Dobry film: THOR – Mroczny świat

Źródło: cdn.fansided.com

Źródło: cdn.fansided.com

„Thor – The Dark World”

USA, 2013

reż. Alan Taylor

scen. Christopher Yost, Christopher Markus, Stephen McPhelly,

wyk. Chris Hemsworth, Tom Hiddleston, Natalie Portman,

Dawno nie byłem w multipleksie. Nie ukrywam, jako stały bywalec kin studyjnych, co wynika zarówno z moich filmowych preferencji, jak i możliwości finansowych, odzwyczaiłem się od gigantycznych sal, ekranów zasysających naszą uwagę niczym czarna dziura oraz rozmachu współczesnej sztuki filmowej. Tak, nie ma się co czarować, że obecne możliwości kin są potężnym ciosem dla wszelkich prób korzystania z niezbyt legalnych źródeł. Żaden stream (jeszcze?) nie zastąpi magicznej podróży na drugą stronę kinowego ekranu, oferującego jedyne w swoim rodzaju kinowe przeżycia. A że mainstreamowe kino – jak zwykle z reszą – ma nas nieustannie zaskakiwać, poziom technicznego dopieszczenia obecnych produkcji filmowych naprawdę poraża. Szczególnie, jeśli chodzi o kino akcji.

Ja sobie zaserwowałem terapię szokową i to od razu o mocy młota nordyckiego boga gromów, syna równie potężnego Odyna – Thora. Oto bowiem wielki powrót do multipleksu miał miejsce w Kuala Lumpur, w ogromnej galerii Times Square, gdzie znajduje się… rollercoaster. To tak, żeby poczuć o jakiej skali kina mowa.

Czytaj dalej

Lincoln: DOBRY film

lnc

„Lincoln”

USA 2012

reż. Steven Spielberg

Daniel Day-Lewis, Sally Field, David Strathairn, Joseph Gordon-Levitt, Tommy Lee Jones

Ludzie mają tendencję do nadużywania wielkich słów, zarezerwowanych na wyjątkowe okazje. Jadę przystankiem, plakat filmowy i podpis – „wszystko w tym filmie zasługuje na Oscara”.  Czytadło dla kobiet, reklamowane na kiosku – najlepszy dramat od lat. Problem jest oczywiście szerszy i dotyka chyba każdego. Mamy dopiero drugą dekadę XXI w. wieku, ale czuję, że powodzi, filmów, przełomów, polityków, decyzji, odkryć stulecia to będzie z kilkadziesiąt.

Ale jak już po oglądnięciu „Lincolna” wpadł mi w rękę listopadowy „Times”, z czarno-białą, nastrojową fotografią melancholijnej twarzy Daniela Day-Lewisa i podpisem: „The World’s Greatest Actor” (napis biały, tylko „greatest” na czerwono)… przyznałem im rację. Przypomniał mi się kolega, który po kolejnym świetnym meczu Barcelony i kolejnych peanach zachwytu nad futbolową finezją Katalończyków powiedział mi: „Ku*wa… A jak my naprawdę oglądamy właśnie najlepszą drużynę świata w historii?” Po Lincolnie i zobaczeniu okładki „Time’a” miałem podobnie. Cholera, jeśli właśnie naprawdę oglądam najlepszego aktora świata?

Bo nie przesadzę, jak powiem, że chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się oglądać film o historycznej postaci, gdzie miałem tak mocne wrażenie, iż oglądam nie aktora, ale właśnie bohatera. Na Boga – Lincoln zmartwychwstał! Nie wiem, jak wyglądał, jak mówił i jak się zachowywał, ale na pewno tak, jak to przedstawił Daniel Day-Lewis. Aktorstwo totalne, profesjonalizm na najwyższym poziomie. Ale facet – trzeba przyznać – ma dosyć niestandardowe metody pracy. Jak się przygotowywał do roli w „Ostatnim Mohikanie” to żył przez jakiś czas w takich warunkach, w jakich żyli Indianie w XVIII w. Przygotowując się do roli niesłusznie oskarżonego o wzięcie udziału w ataku bombowym zorganizowanym przez IRA w „W imię ojca” nie spał przez trzy noce przed zdjęciami, żeby wiarygodnie zagrać w scenie przesłuchania. A w trakcie kręcenia „Lincolna” wysyłał Sally Field grającej małżonkę prezydenta SMSy z podpisem „Yours, A.”

Czapki z głów, DOBRY film!

Czapki z głów, DOBRY film!

Lincoln Day-Lewisa jest człowiekiem z krwi i kości – wybitnym mężem stanu, wierzącego w pewne ideały, a przy tym potrafiącym skutecznie przekonywać do swoich racji. Erudyta i anegdociarz, w każdej dyskusji przytaczający historię, która albo ośmiesza przeciwnika, albo staje się elementem argumentacji, albo po prostu rozładowuje atmosferę (ta o portrecie Jerzego Waszyngtona w toalecie pewnego Anglika jest doskonała!) Jednocześnie są momenty, kiedy wątpimy w jego nieomylność, widzimy, że się waha i jest świadom swojej ograniczoności. I jeszcze bardziej go lubimy, bo nie jest superbohaterem, ale po prostu roztropnym i mądrym człowiekiem, mierzącym się nieustannie ze swoimi słabośiami.

