ZŁY Film: JOBS

steve-jobs-movie-jobs2013-poster-ashton-kutcher-jobs-movie-official-movie-poster-jobs-movie-pictures-jobs-2013-movie-stills

„Jobs”

USA, 2013

reż. Joshua Michael Stern, sc. Matt Whiteley

wyk. Ashton Kutcher, Josh Gad,

Kinowe adaptacje historii wielkich osobowości to ciężka sprawa. Wiadomo – na wstępie poprzeczka podniesiona jest nieco wyżej, bo zawsze będziemy oczekiwać, że film swoją jakością zbliży się do formatu postaci, o której traktuje. Trzeba jakoś w miarę wiernie odtworzyć fakty, ale fajnie by było jeszcze wykazać się jakąś artystyczną inwencją, jeśli nie chcemy kręcić fabularyzowanych dokumentów, które ogląda młodzież na lekcjach historii w gimnazjum .

Takie filmy można zrealizować na dwa sposoby. Albo bierzemy na tapetę jedno wydarzenie z życia naszego bohatera i wokół tego konstruujemy całą fabułę, wzbogacając o jakieś elementy z przeszłości. Tak zrobił Besson z opowiastką o Aung San Suu Kyi („Lady”), gdzie punktem wyjścia do ukazania legendy birmańskiej opozycji były wydarzenia polityczne sprzed parudziesięciu lat i dramat, jakim była niemożność wzięcia udziału w pogrzebie męża. W przypadku oskarowego „Lincolna” wielkość najfajniejszego prezydenta USA pokazana została poprzez jego starania o zakończenie wojny secesyjnej i równoczesne przepchnięcie XIII poprawki do konstytucji.

Z drugiej strony można próbować ugryźć sprawę nieco bardziej (wybaczcie, magistra politologii mam, to się powyżywam) holistycznie. Pojście takie może dać niezłe rezultaty, szczególnie jak dodamy jeszcze takie szaleństwo, jak odgrywanie postaci głównego bohatera przez kilku aktorów, co przetestowano w biografii filmowej Dylana, granego przez Cate Blanchett (!), Heatha Ledgera i paru innych w „I’m not there”. Przy zakreśleniu sobie tak szerokiego tematu może jednak uciec od meritum. W natłoku wydarzeń zagubimy osobowość i uwikłamy ją w serię może i spektakularnych, ale zbyt licznych wydarzeń, z których w sumie nic nie wynika i bynajmniej nie łączą się w jakąś logiczną całość. A na pewno nie mamy wrażenia, że się czegoś dowiedzieliśmy bądź zrozumieliśmy. Klasycznym przykładem jest tutaj dla mnie iście katastrofalna „Żelazna Dama” – seria fantastycznych i spektakularnych dokonań, które wyciskają łzy prawicy na całym świecie („och, kto tak zajadle będzie teraz tępił związki zawodowe, nierobów i oszołmskich argentyńskich nacjonalistów z drugiego końca planety?”), ale poza tym nic więcej. I niewiele pomaga wybitna Maryl Streep.

Dokładnie ten sam błąd popełniono z „Jobsem”. Tylko tutaj akurat niewiele przeszkadza Ashton Kutcher.

Chłopak się akurat niemało stara no i trzeba mu przyznać – nie wychodzi to mu najgorzej. Według niektórych jest to jego „najlepsza rola ever”, no ale biorąc poprawkę na to, w jakich produkcjach na razie występował (ja go znam z „Amerykańskiego Ciacha”, gdzie poza pływaniem w basenie i uprawianiem seksu z kolejnymi utrzymankami musiał niewiele robić i tak głupiej i bezsensownej, że aż DOBREJ komedii „Stary gdzie moja bryka?”) to nie wiem, czy należy taką opinię traktować jako komplement. Sprawiedliwości trzeba oddać, że widać, iż solidnie przygotował się do roli, a i fizycznego podobieństwa nie odmówimy. Są to jednak lata świetlne od tego co wyczyniał Daniel Day-Lewis w „Lincolnie”. Fakt, że pod wieloma względami mniej znamy Lincolna (w końcu żył dwa wieki temu) niż współczesnego nam Jobsa, ale i tak różnicę między Kutsherem, a Day-Lewisem liczyć należy w latach świetlnych.

