Amatorzy adaptacji #2, czyli DOBRE przedstawienie, czyli „Wiele hałasu o nic” (2011)

źródło: tennantnews.blogspot

źródło: tennantnews.blogspot

W zeszłym tygodniu zaczęliśmy cykl pt. „Amatorzy adaptacji”, żeby jedno z nas miało wymówkę do obsesyjnego oglądania ekranizacji ulubionych książek. W ramach niego będziemy omawiać i porównywać kilka(naście?) adaptacji jednego dzieła literackiego.Raz na jakiś czas omawiamy jedną klasyczną (tj. korzystającą w miarę dosłownie z tekstu oryginalnej sztuki) adaptację, a później zajmiemy się modernizacjami (czyli wersjami, w których nie tylko realia, ale i język są dostosowywane do współczesnych norm).  Na pierwszy ogień idzie szekspirowska komedia „Wiele hałasu o nic”. 

To jest druga część cyklu o MAANie (WHONie?), pierwszą znajdziecie tu

źródło: guardian.co.uk

źródło: guardian.co.uk

Much Ado About Nothing

Wielka Brytania 2011

sztuka: William Szekspir, reż. Josie Rourke

wyk. Catherine Tate, David Tennant

[Uwaga zbyt ważna, żeby być na marginesie: niniejszą wersję można wypożyczyć lub nabyć online na stronie Digital Theatre!]

Ta teatralna wersja (w reżyserii Josie Rourke, której „Koriolanem” zachwycałam się w marcu) jest chyba najzabawniejszą wersją tej sztuki, jaką widziałam. Duża w tym zasługa umiejscowienia akcji na Giblartarze w latach osiemdziesiątych, z naciskiem na to ostatnie — stroje, fryzury i muzyka tamtego okresu to coś, co zawsze dodaje śmieszności. Żołnierze Don Pedra to marynarze, wokoło porozstawiane są leżaki, a każdy ma przynajmniej jedną parę okularów słoneczych, nie mówiąc o puszkach, butelkach i papierosach.

Czytaj dalej

Nudny i Zły Film: Igrzyska Śmierci. W pierścieniu Ognia.

Źródło: mashable.com

Źródło: mashable.com

The Hunger Games: Catching Fire

USA, 2013

reż. Francis Lawrence

scen. Simon Beaufoy, Michael Arndt

wyk. Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth

No i udało im się. Złapałem się w pułapkę zastawioną przez tłumaczy, czego bardzo nie lubię. W ogóle nie lubię wpadać w pułapki, ale te związane z tytułem filmu są szczególnie irytujące, bo to tytuł jest zawsze pierwszym wskaźnikiem tego, czy coś jest warte zobaczenia. Zestawcie sobie „Zabójcze ryjówki” z – powiedzmy – „Metro Manila”. Czujecie na wstępie, na co warto wydać kasę by się ukulturalnić, prawda?

Zobaczyłem angielski tytuł „Hunger Games”, więc licząc na wysoki poziom realizmu filmu, zakupiłem sobie przed seansem jakąś drożdżówkę (co w Malezji graniczy prawie z cudem) i sok z ananasa. Niestety, trzeba mi było zobaczyć polski tytuł („Igrzyska Śmierci”) i – o dziwo – posłuchać kreatywnych polskich speców od tłumaczeń. Nastawiłbym się wtedy na nieco inne zagrożenie i zamiast prowiantu, wziałbym poduszkę. Zamiast cierpieć głód i przerażenie, przyszło mi bowiem rzeczywiście umierać. Niestety, w ten najgorszy z możliwych sposobów – z nudów.

Czytaj dalej