ZŁY film: Kamper

kamper

Od samego początku mieliśmy złe przeczucia. Współautor już chciał zwiać przed kasą, ja jednak go zatrzymałam: musi być recenzja, razem damy radę! Co masz oglądać po powrocie na ojczyzny łono, jak nie Polski film? Z nalepek wychodzi mi darmowy popcorn, jestem głodna! Zrezygnowany Słoń zakupił jeszcze oranżadkę z lekką zawartością piwa (która nas uratowała). Potem zaczęły się facepalmy i lekkie łkanie.

Czytaj dalej

Zły Film: Tylko Bóg wybacza

Za: thesecondtake.com

Za: thesecondtake.com

Only God Forgives

Francja, Tajlandia, USA, Szwecja 2013

reż. i scen.:  Nicolas Winding Refn

wyk.: Ryan Gosling, Kristin Scott Thomas, Vithaya Pansringarm

Oniryczna, poplątana w wątkach i domysłach wyprawa na dno europejskich, sadomasochistycznych fantazji dalekowschodnich. Ciągnące się jak kisiel ze startym jabłkiem sceny nagłych cięć uprzednio dokładnie przestudiowanej przez kamerę maczety; spacery po krętych bunkrach mrocznych azjatyckich klubów, zalewający nas nagle mrok i zaskakujące zbliżenia przecinania, przekłówania lub przeszywania ludzkiego ciała, z loterią, polegającą na tym, czy usłyszymi rozdzierający krzyk niepisanego bólu czy melodyjną piosenkę o Kwiecie Naszego życia, na który daremnie czekamy, choć powiedzieliśmy mu, że go kochamy.

Mówiąc po naszemu: Bangkok, dziwki, koks i tajski boks. I Ryan Gosling. Doskonałą zaprawdę jest muzyka Cliffa Martineza*, (odpowiedzialnego za naszą muzyczną ekstazę przy oglądaniu „Drive’a”) która szumi, uwiera, niepokoi i wzbiera, by nagle zalać nas brzęczeniem i napięciem, a tę chorą i ociekającą krwią historię otulić schizofrenicznymi dźwiękami. W mrokach tajskich zaułków załatwia się mniej lub bardziej szemrane interesy. Nie ma miejsca na morały — do rynsztoków tajskiej metropolii nie dociera jasność słońca. Cyniczni Europejczycy załatwiają swoje biznesy, czasem ich jednak ponosi i ten czy inny autochton uprzednio zgwałcony przez owego białego człowieka ginie w hektolitrach swojej krwi w jakimś obskurnym burdelu. Oczywiście, Azjaci też mają swojego bohatera, działającą bez żadnych hamulców karzącą rękę Prawa i Sprawiedliwości — policjanta, który jest niszczącym wszystkim, co nawinie się pod ręką (ale najchętniej kataną, jaki nosi na plecach) tajskim robocopoem, choć ma brzuszek i chyba już będzie po pięćdziesiątce.

Karząca Ręka Tajskiej Sprawiedliwości śledzi i wytrwale tropi złych Europejczyków, którzy zwierają szyki. Na ich czele stoi bezwzględna i wulgarna biała kobieta, jedząca na śniadanie kokainę zamiast serka granulowanego, żądająca krwawej zemsty za śmierć swojego ukochanego pierworodnego i na linię frontu posyłająca swojego drugiego syna – boskiego Ryana Goslinga.

Wszystko się pląta, zwiera, przyciąga. Samonakręcająca się spirala bezsensownej vendetty  zmierza do nieuchronnej konfrontacji w sosie kwaśno-gorzkim, zalewającym nie prażonego w sezamie kurczaka, ale siekane ludzkie kawałki. Ryan ma dać po mordzie, ale sam dostaje. I ma siniaki. Ale nie odpuszcza. Złość narasta. Hipnotyczny, balansujący na granicy jawy i snu film, ma być wiwiseksją samotności, opuszczenia, studium syndromu zaniedbanego drugiego syna, który nie potrafi się wyzwolić z opieki nadopiekuńczej matki. Nawet z laskami zabawia się krępując się i przywiązując do krzesła fioletowymi wstążkami i jedynie patrząc na ich coraz bardziej nagie wdzięki.

Dużo tu „Kill Billa” Tarantino czy „Wkraczając w pustkę” Noe. Mnóstwo zabawy z konwencją i jeszcze więcej z dobrym smakiem widza. Kinowa postmoderna, którą żeby zrozumieć, trzeba przedrzeć się przez misterne konstrukcje i efekty. Jak macie na to siłę, to powiedzcie co tam znajdziecie. Ja sobie dałem siana po kwadransie. Słoń *Współautorka twierdzi wręcz, że ten film jest znacznie lepszym słuchowiskiem.