„Lincoln” nie jest jednak jednym z tych filmów, na które warto iść dla tej jednej kreacji. A takie wrażenie miałem choćby po „Mistrzu” Andersona. Doskonale zagrany Lincoln ukazany jest zarówno jako czuły ojciec, dobry mąż, ale i wielki polityk. W skomlikowaną grę polityczną, w której Lincoln chce dokonać niemożliwego, czyli upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu (zakończyć wojnę secesyjną i przepchać przez Kongres XIII poprawkę znoszącą niewolnictwo), zgrabnie wplecione są wątki osobiste, szersza historia i batalie w Kongresie. Film ma wewnętrzną dynamikę, spójność i harmonię, którą w całości trzyma postać Lincolna. Jest to zarówno kawał amerykańskiej historii, uniwersalna opowieść o polityce, ale też historia człowieka, któremu przyszło w niezwykle trudnych czasach wziąć polityczną odpowiedzialność za życie innych ludzi, jedność Unii oraz wiarę w równość wszystkich ludzi.

To wszystko powoduje, iż nie zdziwię się, jeśli to właśnie Spielberg odbierze za trzy dni statuetkę za najlepszy film roku. Co do głównej roli męskiej nikt nie ma wątpliwości. Zobaczcie „Lincolna”, a zrozumiecie.

Słoń

„Operacja Argo”: DOBRY FILM

Gdzie jest Wally? ee... Brodaty Ben?

Gdzie jest Wally? ee… Brodaty Ben?

„Argo”

USA 2012

reż. Ben Affleck,

Ben Affleck, Bryan Cranston, Alan Arkin, John Goodman

Do Oskarów zostało jedynie parę dni. Rybka już skrobnęła o „Poradniku pozytywnego myślenia”, ja w jednym z pierwszych postów na tym blogu podzieliłem się swoimi wrażeniami z „Django„, ale by wyczerpać temat nominacji do „Best Picture” zostało jeszcze trochę… Choć nie wyrobimy z wszystkim, mamy nadzieję, że uda nam się do 24 lutego napisać recenzję filmu, który dostanie Oscara. No chyba że nagroda, na przekór wszystkiemu i wszystkich powędruje do Haneke’go… Bo o „Miłości” pewnie napiszemy, ale chyba nie tak szybko, jak byśmy chcieli.

Jako dyżurny politolog tej strony spadł na mnie obowiązek recenzji „Operacji Argo”, co – nie ukrywam – czynię z niemałą satysfakcją. Filmu dziwnego, bo od fabuły wszyscy się bardziej podniecali powracającym z niebytu Benem Affleckiem. Nie chcę się zagłębiać w szczegóły perypetiów życia Pana Bena, bo ładnie zrobili to już w Newsweeku, gdzie – chyba jacyś żeglarscy zapaleńcy – napisali, że: „pokonał aktorskie flauty, sztorm wokół związku z Jennifer Lopez, tsunami prasowych złośliwości i wiry alkoholizmu.” A teraz pewnie zmierza po Oscara. Co z tego wyjdzie – zobaczymy. Ale faktem jest, że Affleck niespodziewanie wyrasta nam na jednego z ciekawszych i ambitniejszych reżyserów!

Mam kolegę dziennikarza. Kiedyś, jak mu się użalałem, że mam do napisania jakiśtam tekst, temat – absolutnie super, no ale nie idze, źle mi się pisze i nie mam wrażenia, że zmierzam ku dobremu. Kolega przyznał rację. Stwierdził, że on też tak ma – przy słabym temacie, człowiek staje na rzęsach i skupia całe siły, by formą nadrobić niedostatki treści. Z kolei na odwrót – kiedy ma się o czym pisać, nieraz zaniedbuje się „opakowanie” i efekt nie zawsze jest satysfakcjonujący.

Affleck mógł być doskonałym przykładem takiego paradoksu. Historia, jaką pokazał jest doskonała, jest wręcz gotowym scenariuszem na film. Oparta na faktach, a przy tym tak pełna napięcia i niewyobrażalna, że z zaskoczeniem czytamy na wiki, że oni naprawdę TO zrobili! Ale trzeba to jeszcze jakoś sensownie pokazać. I Affleckowi się udało. Nie powiem, że „Argo” jest filmem doskonałym, ale DOBRYM w pełni tego słowa znaczeniu.

argo2

„Argo, fuck yourself!”

Dobrze się to ogląda. Solidny warsztatowo, z ciekawą grą aktorską. Brodaty Ben Affleck, do tego świetny duet Alan Arkin – John Goodman, a dla fanów „Breaking Bad” w tle Bryan, do tego świetne dialogi. Fakt, byliśmy z Rybką jedynymi, którzy śmiali się z tekstu o Marksie (i na końcu prawie biliśmy brawo, jak zobaczyliśmy nad łóżkiem syna głównego bohatera figurki z „Gwiezdnych Wojen”, ale to nie znaczy, że jesteśmy dziwni!) I ten nieprzetłumaczalny kalambur na samym końcu:

– President says that you’re a true American…

– American what?

