DOBRY film: Mister Lonely

Mister Lonely

Wielka Brytania, Francja, Irlandia, USA 2007

reż. Harmony Korine

wyk. Diego Luna, Samanta Morton, Denis Lavant, Walter Herzog

Film ten poleciła Czytelniczka Pola. Ufam Czytelniczce Poli, gdyż mamy podobny gust muzyczny i filmowy, ale nie spodziewałam się czegoś takiego.

Jest to film bardzo dziwny.

Główny wątek stanowi historia młodego sobowtóra Michaela Jordana (impersonatora? Jak to się po Polsku nazywa?), który poznaje na jednym z występów „Marlyn Monroe” i jedzie do z nią do Szkocji, do swego rodzaju komuny sobowtórów, prowadzonej przez „Merlyn” i jej męża „Charliego Chaplina” . Spotkamy tam też między innymi cudownie przeklinającego na traktorze”Abrahama Lincolna”, „Królową Elżbietę”, „Papieża” (raczej chodzi o Benedykta), „Madonnę” i córkę „Merlyn” i „Chaplina” — małą „Shirley Temple”. W tej komunie „Michael” po raz pierwszy jest „wśród swoich”, choć nikt tam przecież nie jest sobą — ani nie wie kim jest. Należy pamiętać, że Michael Jackson zmarł dopiero dwa lata po nakręceniu „Mister Lonely’ego”. To, że „pierwowzór-celebryta” głównego bohatera jeszcze żyje i nie wiadomo co z nim będzie to bardzo ważny element historii.

Mniejszy wątek, to wątek latających zakonnic i księdza – Waltera Herzoga który ma im towarzyszyć w drodze z misji w Afryce do Watykanu.

Już z samego zarysu fabuły można się domyśleć, że jedną  z cech tego filmu jest dziwaczność. Korine stąpa po grząskim gruncie — mało brakowało, a film ten byłby kolejnym przykładem przeintelektualizowanego, przeestetyzowanego kiczu  — jak to  się stało w przypadku „Po drugiej stronie snu„. Choć chwilami lekko przesadza (gadające pisanki, serio?), całość jest tak zgrabnie złożona, tak pięknie nakręcona, tak dobrze zagrana i z tak cudownie dobraną muzyką*, że widz (przynajmnej ten) daje się wciągnąć w magiczną atmosferę tego filmu i z radością kupuje wszechpanującą „dziwaczność”.

Tak jak Daly w „Po drugiej stronie snu”, Korine przygląda się uczuciu samotniości, niezrozumienia, „inności”. Jednak w przeciwieństwie do „Snu”, „Mister Lonely” nie traktuje się zbyt poważnie. Jest tu połączenie subtelnego komizmu i pewien tragiczny optymizm. Nie jest to film, któryspodoba się każdemu, ale posiada on pewien specyficzny, dziwaczny urok.

Rybka

*Chyba to przez to dogranie muzyki i koloru do atmosfery kolejnych scen ten film jest nie tylko ŁADNY ale i DOBRY.

Wiem, wiem, że to dużo zdjęć! Ale to taki ŁADNY film, że nie mogłam się powstrzymać. A to ujęcie jest urocze.

ZŁY FILM: Po drugiej stronie snu

The other side of sleep

Irlandia, Holandia, Węgry 2011

reż. Rebecca Daly

wyk. Antonia Campbell-Hughes, Sam Keeley

Było ciemno, zimno,  burza, ulewa. Mieliśmy iść pod Barany na „Drugie Oblicze” (w końcu Gosling dobry na każdą pogodę…), ale z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie dotarliśmy na czas, więc wybraliśmy się (mokrzy) do ARSu. A tam zamiast „Drugiego oblicza” „Po drugiej stronie snu*”. Chwilę zastanawialiśmy się co wybrać — ale  nie mieliśmy większego wyboru. Z jakiegoś dziwnego powodu właściwie żaden seans nie zaczyna się pomiędzy 19:10 a 21:00. A lało, więc uznaliśmy, że wybierzemy się na film Rebeki Daly, zwłaszcza, że Współautora zaintrygował plakat. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak zbliżymy się do tytułowego snu…

Wszystko zaczyna się w lesie. Ten las to najlepsza część tego filmu. Nie ma to jak drzewa, śpiew ptaków, dywan z mchu. Na nim leżą dwie biało odziane irlandzkie dziewki. Jedna nie żyje, druga się budzi i za diabła nie wie co się stało. Mimo obiecującego początku, film (który mógłby być ciekawy, zwłaszcza gdyby był krótszy) wpada w pułapkę w którą wpada wiele filmów niezależnych** — próbuje oddać nudę i bezsens życia tak dobrze, że sam staje się nudny i bezsensowny.  Jest mycie zębów, jest wpatrywanie się w szybę z tępą miną, jest pijąca młodzież bez perspektyw. Klisze, klisze, klisze.  Co miało być głębokie, wyszło wtórne. Większość kadrów przedstawia cierpiętniczą minę bohaterki, albo tył głowy mytej pod kranem (jakiś product placement, czy co?). Główne dźwięki to jęki, płacz i dyszenie. Ale dla mnie jako anglistki była uciecha, bo jeśli ktoś mówił to słodkim irlandzkim akcentem.

Niestety, napięcie zbudowane w pierwszych dwudziestu minutach prędko ulatnia się, do tego stopnia, że jeszcze przed połową filmu Współautor zasnął i spał dość długo, aż nie obudził go trzask tłuczonych talerzy (który, zdaje się, wybudził większą część widowni). Ja nie zasnęłam tylko dlatego, że byłam po trzech kawach i — olaboga! — dlatego to ja piszę tę recenzję.

Ten film byłby lepszy, gdyby był krótkometrażowy.  Wszystko, co trzeba o nim wiedzieć jest w trailerze (jest tam też moja ulubiona scena — ciągnięcie za nogę  martwej kozy przez pastwisko nocą).

Rybka

*OK — to trochę moja wina, bo to ja sprawdzałam repertuar i byłam pewna, że w ARSie o 19.20 grali to z Goslingiem — każdy może się pomylić! Te tytuły są podobne!

**Wbrew pozorom bardzo lubię kino niezależne. Wolę niskobudżetowe produkcje — już niedługo dwie recenzje DOBRYCH filmów „indie”, a w jednym też się nic właściwie nie dzieje…