Dobry film: Blue Jasmine

Blue Jasmine

USA 2013

reż. i scen. Woody Allen

wyk: Cate Blanchett, Sally Hawkins

Film zaczęliśmy oglądać z pewnym niepokojem. Jak już weszliśmy do sali kinowej okazało się, że choć zwykle mamy  dość podobny gust (do tego stopnia, że tego dnia byliśmy przypadkiem ubrani TAK SAMO), to Współautor nie przepada za Woodym Allenem, podczas gdy Współautorka bardzo jego filmy i opowiadania lubi. Co gorsza, Współautor zaczął wyrzekać jakim to złym filmem jest „O północy w Paryżu”, na co Współautorka zasugerowała podle, że Współautor jest za mało oczytany by móc w pełni docenić ten DOBRY jej zdaniem film. Podczas reklam siedzieliśmy w tym naszym trzecim czy drugim rzędzie łypiąc na siebie złowrogo (podobieństwo stroju musiało dodać tej sytuacji śmieszności), a przyszłość tego bloga wisiała na włosku. Na szczęście wkrótce się zaczęło i znów zapanowała między nami zgoda — śmialiśmy się przez łzy, wymienialiśmy się spostrzeżeniami, docenialiśmy wspaniałą Sally Hawkins i nawet sceptyczny współautor mamrotał pochwały — film bardzo się podobał nam obojgu.

„Blue Jasmine” (litewski tytuł: „Dzesmina”) to coś pomiędzy absurdalnymi komediami Allena z lat sześćdziesiątych, społeczną krytyką amerykańskiego „upper-middle class” widzianą w większości jego „nowojorskich” dzieł, a nowszymi, bardziej czarnymi i poważnymi filmami jak „Sen Kasandry”. Przesłanie filmu jest, jak to określił udobruchany Współautor „strasznie lewackie”: zgniła amerykańska „elita” to grono dwulicowych, wyrzucających pieniądze w błoto egoistów, a prosty plebs może i jest głośny i mało dystyngowany, może wyrywa telefony ze ściany i urządza sceny w supermarkecie, ale ma większą szansę na znalezienie szczęścia i ma większe zasady moralne. Jak zwykle u Allena, bohaterowie (ze wszystkich „klas”) są tak uroczo neurotyczni, że nie można nie pałać do nich sympatią, mimo, że mają oni dużo, oj dużo wad.

Tym razem Woody Allen zostaje za kamerą, a jego rolę głównego neurotyka-egoisty przejmuje Cate Blanchett, która  w wspaniały sposób przez cały film powoli dostaje rozstroju psychicznego, przez co uśmiech zamiera nam na ustach, a jeśli się śmiejemy, to przez łzy. Blanchett gra tytułową Jasmine (a.k.a. Janette), rozpieszczoną byłą panią na salonach, która straciła fortunę jak przekręty finansowe jej męża-bogacza wyszły na jaw. Jej postać przypomina Blanche z „Tramwaju zwanego pożądaniem” — pozornie dystyngowana dama gardząca „nizinami społecznymi” (i szwagrami), mająca pewną rysę na charakterze. Jednak najlepiej się spisała Sally Hawkins*, która w mistrzowski sposób zagrała siostrę Jasmine, należącą do, powiedzmy, amerykańskiego „working class” (w wyobrażeniu artystycznych nowojorskich elit). Jej akcent, jej stroje, jej gra aktorska — Hawkins kradła każdą scenę w której występowała.

Co tu więcej pisać — DOBRY film, chyba mój ulubiony współczesny Allen od czasu „Whatever Works” (w Polsce znany jako „Co nas kręci, co nas podnieca”). Co prawda właśnie znika z kin, więc się pospieszcie. Jeśli nie zdążycie, to jak wyjdzie na DVD to możecie spokojnie umieścić „Blue Jasmine” w liście do Świętego Mikołaja.

Rybka

*Do której Współautorka się wreszcie przekonała po ZŁEJ adaptacji „Perswazji”, w której Hawkins była jedną ze stron w najmniej estetycznym pocałunku w historii brytyjskiej telewizji.

