Wichrowe Wzgórza – ZŁY film

Koński zad w Wichrowych Wzgórzach

„Wichrowe Wzgórza” („Wuthering Heights”)

Wielka Brytania 2011

reż. Andrea Arnold

James Howson, Solomon Glave, Shannon Beer

Ten film jest tym bardziej zły, że w sumie niewiele brakowało, by był dobry. Zapowiadało się świetnie. Nowa adaptacja jednej z najbardziej poczytnych dziewiętnastowiecznych powieści, chcąca się odciąć od typowo hollywoodzkiego, skupiającego się wyłącznie na przedstawieniu wątku miłosnego sposobu przekładu książek na język kina. Nowa wersja Andrei Arnold, która zamiast sław pomiaru Voldemorta/nowego M/Amona Goetha ma mówiące (powiedzmy) Yorkshireskim  akcentem, właściwie nie znane (chyba, że ogląda się Skinsów) twarze. Nowa adaptacja, która postanowiła wydobyć z książki namiętność i brutalność. Adaptacja, która zamiast wyszukanych kostiumów serwuje naturalistyczny, „przybrudzony” obraz życia na smaganych wiatrem wrzosowiskach, pokazując jedność natury ludzkiej, zwierzęcej i warunków atmosferycznych. Więc co poszło nie tak?

Problem nie w tym, że film kończy się w połowie książki (to akurat uważam za jego wielką zaletę).

Nie chodzi o to, że wybrali czarnoskórego aktora do roli Heathcliffa. Szkoda, że nie wykorzystano tego faktu. Po prostu był, równie dobrze mógłby Heathcliffa grać Współautor tego bloga (bez urazy).

Mimo, że czytałam „Wichrowe Wzgórza” dwa razy i dość dobrze znam fabułę powieści, nie jestem zażartą fanką Emily Brontë, więc nie mam twórcom za złe, że nie trzymali się ściśle tekstu (choć chciałabym wreszcie zobaczyć adaptację, która zamiast na Heathcliffie, skupiłaby się wreszcie na bohaterkach tej powieści).

Film zgubiła jego pretensjonalność.

Każde ujęcie krzyczało: „patrzcie, jakie to artystyczne! Nowatorskie! Jakie śmiałe!”, Jak gdyby twórcy uznali, że skoro robią tak „odważną” wersję klasycznej powieści, że mają piękne ujęcia przyrody, czarnego Heathcliffa, agresję pod postacią zbliżeń na zabijane króliki i namiętność pod postacią nekrofilii,  że jedyną muzyką jest wycie wiatru, szum traw i utwór Mumford & Sons w końcówce, to  te pomysły automatycznie sprawią, że film stanie się dobry.

Niestety – drewniana gra aktorów, zwłaszcza tych starszych, oraz nużące dłużyzny przyćmiły artystyczne ujęcia kwiatów, ptaków i insektów. Sceny, które miały pokazywać  namiętność i równoczesną agresję całkowicie nie rozbudowanych postaci wyszły niezamierzenie komicznie lub niesmacznie. Jak nastoletnia Catherine przez trzy minuty zlizuje z pleców Heathcliffa zaschniętą krew, to przychodzi na myśl „Zmierzch” i widz tęskni do scen biczowania. Obecną w książce dzikość natury mającą odzwierciedlenie w mieszkańcach serwuje nam się nachalnie, jakby widz był za głupi na zrozumienie tego artystycznego kina niezależnego i trzeba było mu wszystko wyjaśniać po kilka razy. Ma być agresja? Będzie paręnaście zbliżeń na zabijane i wykrwawiające się zwierzęta. Ma być namiętność? Mamy kopulujące ćmy i seks w plenerze przedstawiony z taką subtelnością, że film chwilami sprawia wrażenie, że jest adaptacją nie Emily Brontë, ale D.H. Lawrence’a (a to z moich ust i klawiatury bynajmniej nie jest pochwała).

Rybka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s