Wróg numer jeden: ZŁY FILM

Puk! Puk! "Kto tam?" "Harcerze!" "Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!"

Puk! Puk! „Kto tam?” „Harcerze!” „Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!”

„Zero Dark Thirty”

USA, 2012

reż. Kathryn Bigelow

Jessica Chastain, Jason Clarke

Są takie filmy, które wydają się być w trakcie oglądania DOBRE. Miłe oku, dobrze zrobione, wciągają nas, coś tam przekazują. I przychodzi końcówka, która wszystko psuje. Konstatrujemy ze smutkiem, że to byłby naprawdę DOBRY film, uciąć go o te 10-15 minut i byłoby git (to słowo z jidysz, „Lalkę” czytaliście to pamiętacie). DOBRY film musi charakteryzować się przecież wewnętrzną harmonią i spojnością od początku do końcaj!

W temacie katastrofalnych końcówek trzeba oczywiście wspomnieć jeden z NAJGORSZYCH filmów świata, czyli „Rewers”, którego absurdalne zakończenie doskonale ukazywało pustkę i bezdenny debilizm całej produkcji. Nieco podobne, acz nie tak mocne wrażenie miałem właśnie oglądając nominowanego do tegorocznego Oscara „Wroga Numer Jeden” Kathryn Bigelow.

Już na wstępie zaznaczam – nie mamy do czynienia z absolutnie ZŁYM filmem. Od „Rewersu” dzielą go lata świetlne. Moja ostatecznie negatywna ocena wzięła się z rozczarowania – świadomości tego, że od Bigelow można się spodziewać o wiele więcej. W końcu nakręciła „Hurt Locker. W pułapce wojny”, który trzy lata temu zgarnął – w pełni zasłużenie – sześć statuetek, w tym za najlepszy film, scenariusz oryginalny i reżyserię.

Maja ma jak święta aureolę.

Maja ma aureolę niczym święta.

Nie mogę zaprzeczyć – „Wroga…” ogląda się całkiem dobrze. Pewnie muszę wziąć poprawkę na fakt, iż każdy film o polityce ma u mnie na wstępie 5 Punktów Dobroci. Jednak nie ręczę za to, że nie odpadniecie w trakcie tego trwającego ponad 2,5 godziny widowiska. Film opowiada o polowaniu na wroga numer jeden Ameryki, czyli Osamę-ibn-Ladena, z perspektywy agentki CIA o pseudonimie Maya (Jessica Chastain). Robota żmudna, wymagająca znalezienia igły w stogu siana i uciekania się do – nazwijmy to delikatnie – moralnie wątpliwych metod przesłuchań. No i oczywiście niebezpieczna, bo wróg nie śpi, a toczy się przecież wojna.

Historia oparta na faktach, więc wiemy jak się skończy. Scena zabicia Osamy w trakcie brawurowej akcji amerykańskich komandosów na terenie Pakistanu jest doskonała. Ale jest ona niemiłosiernie długa, trwa chyba z pół godziny. Główna bohaterka po prostu… znika. Siedzi gdzieś tam w bazie w Afganistanie i czeka na wieści, ale całą rolę odwalają dzielni Navy Seals, którym z bliska towarzyszymy przez całą akcję, jedynie raz czy dwa zaglądając, co tam u Mayi. I w tym momencie dotarła do mnie słabość tego filmu – o czym on właściwie jest?

Niby o Mai – młodej, zdolnej, cholernie ambitnej i mającej niemal obsesję na punkcie wykonania zadania. W trakcie rozmowy w stołówce w siedzibie CIA na pytanie szefa (James Gandolfini) czym się wcześniej zajmowała w agencji, odpowiada szczerze – niczym. Od początku swojej kariery w wywiadzie rozpracowywała ibn-Ladena. Oprócz tej rozmowy, w całym filmie są chyba jeszcze dwie sceny, które pozwalają nam bliżej poznać Mayę. Warto wspomnieć już o samej końcówce, kiedy to wycieńczona agentka wsiada do potężnego, pustego helikoptera transportowego i „może lecieć gdzie chce”. Wolność, zasłużony urlop po wykonaniu realizowanego przez lata zadania, na które z utęsknieniem czekał cały naród. Ale tak naprawdę nie wiemy o niej nic, jako człowieku, nic o jej motywacjach, lękach. Zero głębszej psychologii, próby jej zrozumienia, czy czegoś w tym stylu. Rudy, urodziwy robot z jakimiś emocjami, obsesyjnie szukający faceta ukrywającego się w jakiejś chacie w Pakistanie.

