DOBRE, inne Gwiezdne Wojny: Łotr 1

rogue-one-a-star-wars-story-felicity-jones-diego-luna.jpg

Robot-pudełko kontratakuje!

Gdy okazało się, że żartobliwe przewidywania Współautorki stały się faktem i disneyowski spin-off ze świata Gwiezdnych Wojen naprawdę  w Polsce nazywa się „Łotr 1” rozległy się śmichy, chichy i obawy (Ryba w sumie go lubi…). Zeszłoroczne „Przebudzenie Mocy” było o wiele bardziej wyczekiwanym tytułem, ze świetnym aktorstwem i postaciami, ale coś szwankowało na poziomie scenariusza, który był miksem IV i V epizodu (Współautorowi to przeszkadza… Współautorce nie :P). „Łotr” jest filmem dobrym, ładnie nawiązującym do całej sagi, z cudownymi krajobrazami i fantastycznym zakończeniem. Czy jest to jednak film DOBRY dla wszystkich tych, którzy nie reagowali ekstatycznie na fakt, że pilotami X-wingów, jest ta sama ekipa co prowadziła je w IV epizodzie, a rolę komandora Imperium Moffa Tarkina grał facet, który nie żyje od 22 lat?  Recenzja wspólna. Z małą kością niezgody.

[Drobniuśkie spoilery do Epizodów IV-VIII, co do Łotra nie wychodzimy poza to, co widać w zwiastunie]

Czytaj dalej

ZŁY film: Jason Bourne

teaser-trailer.com

Matt Damon nie wystąpił w czwartym filmie z cyklu o superagencie Jasonie Bourne. „Dziedzictwo Bourne’a” z 2012 r. było słabe i mocno naciągane, nie pomógł ani Edward Norton, ani Jeremy Renner (ok, wyzłośliwiam się trochę z Rennerem, bo bardziej mi on pasuje w rolach niefortunnych bohaterów niż sjerjoznych zabijaków…). Kiedy zatem okazało się, że Matt Damon wraca, pojawiła się nadzieja, wsparta obiecującym zwiastunem. Niestety, najnowsza produkcja inspirowana prozą Roberta Ludluma jest potrawą wyjątkowo ciężkostrawną, a plask dłoni opadającej na moje czoło po seansie, jaki wyjątkowo głośno rozszedł się po sali kinowej, niech będzie najlepszym świadectwem tego, co musiałem przeżyć… 

Czytaj dalej

DOBRY film: Wolny Strzelec

Z trzech filmów z Jakem Gyllenhaalem, jakie miałem przyjemność oglądać w tym roku (obok niniejszego obrazu pisałem o przekombinowanym „Wrogu” oraz DOBRYM „Labiryncie”), ten jest zdecydowanie najciekawszy. I kto wie, czy rola psychopatycznego freelancera nie jest najlepszą rolą w życiu 34-letniego aktora. Gyllenhaal, jako tytułowy wolny strzelec, wreszcie ma szansę by pokazać co umie, kreując złożoną postać — koniec końców: demonicznego — bohatera. Przekonujące, dające do myślenia, zapadające w pamięć i niepokojące kino z wyrazistymi postaciami, przesłaniem i mocnym finałem.

Czytaj dalej

Dobry film: Uznany za fundamentalistę

Źródło: o.canada.com

Źródło: o.canada.com

The Reluctant Fundamentalist

USA, Wielka Brytania, Katar, 2012

reż. Mira Nair

scen. Ami Boghani, Mohsin Hamid, William Wheeler

wyk. Riz Ahmed, Liev Schreiber, Kate Hudson

Lahore, Pakistan, 2011 rok. Bobby Lincoln (Liev Schreiber), amerykański pisarz, ma do obgadania sprawę z wykładowcą miejscowego uniwersytetu — Changezem Khanem (Riz Ahmed). Khan pracował na jednej uczelni z amerykańskim profesorem, Anse Rainierem porwanym zeszłej nocy. Bobby jest przekonany, że Khan pomoże mu odnaleźć zgubę, tym bardziej, iż uniwersytet na którym pracuje przyciąga element — nazwijmy to — patriotyczny.

Changez nie jest głupkiem i szybko orientuje się o co tak naprawdę chodzi. Lincoln pracuje dla C.I.A. Niewinna z początku rozmowa, staje się dla Khana okazją, by jasno określić swój skomplikowany stosunek wobec Ameryki, co sprowadza się do dłuższej opowieści o jego pobycie w USA. W miarę upływu czasu sytuacja robi się jednak coraz bardziej napięta. Przed kafeją, w której rozmawiają Amerykanin i Pakistańczyk zbiera się tłum, zaś C.I.A. coraz bardziej naciska na Bobbiego, by ten w końcu wyciągnął od Khana jakieś informacje…

Czytaj dalej

Triszna. Pragnienie Miłości: DOBRY FILM

triszna

„Triszna. Pragnienie miłości”

Wielka Brytania, 2011

reż. Michael Winterbottom

Freida Pinto, Riz Ahmed

Trochę dziwna sprawa z recenzją tego filmu się zrobiła, może nawet niezręczna, komplikująca całą sprawę bardziej niż zwykle. Ot, książkę, na podstawie której powstał ten obraz czytała… współautorka tego bloga (że zacytuję: „Tess of the d’Urbervilles” była najweselszą i najoptymistyczniejszą książką z mojej listy lektur na literaturę brytyjską 1800-1940 na drugim roku*), której się pochwaliłem, na jaki to film się samotnie wybrałem.