Jak jednak zaznaczyłem – największym problemem „Jobsa” jest ta kuriozalna chęć pokazania wszystkiego. Po co? Nie ma czasu na próbę zrozumienia bądź wyjaśnienia fenomenu do niedawna jednego z najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Skaczemy od jednego znanego z gazet/biografii Jobsa wydarzenia do drugiego. Od czasu do czasu nasz bohater wykaże się sprytem, inwencją twórczą, kreatywnością, bezczelnością, albo powie taką kwestię, że wiemy, że jest geniuszem, który zmieni świat. Raz jest zamyślonym i nieco socjopatycznym Einsteinem, raz psychopatą, kiedy indziej kochanym ojcem (a czasem mniej kochanym ojcem:), ale te wszystkie obrazy właściwie niewiele łączy i nic z nich nie wynika. Spod tego wszystkiego wyziera niestety dramatyczny brak koncepcji na to, o czym właściwie ma być ten film. O Jobsie (jak sugeruje tytuł), Apple’u, a może najbliższym współpracowniku tytułowego bohatera – Wozniaku? Który – przy okazji – jest najbardziej wyrazistą i intrygującą postacią filmu. Złośliwy – urzeczeni kreacją Josha Gada – komentowali, że woleli, by film nosił tytuł „Woz” i przyglądnął się jednej z najważniejszych postaci odpowiedzialnej za sukces Apple’a.

first-jobs-trailer

– Co robicie w tym garażu?
                                                 – Zmieniamy świat…
                                                  Źródło: media.idownloadblog.com

Twórcy dosyć często ratują się naiwnym tryumfalizmem i entuzjazem zbudowanym na pięknie tego, co robił i tworzył Jobs. Mam jednak wrażenie, że jest to bezczelne granie naszą świadomością – to nie film nas wzrusza, ale nasza świadomość, że facet był naprawdę osobowością na miarę największych innowatorów w historii (a przynajmniej tak się nam na razie wydaje. Za parę lat, kiedy zamkną internety, miejsce największych kłamców w historii (Freuda, Marksa i Nietzschego) zajmie cyfrowa trójca (Gates, Jobs, Zuckerberg) i nikt nawet nie będzie pamiętał o takich niszczących naszą psyche badziewiu jak smartfon czy facebook. Zobaczycie, tak będzie!).

Chciałoby się oczywiście powiedzieć, że jasne, jest jak jest, ale przynajmniej dobrze się to ogląda, a i muzyka jest fantastyczna. No, niestety – nie jest. Długaśne to przeraźliwie, co gorsza ścieżka dźwiękowa jest dosyć nachalna i jednak mało – co mnie bardzo zaskoczyło – inwencyjna. Jak cały film – pustka i dętka, którą jak najszybciej będziemy chcieli wywalić z pamięci.

Potwierdza się niestety, że czasem to życie pisze najbardziej pasjonujące historie.

Sorry Ashton. Ale się starałeś:)

Słoń

Dobry Film: W Cieniu

416155.1

Ve stínu koně

Czechy, Polska, Słowacja, 2013

reż. David Ondříček

wyk. Ivan Trojan, Sebastian Koch

Widzisz plakat filmowy. Pierwsze wrażenie – dobre. Podchodzisz, ogarniasz obsadę, reżysera; szczęściem dystrybutor przypomni Ci co reżyser wcześniej zrobił i wiesz, że to jest ten film, na który MUSISZ iść, nawet jak jesteś kompletnie i absolutnie spłukany. Dzień sprzyjał, pogoda paskudna, lało i było z 13 stopni. Ta listopadowa aura doskonale nastrajała do spędzenia wieczoru w kinie na zapowiadanym jako porządny, czarny kryminał z Czeskiej Republiki i to toczący się w latach 50.! „Rewers” w wykonaniu naszych południowych sąsiadów? Koniecznie!

Spodziewałem się czegoś powalającego. Tym bardziej, że dzieło zmontował sam David Ondříček – ten od „Samotnych” – moim zdaniem kwintesencji wszystkiego tego, z czym nam się kojarzy  czeskie kino – absurdalnego i nieco autystycznego humoru, podszytego egzystencjonalnym niepokojem i zagubieniem. W „Samotnych” jedną z głównych ról gra Ivan Trojan, który w dziele Ondříčka sprzed 13 lat wcielił się w postać Ondrieja – poważnego  i szanowanego lekarza, głowy rodziny, który popada w delikatną fiksację spotykając – niekoniecznie przypadkowo – na ulicy swoją dawną, niespełnioną miłość. Inną doskonałą kreacją aktora jest Stary Karamazow w „Braciach Karamazowa” Zelenki – kolejny doskonały czeski film, gdzie fabułę Dostojewskiego opleciono historią pewnej trupy teatralnej, a całość wciśnięto w postindustrialne przestrzenie Nowej Huty. Brzmi świetnie, jeszcze lepiej wygląda.

