DOBRY film: Ani słowa więcej

źródło: salon.com

źródło: salon.com

Enough Said

USA 2013

reż. i scen. Nicole Holofcener

wyk. Julia Louis-Dreyfus, James Gandolfini

Są filmy, które chce się obejrzeć jak tylko się dowie kto w nich gra, jeszcze zanim zna się zarys fabuły. Tak miałam, jak tylko usłyszałam, że w „Ani słowa więcej” gra Julia Louis-Dreyfus, czyli kobieta o imponującym zapleczu min, a do tego, że towarzyszy jej śp. James Gandolfini (który w tym filmie — na szczęście dla wszystkich bohaterów — nie przypomina Toniego Soprano). Wyciągnęłam więc kuzynkę z ciepłego domku w piątek trzynastego i przegnałam przez wietrzny i śmierdzący spalonym gołąbkiem (tym kapuścianym), zakiermaszony Rynek do kina, gdzie siedziałyśmy w trzynastym rzędzie.

Gdzieś czytałam, że „Ani słowa więcej” to komedia romantyczna. Na pewnej imprezie masażystka Eva (Dreyfus) poznaje Alberta z którym zaczyna się spotykać. Oboje są rodzicami córek, które zaraz mają wyjechać na studia, oboje przeżywają zbliżającą się rozłąkę. Na tym samym przyjęciu Eve poznaje poetkę Marianne (Keener), którą masuje i z którą się zaprzyjaźnia, a raczej staje się wysłuchiwaczką wyrzekań na byłego męża. Oczywiście łatwo się domyślić, kto okazuje się tym byłym mężem.

Czytaj dalej

DOBRY film: What Maisie Knew

„What Maisie Knew”

USA 2012

reż. Scott McGehee, David Siegel

 sc. Nancy Doyle, Carroll Cartwright (na podst. powieści Henry’ego Jamesa)

wyk. Onata Aprile, Julianne Moore, Alexander Skarsgård, Joanna Vanderham, Steve
Coogan

Pozdrawiam Was z Włoch. Być może do miejsca mojego pobytu bardziej pasowałaby recenzja „Pokoju z widokiem”, jednak modernizacja powieści (czy raczej części powieści) Henry’ego Jamesa poniekąd też jest aktualna — w końcu to Italię pisarz ten stawiał za przykład europejskiego zepsucia. 

Ale nie w „What Maisie Knew”: książka opisuje dzieje dziecka postawionego pomiędzy dwójką nie mogących się dogadać rodziców, będącego nawet nie stawką, ale narzędziem w grze „kto komu zrobi bardziej na złość” — łatwiej jest to sobie wyobrazić jako coś napisanego nie tak dawno, a nie w 1897 roku. Henry James był jednym z pierwszych pisarzy, którzy zwrócili uwagę na sytuację dziecka w przypadku rozwodu rodziców, był prekursorem tych wszystkich wszystkich Kramerów i Baumbachów.

Twórcy filmu nie mieli wielu problemów z modernizacją — wycieli jedną ważną bohaterkę, przenieśli akcję z Londynu do Nowego Jorku, zakończyli film tam, gdzie książka robi się nudna. Zakończenie jest równie nieprzewidywalne, choć — w związku ze zmianami — inne (świadomość tego, co będzie może sprawić, że ci co mają lekturę za sobą trochę inaczej odbiorą film). Sam szkielet historii jest bardzo Jamesowski, zachowany jest punkt widzenia dziecka, a moim zdaniem sami rodzice są lepiej zarysowani niż w oryginale. Tu matka (Julianne Moore) jest starzejącą się rockmanką (rockwomanką?), która kocha córkę, choć za diabła nie wie, jak się nią zająć i zapłaci każdą cenę, by wskrzesić karierę, a zabiegany papa (Steve Coogan — człowiek posiadający fisjognomię która sama prosi  by go obsadzić w roli pacana) trochę się dziecka boi a raczej ucieka jak może przed odpowiedzialnością i radzi sobie z nim równie źle jak matka, ale jakoś mu na Maisie zależy. Książkowi rodzice mają małą gdzieś, głównie się nienawidzą i cudzołożą z kim popadnie (James z jakiegoś powodu strasznie potępia cudzołożników). Filmowi rodzice też się nienawidzą, jednak kochają dziecko — na swój sposób. Potem na arenę wkracza nowa macocha (Joanna Vanderham) oraz wysoki blond ojczym (Alexander Skarsgård, który tu wcale nie jest wampirem). 

Autorka nie zazdrości bohaterce sytuacji rodzinnej, jednak chciałaby mieć tak wypasione ciuchy jak Maisie. Też chcę mieć sukienkę w ryby!

Utrzymany z punktu widzenia małej dziewczynki, film w ciekawy sposób ukazuje historię dziecka, które jakoś dobrze sobie radzi w ciągle zmieniającym się, chaotycznym życiu nieznoszących się rodziców, lecz które potrzebuje ciepła i miłości. Coś, co mogło być ckliwym wyciskaczem łez wyszło niebanalnie, z bardzo dobrym wyczuciem i równowagą tego co smutne,  tego co urocze, co śmieszne i co okropne, a różne relacje Maisie z poszczególnymi dorosłymi, jej dostosowywanie się do sytuacji i nastrojów zostały świetnie oddane przez małą (siedmioletnią?) Onatę Aprile.

Polecam, niezależnie czy się czytało powieść czy nie. No dobra, zawsze radzę przeczytać książkę, ale tym razem równie dobrze można to zrobić po obejrzeniu filmu.

Ryba

A, wsadzam i zwiastun:

DOBRY film: The Squid and the Whale

Film ten po polsku nazywa się „Walka żywiołów”, jak gdyby dystrybutor nie obejrzał filmu i uznał, że „Kałamarnica i wieloryb” było zbyt enigmatycznie. A to pomimo faktu, że po obejrzeniu każdy będzie wiedział, dlaczego tak to się nazywa, a trochę tajemniczości jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. Postanowiłam zbojkotować polski tytuł — wolno mi, mój blog, a Współautor gdzieś hasa bez internetu.

Czytaj dalej