Czy to dobrze, czy źle? Ja uważam, że dobrze. Fan książki zawsze postrzega film przez pryzmat pierwowzoru literackiego. Opętani tolkienowską manią liczą guziki w kufajce hobbitów, a kolega – fan Paktofoniki – zrzymał się podczas oglądania „Jesteś Bogiem”, że Magik mieszkał na dziewiątym, a nie dziesiątym piętrze. (Czy na odwrót.) Film, jego DOBRO i ZŁO schodzi na drugi plan w obliczu konfrontacji z książką. Nie zakładam oczywiście, że Ryba trułaby cały seans o zbrodni dokonanej na szlachetnym utworze, a recenzja zdominowana byłaby wyliczanką, gdzie i jak film odbiega od książki**. W tym przypadku ignorancja gra na korzyść recenzenta.

Los jednak zechciał, że to ja – wolny od obrazów w mojej głowie, jakie stworzyłaby lektura książki – wybrałem się na projekcję nowego-starego filmu Michaela Winterbottoma. Nowego – bo film teraz wszedł do polskich kin, starego – bo ma już dwa lata.

Z tego co się zorientowałem, Winterbottom dosyć lekko podszedł do tematyki, ograniczając liczbę bohaterek*** (z dwóch do jednej) i przenosząc akcję do… Indii. Wyszedł z tego może nieco przydługawy, ale jednak frapujący case-study związku młodego, bogatego chłopca z wiejską, biedną dziewczyną. Zaczyna się, ot jak w porządnym love-story: on z kumplami jest na wakacjach w Radżastanie (domyslamy się, że to jakiś egzotyczny koniec świata), przechadzając się po świątyni łapie ją wzrokiem, potem spotyka na party w hotelu, choć musi wrócić do hotelu ojca milion kilometrów dalej, to ratuje ją w potrzebie i ściąga do siebie. Wybucha miłość, po drodze mały kryzys, ale dają radę i życie się jakoś toczy. Potem stabilizacja, szczęście, ale do końca filmu jest jeszcze trochę czasu, więc nie umrzemy z nudów. Całości nie zdradzę, bo nie o to chodzi, ale do końca nie wiemy, czy będzie happy-end czy dramat. Bardzo lubię historie opowiadane w taki sposób, że ich autor do samego końca zachowuje wolność decyzji w kwestii tego, jak całą fabułę rozwiązać.

Tytułową Trisznę (Freida Pinto), urodzą dziewką z Radżastanu kojarzymy ze „Slumdoga. Milioner z ulicy”. Dziwny jestem, bo choć młódka urokliwa, to dowiedziałem się o tym już po filmie. Skojarzyłem za to od razu Rizę Ahmeda. Facet popisowo zagrał przytępawego islamskiego terrorystę w genialnej brytyjskiej komedii „Cztery Lwy”, gdzie bez ceregieli naśmiewano się z absurdów politycznego dżihadu (polecam trajler, no nie wierzę, że nie uśmiejecie się przy scenie odpalania bazuki w złą stronę czy zaprzęganie kruków w służbę świętej wojny!) W „Trisznie…” gra już poważnie, ale nadal miło się go ogląda. Facet jest zdolny, gdzieś mi mignęła informacja, że jest wschodzącą gwiazda kina indyjskiego.

„Triszna…” ogólnie oceniana jest jako film „niezły”. Jeden z recenzentów – że powrócę do początku tego posta – zżymał się na fakt, iż historia trochę nie trzyma się kupy. Bo co właściwie spowodowało, że ze słodkiej i niemal bajkowej opowieści o miłości robi się coraz mocniejsze studium zniewolenia i dominacji? Uważam, że jest to zarzut niesłuszny, podyktowany jednak w dużej mierze oczekiwaniami zrodzonymi po lekturze książki. „Triszna…” nie jest dziełem spektakularnym, ale sprawnie i przekonująco zmontowanym dramatem o miłości między dwoma ludźmi z kompletnie innych światów.

DOBRA propozycja na randkę, chociaż zastanawiam się, ile par pokłóci się o postępowanie głównych bohaterów. „Głupia idiotka” kontra „typowy męski despota”? Ale wierzę w to, że „Triszna…” jest obrazem na tyle wielowymiarowym, że uda się uniknąć takich scysji, a wieczór – pomimo paskudnej pogody za oknem – zaliczymy do udanych.

Już kończąc – czy naprawdę dochodzimy do momentu, kiedy kończą nam się pomysły na tytuły? Przed seansem miałem przyjemność wysłuchać prelekcji na temat roli pragnienia w filozofii indyjskiej, jednak przy całym szacunku dla ideologicznej głębi, którą chcieli przekazać tłumacze, naprawdę nie znalazł się w okolicy nikt, kto wskazałby im, że chyba już kiedyś coś było w polskich kinach o pragnieniu miłości? Tyleż do kobiety, co fortepianu…

Słoń

Przypisy Ryby:

*Ktokolwiek miał w ręku książkę, widział ten film, czy tysiące „kanonicznych” adaptacji (z „Tess” Polańskiego na czele) potrafi sobie wyobrazić jak optymistyczną i pogodną literaturą IFA UJ karmi dusze swych studentów.

**A spróbowałbyś tylko!

***I tu ignorancja recenzenta wychodzi na jaw! W „Tess of D’Urbevilles” jest jedna nieszczęsnaTess, lecz dwóch facetów. Jeden wstrętny, bogaty Alec i jeden niby dobry, ale strasznie ciućmowaty Angel Claire (TAK, nazywa się ANGEL CLAIRE, czyli, „Czysty/Przejrzysty Anioł”. Naprawdę, tutaj Hardy się za bardzo nie wysilił chcąc mieć „symbolikę imion”…

Rybka