Trojan we „W cieniu” wcielił się z kolei w postać dedektywa Hakla. Rzecz dzieje się w Pradze w latach 50. Komuna szaleje już na całego, bezpieka roztacza macki kontroli i terroru, a wszyscy szykują się do reformy monetarnej, która ma ratować kulejącą gospodarkę nakazową, przy okazji pozbawiając szarych obywateli oszczędności życia. W takich okolicznościach Hakl musi rozwiązać zagadkę pewnego napadu rabunkowego. Szybko i sprawnie, jak po sznurku, dociera do szajki Syjonistów, która miała zamiar przekazać pieniądze Ameryce i Izraelowi. Jak to jednak bywa w dobrych kryminałach, okazuje się że sprawa p0szła trochę za łatwo i sprytny Hakl zaczyna węszyć. W trakcie prowadzonego na własną rękę śledztwa trafia na majora z NRD z podejrzanymi tatuażami, który nie do końca wiadomo w co i z kim gra; Urząd Ochrony Państwa, który nie wiedzieć czemu wpieprza się w sprawę kryminalną bynajmniej nie posuwając sprawy do przodu, oraz  całą większą kabałę, która w pewnym momencie zmusza do podjęcia dramatycznej decyzji…

I tak – pierwsza niespodzianka – nie jest to żaden „Rewers”, reżyser w żaden sposób nie kombinuje z formą, żadnych katastrofalnych czarno-białych taśm, Agaty Buzek i fabuły Andrzeja Barta (czy my kiedyś pisaliśmy na tym blogu, że „Rewers” jest ZŁY?). Trochę deszczu, prochowce i lata 50. na modłę demoludów, do tego cwany detektyw, coraz bardziej popadający w samotność i zanurzający się w mroczny świat na styku przestępstwa i polityki (choć w tamtym czasie to było prawie jedno i to samo). Brzmi znajomo? Tak, kino noir po czesku. Jednak Ondříček odarł film z wszelkich kombinacji formalnych, nie ma żadnej zabawy konwencją, klisz i schematów, ale kawał porządnego kina.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Ondříček odarł film nawet z tego, co czyniło czeskie filmy czeskimi. Nie mamy tutaj dialogów, przy których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, próżno szukać postaci komicznych, czy też jakiegokolwiek absurdu. (Dobra, jest jeden moment – w trakcie rozmowy bohaterów na chwilę znikają polskie napis. To jedno czeskie zdanie jest w pełni zrozumiałe dla Polaków, ale umówmy się, jest to już żarcik tłumacza, a nie reżysera.) Jest twarda i ponura rzeczywistość czechosłowackiego stalinizmu.

Powiem tak – to jest najbardziej polski film, jaki powstał w Czechach. Nawet ten egzystancjonalny, silnie zaznaczony moralny aspekt całej historii jest taki nadwiślański, prosty i łopatologiczny. Oczywiście, opowiada dramatyczną historię, ale nie ma tutaj miejsca na większą rozkminę. Bohater toczy konflikt wewnętrzny, ale widz nie ma wątpliwości co do jego postępowania. Rozumiemy jego rozterki, jednak sami wychodząc z kina nie myślimy za wiele o nich, bo wiemy, że doprowadziły go one do słusznej i chwalebnej decyzji. Informacja na końcu filmu utwierdza nas w przekonaniu, że film jest formą hołdu-laurki.

Niezwykle mnie to zdziwiło. Dotychczas czeskie kino to żarty i psoty, „Jedna ręka nie klaszcze”, samotność w życiu i takie tam. A to już drugi film w ciągu ostatnich lat od naszych sąsiadów, który dotyczy komunizmu. Poprzednim był „Czeski błąd”, gdzie fabuła zasadzała się na problemach z lustracją uznanego opozycjonisty.

Odnoszę wrażenie, że trochę zamieniliśmy się z Czechami* rolami. U nas komuna była dość istotnym tematem dla filmowców, od „Psów” Pasikowskiego, przez „Rewers”, będący próbą lżejszego potraktowania tematyki, po wyniesione na inny poziom robienia filmów kino Smarzowskiego („Różyczka”, „Dom Zły”). Mieliśmy do wyboru w Polsce dłuższy czas dramaty z przeszłości, albo głupie komedie romantyczne. Powoli odkrywa się, że żyjemy w kraju, w którym są inne problemy niż lustracja czy mroki przeszłości i uczymy się robić po prostu filmy o życiu. Czesi z kolei na odwrót – po przeszło dwudziestu latach stają się dostrzec, że mają problem z komunizmem i z rozliczeniem się z niego. Są bardziej pragmatyczni, niewierzący i może sceptycznie zdystansowani do świata, co owocowało takimi inteligentymi, ale dotykającymi jednak bieżących spraw filmami. No, wyjątkiem trzymającym się jednak konwencji był „Kola” z 1996 r.My z kolei, ogólnie jako naród, staramy przykładamy duże znaczenie do historii, co dobrze było i dalej widać w naszej dotychczasowej kinematografii (też nie możecie się doczekać Więckiewiczka w roli Wałęsy czy czekacie na sequel „Katynia” „Katyń II. Smoleńsk”?).

