DOBRY film o DOBRYCH psach i meandrach przekładu: Wyspa psów

Z: thefilmexperiance.net

Oczywiście, że czekałam na ten film — jak na każdy tego reżysera. Tym razem powodów do radości i ciekawości jest więcej: mamy animację poklatkową (jak w Fantastycznym Panu Lisie), której akcja umiejscowiona jest w Japonii, w niedalekiej przyszłości. Ponadto jest to film  dwujęzyczny. Moje tłumacko-przekładoznawcze serduszko rosło już od samego początku, gdzie widza uprzedza się o „strategii językowej” twórców: szczekanie przetłumaczono na angielski, japońscy bohaterowie mówią po japońsku, ich wypowiedzi są (czasem) tłumaczone przez postaci (wśród nich mamy też tłumaczy ustnych, często dodających co nieco od siebie) lub paski z tłumaczeniem, lub translatory. W Japonii oraz w innych krajach, gdzie przekład jest naturalnym elementem odbierania kultury zostało to przyjęte z entuzjazmem jako element głębszego przesłania filmu. Natomiast w Stanach Zjednoczonych wywołało to  burzę, przeciekawą dyskusję i oskarżenia o „apropriację kulturową”, co — jak zauważają nieamerykańscy krytycy krytyków — dużo mówi o anglo(ameryko)centryzmie amerykańskiego odbiorcy i jego zagubienia w świetle nierozumianego. Tymczasem ta zabawa niejasnością i brakiem (po/z)rozumienia doskonale wpisuje się w tą opowieść o nierównościach, nadużywaniu władzy i próby dojścia do głosu tych zagłuszanych.  Jest to film o prawach zwierząt ale i ludzi. 

Czytaj dalej

DOBRY dokument (Człowiek, który miał zostać królem polki) i DOBRA fabuła (Król polki) o naszym intrygującym rodaku

Prawdziwy Jan Lewan | Scranton Times Tribune

Niedawno na Netflixie pojawiły się dwa filmy — dokumentalny z 2009 roku, oraz inspirowany nim film fabularny z 2017 — dotyczące bardzo ciekawej postaci Jana Lewana (właściwie Jana Lewandowskiego), naszego rodaka, o którym u nas mało kto słyszał, natomiast od wielu lat jest o nim bardzo głośno w północno-wschodniej Pensylwanii.

To film o spełnieniu Amerykańskiego Snu. Historia Króla Polki, nominowanego do Grammy właściciela sklepu z pamiątkami z Polski  i ulubieńca polonusów (którzy uważają, że polka to istota polskości); opowieść o skandalach na stanowych konkursach piękności, wielkiego sukcesu i wielkiego upadku, o próbach spłacenia długów. Historia człowieka, który w sumie przez przypadek stworzył coś w rodzaju piramidy finansowej, przez którą wielu chciwych staruszków życzy mu śmierci.

Tym razem mamy dwa filmy opowiadające w trochę inny sposób tę samą historię — polecam zapoznać się z oboma pozycjami. Mamy ku temu dwie drogi. Albo można obejrzeć najpierw dokument, a potem zobaczyć, jak to zostało rozegrane po przydzieleniu ról znanym hollywoodzkim aktorom, albo obejrzeć najpierw film, a potem zobaczyć w dokumencie, że rzeczywistość była znacznie, znacznie dziwniejsza. Ja polecam to drugie podejście.

Czytaj dalej

ZŁY film z DOBRĄ obsadą: Do ciebie, Philipie

listen-up-philip-krysten-ritter.png

Oglądając ten film Jessica Jones rzuciłaby czymś bardzo ciężkim w telewizor.

Straszna szkoda. Ten film mógł być taki DOBRY! Świetna obsada, kilka naprawdę dobrych scen, niezły pomysł na strukturę filmu… Niestety, Listen up, Philip, staje się tym, co próbuje parodiować: nudną, irytującą, przewidywalną, niezwykle pretensjonalną i cyniczną historią narcystycznego, aroganckiego i niezwykle irytującego nowojorskiego pisarza.

[Poniżej minimalne spoilery; nic, czegobyście się nie potrafili domysleć ze skróconego opisu fabuły: arogancki pisarz zaprzyjaźnia się ze starszym aroganckim pisarzem i alienuje wszystkich.]

Czytaj dalej

DOBRY, oj DOBRY film: Grand Budapest Hotel

[iheartthetalkies.com] | Wielki Budapeszt. Wielka Obsada.

[iheartthetalkies.com] | Wielki Budapeszt. Wielka Obsada.

The Grand Budapest Hotel

USA, Niemcy 2014

reż. Wes Anderson

scen. Wes Anderson, Hugo Guiness, zainspirowane twórczością Stefana Zweiga

wyk. Ralph Fiennes, Toni Revolori, Hilda Swinton i stała andersonowska zgraja

Dziś rano kończyłam moją pierwszą kawę — nie w kuchni  w piżamie z sasquachem, lecz kinie  w jeansach oraz bluzie z liskiem (na cześć twórczości reżysera). Już od pierwszych kadrów wiedziałam, że będę się dobrze bawić.

