Django – DOBRY film

django-unchained-2

„Django Unchained”

USA, 2012

reż. Quentin Tarantino

Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo Di Caprio, Samuel L. Jackson

„Bękarty wojny” po mnie… spłynęły. Jak „Quantium of Solace” – byłem, widziałem, kolejny krzyżyk w „Wielkiej Księdze Filmów, Które Zobaczyłem” dwie twarze zapamiętałem (ze zdziwieniem odnotowałem, że waltz po niemiecku nie znaczy „uśmiechnięty skurwiel z rozbrajającym uśmiechem”), wielka rozpierducha, ale bez jakiejś rewelacji. No dobra, trzeba przyznać, że zrobienie przez takiego reżysera komedii o Holocauście było czymś mocnym, ale chyba w kontekście tego filmu ważniejszy był właśnie kontekst. Ze zdziwieniem odnotowano, że na projekcjach doskonale bawili się Niemcy, co potraktowano jako ostateczne pogodzenie się naszych zachodnich sąsiadów z historią, która i tak będzie ich prześladować jeszcze latami. I chyba trochę tego się obawiałem w najnowszej produkcji Tarantino. Ale na szczęście moje obawy się nie spełniły. Dostałem to czego oczekiwałem.

Zatem ad rem: Klimat spaghetti-westernów kręconych w Jugosławii, z montażem i napisami z epoki, doskonałą muzyką z lat 70. – słowem, każdy, nawet bez magisterium z filmoznawstwa instynktownie czuje o co chodzi. Fabuła podobna konceptem do „Bękartów…”, gdzie Tarantino bawi się naszymi cywilizacyjnymi lękami i marzeniami. A niech teraz Ci, co latami byli prześladowani i gnębieni przez historię się zemszczą! Niech spełnią nasze szalone pragnienia, wyzwolą się z opresji i urządzą swoim oprawcom krwawą łaźnię, ale na tyle skąpaną w absurdzie, że nie będzie nam ich żal, ale wręcz przeciwnie – będziemy się świetnie bawić. W końcu o to chodzi w kinie, prawda?

Zatem tak i w „Django”, mamy reprezentanta uciśnionej mniejszości, czyli tytułowego bohatera, który dzięki pomocy elokwentnego łowcy głów, (Christopher Walz – w pełni zasłużył na Oscara za rolę drugoplanową!), mści się na białych panach, by odzyskać swoją ukochaną. Jest krwawo, absurdalnie i… zajebiście śmiesznie. Jako zagorzały germanofil, z rozmarzeniem na twarzy oddawałem się rozkoszy śledzenia wątku niemieckiego. Autoironiczne żarciki z pochodzenia Walza, czarna niewolnica Brunhilda z Mississippi, a wszystko to usprawiedliwione aluzją do filmów o Winnetou, z bohaterami latającymi po bezdrożach Jugosławii i krzyczących: „Hande Hoch”. Dyskusja bandy plantatorów-mścicieli na koniach przeradza się z deliberacji na temat strategii uśmiercenia głównych bohaterów, w kłótnię na temat wątpliwej jakość wykonanych nakryć na głowę, będących ułomną wersją gustownych kapturów Ku-Klux-Klanu. Scena, którą widzieliśmy przecież już w niezliczonej ilości komedii, choć mi i tak przypomniała dyskusję Galów o grzybach z albumu „Asteriks na igrzyskach olimpijskich”, a i tak bawi. Mistrzem jest jednak Samuel L. Jackson, grający oddanego lokaja , który wszystkich dookoła wyzywa od „czarnuchów”, a opowiastkę o murzyńskim gladiatorze kwituje rozbrajającym: „Negrokules”.

Film jest długi, trzy godziny bez kwadransa. Ale dobrze się to ogląda, fabuła jest dynamiczna, ładnie płynie, tak, że w sumie tylko raz rzuciłem okiem na zegarek. Od razu uwaga, dla niecierpliwych – „Django” trzeba oglądnąć DO KOŃCA. Tak, reżyser zostawił nam na deser żarcik, który pojawia się dopiero po napisach końcowych. Ale po zakończeniu projekcji miałem uczucie… spełnienia. To były dobrze spędzone dwie godziny i 45 minut. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się czułem po filmie.

Tu i tam czytałem o Tarantino oraz „Django” i dosyć często spotkałem się z uwagami, które dotykają problemu, jaki i ja – przyznam – mam z tym niewątpliwym geniuszem kina, który już dawno zapewnił sobie miejsce w historii. Zarzut jest – ostrzegam – meta filmoznawczy, może nawet filozoficzny, trochę w duchu antropologii poststrukturalnej naznaczonej preegzytencjalizmem Kirkegaarda, z łyżką fenomenologii Ingardena. Otóż Tarantino opiera cały swój koncept na filmy na tym, na czym stoi cała nasza kultura, o której ktoś mądry powiedział, że od jakiegoś czasu (najpóźniej ee… IV w.n.e.?) opiera się na naśladownictwie. Nic nowego pod słońcem, obrabiamy i przerabiamy znane motywy i konteksty, nadając im jedynie nową formę. Fabuły Tarantino to czysty FUN, zapakowany w pudełko starych, acz doskonale odtworzonych klisz. Nie ma tutaj uniwersalnych problemów, codziennych dramatów, prawdy o życiu i śmierci, ale świetne portrety bohaterów, genialne rzemiosło reżyserskie i aktorskie, no i ten wydumany „dialog z historią kina”. I dialogi, dialogi, dialogi!

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem, że jeden recenzent miał po filmie niedosyt. Ale na Boga, czego oczekujemy, jak słyszymy, że Tarantino zrobi film o ninja-zabójcach, drugiej wojnie światowej albo niewolnictwie? Psychoanalitycznej analizy, wiwisekcji poruszanej problematyki, czy dokładnie tego, co zobaczymy w „Django”? A jak ktoś chce mieć studium polityczno-społecznie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych w latach 60. XIX w. to niech idzie na „Lincolna”. Tez DOBRY FILM, ale o tym niedługo. „Django” to znany i dobry Tarantino, z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Ja to kupuję i daję się wciągnąć w tę bezczelną gierkę. A skoro jeszcze skaczą przy tym endorfiny?

Słoń

One thought on “Django – DOBRY film

  1. Pingback: Kaszaniasto ZŁY Film: Świat w płomieniach | Dobry Film, Zły Film

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s