Dla fanów czeskiej kinematografii ten film będzie może być rozczarowaniem. Jest to DOBRY film, jednak sączącą się w sercu gorycz zostawiam dla siebie, a was zapraszam do kina. Gdzieś dokopałem się do info, że bedzie to mocny kandydat do Oskara.

Słoń

*Przypis Ryby korzystającej z tego, że Współautor błąka się gdzieś bez internetu: część filmu –te wstrętne, zapyziałe, ciemne „praskie” uliczki kręcone były… w Łodzi! Po prostu Praga (jak większość czeskich miasteczek obecnie) jest tak ślicznie odnowiona, że wstrętnych zaułków trzeba szukać u nas…

Wróg numer jeden: ZŁY FILM

Puk! Puk! "Kto tam?" "Harcerze!" "Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!"

Puk! Puk! „Kto tam?” „Harcerze!” „Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!”

„Zero Dark Thirty”

USA, 2012

reż. Kathryn Bigelow

Jessica Chastain, Jason Clarke

Są takie filmy, które wydają się być w trakcie oglądania DOBRE. Miłe oku, dobrze zrobione, wciągają nas, coś tam przekazują. I przychodzi końcówka, która wszystko psuje. Konstatrujemy ze smutkiem, że to byłby naprawdę DOBRY film, uciąć go o te 10-15 minut i byłoby git (to słowo z jidysz, „Lalkę” czytaliście to pamiętacie). DOBRY film musi charakteryzować się przecież wewnętrzną harmonią i spojnością od początku do końcaj!

W temacie katastrofalnych końcówek trzeba oczywiście wspomnieć jeden z NAJGORSZYCH filmów świata, czyli „Rewers”, którego absurdalne zakończenie doskonale ukazywało pustkę i bezdenny debilizm całej produkcji. Nieco podobne, acz nie tak mocne wrażenie miałem właśnie oglądając nominowanego do tegorocznego Oscara „Wroga Numer Jeden” Kathryn Bigelow.

Już na wstępie zaznaczam – nie mamy do czynienia z absolutnie ZŁYM filmem. Od „Rewersu” dzielą go lata świetlne. Moja ostatecznie negatywna ocena wzięła się z rozczarowania – świadomości tego, że od Bigelow można się spodziewać o wiele więcej. W końcu nakręciła „Hurt Locker. W pułapce wojny”, który trzy lata temu zgarnął – w pełni zasłużenie – sześć statuetek, w tym za najlepszy film, scenariusz oryginalny i reżyserię.

Maja ma jak święta aureolę.

Maja ma aureolę niczym święta.

Nie mogę zaprzeczyć – „Wroga…” ogląda się całkiem dobrze. Pewnie muszę wziąć poprawkę na fakt, iż każdy film o polityce ma u mnie na wstępie 5 Punktów Dobroci. Jednak nie ręczę za to, że nie odpadniecie w trakcie tego trwającego ponad 2,5 godziny widowiska. Film opowiada o polowaniu na wroga numer jeden Ameryki, czyli Osamę-ibn-Ladena, z perspektywy agentki CIA o pseudonimie Maya (Jessica Chastain). Robota żmudna, wymagająca znalezienia igły w stogu siana i uciekania się do – nazwijmy to delikatnie – moralnie wątpliwych metod przesłuchań. No i oczywiście niebezpieczna, bo wróg nie śpi, a toczy się przecież wojna.

Historia oparta na faktach, więc wiemy jak się skończy. Scena zabicia Osamy w trakcie brawurowej akcji amerykańskich komandosów na terenie Pakistanu jest doskonała. Ale jest ona niemiłosiernie długa, trwa chyba z pół godziny. Główna bohaterka po prostu… znika. Siedzi gdzieś tam w bazie w Afganistanie i czeka na wieści, ale całą rolę odwalają dzielni Navy Seals, którym z bliska towarzyszymy przez całą akcję, jedynie raz czy dwa zaglądając, co tam u Mayi. I w tym momencie dotarła do mnie słabość tego filmu – o czym on właściwie jest?