– He didn’t say…

Niektórzy kręcą nosem, że niby thriller, czekamy na wielki finał, ale koniec końców nie jest on aż tak szokujący. Spodziwamy się czegoś więcej i zostaje niedosyt. Nie zgadzam się. Nie ten film, nie te oczekiwania. Chcecie rozwałki to zobaczcie sobie indonezyjski „Raid”, reklamowany  jako „30 pięter chaosu”. Affleck bierze na tapetę prawdziwą historię, wiadomo – w jednym filmie nie nakreśli całego skomplikowanego konstekstu społeczno-politycznego, ale stara sie trzymać faktów.

Zatem: w Iranie wybuchła w 1979 r. rewolucja. Sytuacja – jak to w przypadku porządnej rewolucji – wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli, nastał chaos  i anarchia. W tym bezładnym szleństwie rewolucyjnego impetu pojawił się pomysł, by okupować amerykańską ambasadę. I to – jak się okazało – nie na tydzień czy miesiąc. Okupacja ambasady w Teheranie trwała aż 444 dni i przeszła do historii pod nazwą Iran hostage crisis.

[Nawias – koleżanka podrzuciła mi film „444” – irański dokument o pomysłodawcach całej akcji okupacji. Na samym początku pomysł przedstawiono m.in. Ahmadineżadowi, wówczas studentowi (obecnenie prezydent Iranu),który odrzucił go, uważająć, że raczej należy okupować ambasadę radzieckich ateistów. W końcu wygrała polityka – okupacja amerykańskiej ambasady była wyrazem gniewu Irańczyków na politykę USA, które wiernie wspierały krwawy reżim szaha.]

Przyznajcie sami – trochę głupia sprawa dla jednego z dwóch światowych mocarstw, by dać sobie zrobić taki afront. tym bardziej, że w Moskwie tylko czekają na taki akt słabości. Doskonały pretekst by ośmieszyć wroga, który nie potrafi się zaopiekować swoimi obywatelami. Oczywiście w USA  podjęto próbę uwolnienia zakładników. Carter zezwolił na posłanie sześciu helikopterów z komandosami, jednak jeden się rozbił po drodze, a w drugim padła hydraulika i trzeba było przerwać misję.

Argo, film of the week

„You did well, Ben!”

O tym w 1980 r. było wiadomo. Carter przyznał się do porażki, tym bardziej bolesnej, że była szansa na uratowanie prezydentury. A tak przegrał z przebojowym Republikaninem Reaganem. Tymczasem dopiero pod koniec lat 90., Clinton odtajnił akta dotyczące tego, o czym opowiada fabuła „Operacji Argo”. Okazało się bowiem, że sześciu pracowników ambasady zbiegło do placówki dyplomatycznej Kanady. Wiadomo było, że nie będą mogli się tam ukrywać wiecznie. I opracowano szleńczy plan uwolnienia. CIA wymyśliło, by sprzedać Irańczykom następującą bajkę: Hollywood kręci w Iranie film si-fi, przy którym pracuje kanadyjska ekipa (nasi ucieknierzy). Całą akcję trzeba było oczywiście misternie zaplanować, a zajął się tym agent Tony Mendes (Ben Affleck), który miał za zadane wyciągnąć dyplomatów z Iranu.

W całej historii najważniejszy jest mały epizod, który najpełniej rozwiązuje problem kontekstu, w jakim powstaje film. „Operacja Argo” łatwo mogłaby się bowiem stać elementem politycznej histerii – już nie wnikam w to, na ile słusznej – związanej z obecnymi posunięciami reżimu w Teheranie. Ot, przypomijmy światu, kto nim tak naprawdę rządzi (rządził) i wskażmy wroga. Jasne, po wyjściu z kina każdy zazdrości Amerykanom CIA, Bena Afflecka i „Gwiezdnych Wojen”, ale Affleckowi udaje się uniknąć jednostronności, nadmiernego patosu i moralizatorstwa.

W uwolnieniu zakładników, kluczową rolę gra młoda irańska dziewczyna, pokojówka w kanadyjskiej ambasadzie. Wie kim są „goście” ambasadora, ale decyduje się okłamać indagujących ją przedstawicieli władz rewolucyjnych. Dzięki jej dyskrecji i odwadze, cała akcja ma szansę się powieść. Choć pomysłodawcą i wykonawcą całej akcji był Tony Mendes, to bez jej milczenia nie byłoby mowy sukcesie. Gdy Amerykanie cieszą się na pokładzie samolotu, na którym można już spożywać alkohol, dziewczyna wraz z tłumem ucieknierów przekracza kranicę Iranu. Happy end z delikatną nutką goryczy, nie pozwalający zapomnieć, że świat nie jest czarno-biały. Kolejny powód, by Was bez wyrzutów sumienia wygonić do kina.

Reasumując – brawa dla Afflecka, DOBRY film, me gusta!

(Ale Oskar chyba jednak dla Spielberga…)

Słoń