Jeśli „Wróg…” jest o polowaniu, to także nie za wiele z tego wynika. Fakt, są sceny tortur, ale nie jest to pretekst do głębszej refleksji. Bohaterowie są oczywiście ludźmi i czasem mają już dość tej roboty, ale co z tego? To polowanie mogłobyć fantastycznym pretekstem do poruszenia tylu problemów. Mamy przecież do czynienia z próbą uporania się z wielką narodową traumą, jaką było upokorzenie mocarstwa i dramatyczne wyrwanie z pozimnowojennego letargu. Jest problem dehumanizacji człowieka, traktowania ibn-Ladena jako szkodnika, którego bez żadnej głębszej refleksji trzeba zamordować. Jest cały problem relacji Zachodu ze światem arabskim. Tymczasem we „Wrogu…” widzimy bezwględnych oprawców po jednej i drugiej stronie, których różni (tylko/aż?) ideologia.

Maja ma jak jak okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję, choć na osłode zostały mi lenonki taty, jednak i z nimi był problem bo poszły noski, jednak podobne kupiłem już za 10 zł u optyka niedaleko długiej.

Maya ma jak ja okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję, choć na osłode zostały mi lenonki taty, jednak i z nimi był problem bo poszły noski, jednak podobne kupiłem już za 10 zł u optyka niedaleko ul. Długiej w Krakowie, a konkretnie to na ul. Pędzichów.

Film wywołał dyskusję tu i tam, jednoznacznie sugerując, że bez tortur nie złapano by Bin-Ladena. To, czy to dobrze czy źle, interesuje mnie jako widza w znacznie mniejszym stopniu niż to, czy wychodząc z kina, miałem wrażenie, że reżyser chciał mi w tym filmie o tym opowiedzieć. A tego nie zrobił. Spektakularne, acz rozwleczone zakończenie, wytrąca z i tak wątpliwego poczucia, że wszystko to się trzyma kupy, ku czemuś zmierza, o czymś opowiada.

Tutaj chyba też należy upatrywać klęski Chastain w walce o zdobycie Oscara za pierwszoplanową rolę żeńską, którą odebrała Jennifer Lawrence z „Poradnika Pozytywnego Myślenia”. Bigelow nie uczyniła z niej pełnowymiarowej, wiarygodnej bohaterki i niewąpliwe zdolna Chastain nie za bardzo mogła coś z tym zrobić. Poległa Chastain, poległ „Wróg…”, który dostał nagrodę jedynie za najlepszy montaż dzwięku, a najlepszym filmem została „Operacja Argo” Afflecka. Bez przesady można mówić o klęsce – pięć nominacji, jedna statuetka, przy dziewięciu nominacjach i pięciu nagrodach dla „Hurt Lockera.”

Jeszcze słówko o Oscarach – strasznie egalitarnie się zrobiło. Nie było jednego filmu, który zgarnąłby zdecydowaną większość nagród. Trudno tak powiedzieć o „Życiu Pi” (trzeba będzie to zobaczyć!), które dostało najwięcej, bo cztery Oscary, m. in. za reżyserię, ale w tym za muzykę i efekty specjalne. Film roku: „Operacja Argo”; aktor – „Lincoln”, aktorka – „Poradnik Pozytywnego Myślenia”; scenariusz oryginalny – „Django”. Zatem – dużo dobrych filmów i brak tego jednego, porywająco genialnego. Choć ja będę bronił, jak to gdzieś napisali, poczciwego „Lincolna”…

Słoń

2 thoughts on “Wróg numer jeden: ZŁY FILM

  1. Pingback: DOBRY film: Na własne ryzyko | Dobry Film, Zły Film

  2. Pingback: Kaszaniasto ZŁY Film: Świat w płomieniach | Dobry Film, Zły Film

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s