[sociaunt.com]

[sociaunt.com]

Ci, co mieli już do czynienia z twórczością Andersona, wiedzą, czego się spodziewać: pięknych, charakterystycznie skomponowanych kadrów, dziwacznego humoru, nostalgii,  zaskakująco krwawych elementów, tysiąca  niezwykle dopracowanych szczegółów, motocykli, tych samych aktorów, przykrótkich spodni. Tutaj dodatkowo mamy świetnie uknutą, zaszkatułkowaną fabułę (zaczyna się od – powiedzmy – teraz, skacze przez lata osiemdziesiąte, sześćdziesiąte, aż do trzydziestych dwudziestego wieku) oraz Zubrowkę, fikcyjne wschodnioeuropejskie państwo wchodzące niegdyś w skład Imperium [austro-węgierskiego]. Jak mogło mi się to nie podobać? W końcu takie fikcyjne ale znajome państwo występuje zarówno w jednym z moich ulubionych filmów (Starsza pani znika), jak i w ukochanej książce mojego dzieciństwa („Wiatr z księżyca” Eric Linklater, tłum. Andrzej Nowicki, bardzo, bardzo polecam).

Czytaj dalej

Kochankowie z księżyca – bardzo DOBRY film

„I’m going to find a tree to chop down”

„Moonrise Kingdom”

USA 2012

reż. Wes Anderson

Jared Gilman, Kara Hayward, Bill Murray

Jako, że od dawna jestem wierną fanką Wesa Andersona i Billa Murraya, moja pochwała tego filmu może  nie być uznana za obiektywną. Jednak to Słoń  stwierdził, że „Moonrise Kingdom” jest „klasycznym przykładem DOBREGO filmu”, a był on do tego stopnia nie zaznajomiony z twórczością tego reżysera, że aż do rozpoczęcia seansu drżał, że zmusiłam go na pójście na coś w stylu „Zmierzchu”.

Jak zwykle u Andersona, obsada jest cudownie dobrana. Poza tymi, co w jego filmach pojawiali się już wielokrotnie (Murray, Schwartzman), doszło kilka „nowych” twarzy (Tilda Swinton, Frances McDormand, Bruce Willis, Bob Balaban), z których większość zagra zresztą w „The Grand Budapest Hotel” tegoż pana (i jeszcze dojdzie do nich Jude Law!). Mimo tak wspaniałych dorosłych, największą rolę odgrywa tu banda utalentowanych dzieci. Myślę, że z parą głównych bohaterów (Jaredem Gilmanem i Karą Hayward) będzie tak samo jak z Jasonem Schwarzmanem, któremu karierę otwarł nastoletni debiut w „Rushmore” (jak nie widzieliście, to koniecznie obejrzyjcie!).

Film jest wizualnie śliczny, każdy szczegół jest starannie dopracowany, od książek ukradzionych przez bohaterkę z biblioteki, przez obozowisko, do najmniejszych brożek, przypinek i przyszywek sprawności na mundurach skautów (warto tu wspomnieć, że kostiumy są autorstwa naszej rodaczki, Kasi Walickiej-Maimone). Ta dbałość o szczegóły przy ujęciach, scenografii i strojach przy jednoczesnym uniknięciu przestylizowania, przenosi się na sposób wypowiadania kwestii (idealny „timing”) i grę aktorów w ogóle, jak też na dobór muzyki.

Ten na pozór cukierkowy, z początku bardzo eskapistyczny, film pokazuje dwa światy: tak smutny, że aż śmieszny świat dorosłych i albo nudny, albo zaskakująco pełen przemocy świat dzieci*. Para bohaterów próbuje uciec od tego wszystkiego. Dorośli próbują ich „uratować”, chociaż to oni bardziej potrzebują pomocy. Wszyscy są „outsiderami”, którzy jednak różnie znoszą zjednoczenie — czy to z własnej, czy z przymuszonej woli. Tym, co chroni dzieci (i, jak się okazuje, nie tylko chodzi tu o główną parę) przed groteskowym smutkiem starszych jest naiwność, ale też pewien wytrwały idealizm, którego dorośli nie rozumieją. Anderson błyskotliwie łączy komizm i ironię z powagą i pewną sympatią do wszystkich bohaterów. Śmiejemy się, jak smutny Bruce Willis – ciapowaty policjant nalewa dwunastolatkowi piwa do szklanki po mleku podczas wykładu o odpowiedzialności, ale jest nam go w sumie żal. „Moonrise Kingdom” , jak nie tylko inne filmy Andersona, ale i „Miłość Larsa” (czy bardziej „mainstreamowy” „Poradnik pozytywnego myślenia„)  jest –w pozytywnym tego słowa znaczeniu– DZIWACZNY (ang. quirky). Śmieszy, ale nie prześmiewa; wzrusza, ale bez łzawego sentymentalizmu.

Rybka

*Według mnie, najbardziej realistyczni są chłopcy. Scena, gdy uzbrojeni po zęby skauci suną do boju przypomniała mi moje harcerskie czasy. Wiele lat temu, na obozie letnim, mój zastęp miał za zadanie wykraść w nocy trochę jedzenia z namiotu-magazynu. Niestety, przyuważyła nas warta i w pogoń za nami rzuciła się banda dwunastolatków z maczetami.

Wiem, że dużo tych zdjęć, ale nie mogłam się oprzeć. Ładny kadr, a do tego smutny harcmistrz Edward Norton.