uwaga, dla niecierpliwych – „Django” trzeba oglądnąć DO KOŃCA. Tak, reżyser zostawił nam na deser żarcik, który pojawia się dopiero po napisach końcowych. Ale po zakończeniu projekcji miałem uczucie… spełnienia. To były dobrze spędzone dwie godziny i 45 minut. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się czułem po filmie.

Tu i tam czytałem o Tarantino oraz „Django” i dosyć często spotkałem się z uwagami, które dotykają problemu, jaki i ja – przyznam – mam z tym niewątpliwym geniuszem kina, który już dawno zapewnił sobie miejsce w historii. Zarzut jest – ostrzegam – meta filmoznawczy, może nawet filozoficzny, trochę w duchu antropologii poststrukturalnej naznaczonej preegzytencjalizmem Kirkegaarda, z łyżką fenomenologii Ingardena. Otóż Tarantino opiera cały swój koncept na filmy na tym, na czym stoi cała nasza kultura, o której ktoś mądry powiedział, że od jakiegoś czasu (najpóźniej ee… IV w.n.e.?) opiera się na naśladownictwie. Nic nowego pod słońcem, obrabiamy i przerabiamy znane motywy i konteksty, nadając im jedynie nową formę. Fabuły Tarantino to czysty FUN, zapakowany w pudełko starych, acz doskonale odtworzonych klisz. Nie ma tutaj uniwersalnych problemów, codziennych dramatów, prawdy o życiu i śmierci, ale świetne portrety bohaterów, genialne rzemiosło reżyserskie i aktorskie, no i ten wydumany „dialog z historią kina”. I dialogi, dialogi, dialogi!

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem, że jeden recenzent miał po filmie niedosyt. Ale na Boga, czego oczekujemy, jak słyszymy, że Tarantino zrobi film o ninja-zabójcach, drugiej wojnie światowej albo niewolnictwie? Psychoanalitycznej analizy, wiwisekcji poruszanej problematyki, czy dokładnie tego, co zobaczymy w „Django”? A jak ktoś chce mieć studium polityczno-społecznie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych w latach 60. XIX w. to niech idzie na „Lincolna”. Tez DOBRY FILM, ale o tym niedługo. „Django” to znany i dobry Tarantino, z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Ja to kupuję i daję się wciągnąć w tę bezczelną gierkę. A skoro jeszcze skaczą przy tym endorfiny?

Słoń