Niby o Mai – młodej, zdolnej, cholernie ambitnej i mającej niemal obsesję na punkcie wykonania zadania. W trakcie rozmowy w stołówce w siedzibie CIA na pytanie szefa (James Gandolfini) czym się wcześniej zajmowała w agencji, odpowiada szczerze – niczym. Od początku swojej kariery w wywiadzie rozpracowywała ibn-Ladena. Oprócz tej rozmowy, w całym filmie są chyba jeszcze dwie sceny, które pozwalają nam bliżej poznać Mayę. Warto wspomnieć już o samej końcówce, kiedy to wycieńczona agentka wsiada do potężnego, pustego helikoptera transportowego i „może lecieć gdzie chce”. Wolność, zasłużony urlop po wykonaniu realizowanego przez lata zadania, na które z utęsknieniem czekał cały naród. Ale tak naprawdę nie wiemy o niej nic, jako człowieku, nic o jej motywacjach, lękach. Zero głębszej psychologii, próby jej zrozumienia, czy czegoś w tym stylu. Rudy, urodziwy robot z jakimiś emocjami, obsesyjnie szukający faceta ukrywającego się w jakiejś chacie w Pakistanie.

Jeśli „Wróg…” jest o polowaniu, to także nie za wiele z tego wynika. Fakt, są sceny tortur, ale nie jest to pretekst do głębszej refleksji. Bohaterowie są oczywiście ludźmi i czasem mają już dość tej roboty, ale co z tego? To polowanie mogłobyć fantastycznym pretekstem do poruszenia tylu problemów. Mamy przecież do czynienia z próbą uporania się z wielką narodową traumą, jaką było upokorzenie mocarstwa i dramatyczne wyrwanie z pozimnowojennego letargu. Jest problem dehumanizacji człowieka, traktowania ibn-Ladena jako szkodnika, którego bez żadnej głębszej refleksji trzeba zamordować. Jest cały problem relacji Zachodu ze światem arabskim. Tymczasem we „Wrogu…” widzimy bezwględnych oprawców po jednej i drugiej stronie, których różni (tylko/aż?) ideologia.

Maja ma jak jak okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję, choć na osłode zostały mi lenonki taty, jednak i z nimi był problem bo poszły noski, jednak podobne kupiłem już za 10 zł u optyka niedaleko długiej.

Maya ma jak ja okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję, choć na osłode zostały mi lenonki taty, jednak i z nimi był problem bo poszły noski, jednak podobne kupiłem już za 10 zł u optyka niedaleko ul. Długiej w Krakowie, a konkretnie to na ul. Pędzichów.

Film wywołał dyskusję tu i tam, jednoznacznie sugerując, że bez tortur nie złapano by Bin-Ladena. To, czy to dobrze czy źle, interesuje mnie jako widza w znacznie mniejszym stopniu niż to, czy wychodząc z kina, miałem wrażenie, że reżyser chciał mi w tym filmie o tym opowiedzieć. A tego nie zrobił. Spektakularne, acz rozwleczone zakończenie, wytrąca z i tak wątpliwego poczucia, że wszystko to się trzyma kupy, ku czemuś zmierza, o czymś opowiada.

Tutaj chyba też należy upatrywać klęski Chastain w walce o zdobycie Oscara za pierwszoplanową rolę żeńską, którą odebrała Jennifer Lawrence z „Poradnika Pozytywnego Myślenia”. Bigelow nie uczyniła z niej pełnowymiarowej, wiarygodnej bohaterki i niewąpliwe zdolna Chastain nie za bardzo mogła coś z tym zrobić. Poległa Chastain, poległ „Wróg…”, który dostał nagrodę jedynie za najlepszy montaż dzwięku, a najlepszym filmem została „Operacja Argo” Afflecka. Bez przesady można mówić o klęsce – pięć nominacji, jedna statuetka, przy dziewięciu nominacjach i pięciu nagrodach dla „Hurt Lockera.”

Jeszcze słówko o Oscarach – strasznie egalitarnie się zrobiło. Nie było jednego filmu, który zgarnąłby zdecydowaną większość nagród. Trudno tak powiedzieć o „Życiu Pi” (trzeba będzie to zobaczyć!), które dostało najwięcej, bo cztery Oscary, m. in. za reżyserię, ale w tym za muzykę i efekty specjalne. Film roku: „Operacja Argo”; aktor – „Lincoln”, aktorka – „Poradnik Pozytywnego Myślenia”; scenariusz oryginalny – „Django”. Zatem – dużo dobrych filmów i brak tego jednego, porywająco genialnego. Choć ja będę bronił, jak to gdzieś napisali, poczciwego „Lincolna”…

Słoń