Kochankowie z księżyca – bardzo DOBRY film

„I’m going to find a tree to chop down”

„Moonrise Kingdom”

USA 2012

reż. Wes Anderson

Jared Gilman, Kara Hayward, Bill Murray

Jako, że od dawna jestem wierną fanką Wesa Andersona i Billa Murraya, moja pochwała tego filmu może  nie być uznana za obiektywną. Jednak to Słoń  stwierdził, że „Moonrise Kingdom” jest „klasycznym przykładem DOBREGO filmu”, a był on do tego stopnia nie zaznajomiony z twórczością tego reżysera, że aż do rozpoczęcia seansu drżał, że zmusiłam go na pójście na coś w stylu „Zmierzchu”.

Jak zwykle u Andersona, obsada jest cudownie dobrana. Poza tymi, co w jego filmach pojawiali się już wielokrotnie (Murray, Schwartzman), doszło kilka „nowych” twarzy (Tilda Swinton, Frances McDormand, Bruce Willis, Bob Balaban), z których większość zagra zresztą w „The Grand Budapest Hotel” tegoż pana (i jeszcze dojdzie do nich Jude Law!). Mimo tak wspaniałych dorosłych, największą rolę odgrywa tu banda utalentowanych dzieci. Myślę, że z parą głównych bohaterów (Jaredem Gilmanem i Karą Hayward) będzie tak samo jak z Jasonem Schwarzmanem, któremu karierę otwarł nastoletni debiut w „Rushmore” (jak nie widzieliście, to koniecznie obejrzyjcie!).

Film jest wizualnie śliczny, każdy szczegół jest starannie dopracowany, od książek ukradzionych przez bohaterkę z biblioteki, przez obozowisko, do najmniejszych brożek, przypinek i przyszywek sprawności na mundurach skautów (warto tu wspomnieć, że kostiumy są autorstwa naszej rodaczki, Kasi Walickiej-Maimone). Ta dbałość o szczegóły przy ujęciach, scenografii i strojach przy jednoczesnym uniknięciu przestylizowania, przenosi się na sposób wypowiadania kwestii (idealny „timing”) i grę aktorów w ogóle, jak też na dobór muzyki.

Ten na pozór cukierkowy, z początku bardzo eskapistyczny, film pokazuje dwa światy: tak smutny, że aż śmieszny świat dorosłych i albo nudny, albo zaskakująco pełen przemocy świat dzieci*. Para bohaterów próbuje uciec od tego wszystkiego. Dorośli próbują ich „uratować”, chociaż to oni bardziej potrzebują pomocy. Wszyscy są „outsiderami”, którzy jednak różnie znoszą zjednoczenie — czy to z własnej, czy z przymuszonej woli. Tym, co chroni dzieci (i, jak się okazuje, nie tylko chodzi tu o główną parę) przed groteskowym smutkiem starszych jest naiwność, ale też pewien wytrwały idealizm, którego dorośli nie rozumieją. Anderson błyskotliwie łączy komizm i ironię z powagą i pewną sympatią do wszystkich bohaterów. Śmiejemy się, jak smutny Bruce Willis – ciapowaty policjant nalewa dwunastolatkowi piwa do szklanki po mleku podczas wykładu o odpowiedzialności, ale jest nam go w sumie żal. „Moonrise Kingdom” , jak nie tylko inne filmy Andersona, ale i „Miłość Larsa” (czy bardziej „mainstreamowy” „Poradnik pozytywnego myślenia„)  jest –w pozytywnym tego słowa znaczeniu– DZIWACZNY (ang. quirky). Śmieszy, ale nie prześmiewa; wzrusza, ale bez łzawego sentymentalizmu.

Rybka

*Według mnie, najbardziej realistyczni są chłopcy. Scena, gdy uzbrojeni po zęby skauci suną do boju przypomniała mi moje harcerskie czasy. Wiele lat temu, na obozie letnim, mój zastęp miał za zadanie wykraść w nocy trochę jedzenia z namiotu-magazynu. Niestety, przyuważyła nas warta i w pogoń za nami rzuciła się banda dwunastolatków z maczetami.

Wiem, że dużo tych zdjęć, ale nie mogłam się oprzeć. Ładny kadr, a do tego smutny harcmistrz Edward Norton.