DOBRY długi film, który ciągnie się jak życie, czyli „Boyhood”

źródło: populartvcantabria.com

źródło: populartvcantabria.com

Boyhood

USA 2014

reż. i scen. Richard Linklater

wyk. Ellar Coltrane, Patricia Arquette, Ethan Hawke, Lorelei Linklater

Usłyszałam wreszcie rozpaczliwe płacze Współautora, który w malezyjskich multipleksach cierpiał męczarnie z powodu nadmiaru ZŁYCH dystopijnych filmów dla młodzieży, podczas gdy ja nie dość, że zaklepałam najlepsze filmy, obejrzałam, ale ruszyłam w wakacyjne wojaże nie zostawiwszy zapasu recenzji. Teraz czas odpokutować.

Przed wyjazdem widziałam jeszcze jeden z najgłośniejszych filmów mijającego lata, czyli „Boyhood”. Jeszcze jest szansa zobaczyć go w kinach — kto nie widział, niech nie traci czasu. Na zachętę przytoczę słowa towarzyszek seansu, mianowicie „Ej, ale to jest DOBRE” oraz „To trwało prawie trzy godziny? Nie zauważyłam!”. Ja niestety szeptałam najbardziej, bo duża część filmu dzieje się w mieście mych lat dziecinnych i MUSIAŁAM za każdym razem podzielić się, że „TU BYŁAM!”, ” OOOOO! Patrz, tu CHYBA byłam na wycieczce szkolnej” albo „TU SĄ TAKIE FAJNE MOTYLE”. Jeszcze raz przepraszam towarzyszki.

Jak zapewne słyszeliście, film był kręcony i rozgrywa się na przestrzeni dwunastu lat. Wydaje się, jakbyśmy w czasie prawie rzeczywistym obserwowali życie chłopca i jego rodziny, będąc świadkami wszystkich ZŁYCH fryzur, pryszczy, perypetii rodzinnych, przeprowadzek i wycieczek, z których każda ma jakieś znaczenie, ale w sumie żaden etap nie jest dominujący. Przyzwyczajone do tradycyjnie opowiadanych historii przez prawie trzy godziny seansu wyczekiwałyśmy jakiegoś wielkiego nieszczęścia, decydującego momentu, tragedii, choroby, wypadku, czy czegoś podobnego, gdy tym czasem film składał się z wielu mniejszych, ważnych przeważnie w czasie ich trwania „momentów”, niektórych śmiesznych, niektórych smutnych, niektórych trochę strasznych, a niektórych banalnych.

źródło: motherjones.com | Film jest też o wizualnych bólach dorastania.

źródło: motherjones.com | Film jest też o wizualnych bólach dorastania.

Spostrzeżenia:

1) Ładny chłopczyk brzydnie do czasu, jak zaczyna niepokojąco przypominać swojego filmowego ojca.

2) Dlaczego starsza siostra zawsze musi być denerwująca?

3) Bardzo mi się podobało wykorzystanie hitów jako wskaźników na identyfikację czasu. Dzięki temu wiemy, że jak słychać „Somebody that I used to know”, to już niedługo koniec.

W skrócie: Warto zobaczyć.Nie jest to mój ulubiony film Linklatera (chyba nic nie przebije „Przed Wschodem Słońca”, nawet „Przed Północą”), ale film zdecydowanie DOBRY. Choć równie chętnie obejrzałabym film o każdej innej postaci.

Rybka

PS: Następny film tego reżysera ma być o baseballistach. Hmm…

DOBRY film: Przed północą

Dziś pierwszy (mam nadzieję, że z wielu) gościnny post na naszym blogu, autorstwa członka  ekipy zaprzyjaźnionej strony poświęconej serialom, pulpozaur.pl. Zachęcamy do zapoznania się z ich działalnością! Dziś zamiast o serialu, Ko J. (złotą gwiazdkę temu, kto rozszyfruje jego pseudonim) napisał o DOBRYM filmie. 

Before Midnight

USA 2013

reż. Richard Linklater, scen. Richard Linklater, Julie Delpy, Ethan Hawke

wyk. Julie Delpy, Ethan Hawke, Athina Rachel Tsangari, Panos Koronis

Trzecie (po „Przed wschodem słońca” (1995) i „Przed zachodem słońca” (2004)) spotkanie z Celine i Jessem jest jak spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi. Niby widać, że to dokładnie ci sami ludzie – rozmowy mają znany już dobrze posmak, słychać nawet te same żarty (to część uroku spotykania ludzi po latach) – ale widać też, że upłynęło sporo czasu: kolejne doświadczenia odcisnęły na bohaterach swoje piętno, trochę ich wzbogaciły, trochę zniszczyły. Tak czy inaczej nie trzeba się obawiać, że będzie nudno, że to powtórka z rozrywki, odgrzewane kotlety i tak dalej.

Spora w tym zasługa fabuły, czy może jej braku: nic się tutaj nie dzieje w filmowym tego słowa znaczeniu. Ot, bohaterowie chodzą i rozmawiają (filmy, w których ludzie spotykają się i rozmawiają, to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych – jeśli można to nazwać gatunkiem – a seria „Przed…” mieści się w czołówce moich ulubionych filmów), choć zaznaczyć trzeba, że tym razem chodzenia jest zdecydowanie mniej niż rozmawiania.

A zatem: co się nie zmieniło u tej dwójki od czasu ostatniego spotkania? Na pewno Julie Delpy; zamiłowanie bohaterów do spędzania czasu w pięknych miejscach (tym razem padło na Półwysep Peloponeski); oraz dialogi: żywe, błyskotliwe, cięte, pełne przekomarzanek i wygłupów (zwłaszcza w wykonaniu Jessego, chociaż Celine udająca głupawą lasię nie ustępuje mu pola), przebiegające całe spektrum tematów: od miłości i relacji damsko-męskich, przez sztukę i architekturę (Jesse dzieli się kolejnym pomysłem na książkę!), na polityce skończywszy.

Sporo także uległo zmianie (postaram się nie podawać żadnych szczegółowych informacji o tym, jak wygląda życie bohaterów; ci, którzy znają poprzednie części, wiedzą, jak ważnym elementem serii jest niepewność co do tego, jak potoczyły się losy bohaterów, do momentu zajęcia miejsca przed ekranem). Ethan Hawke dorobił się fryzury dużo korzystniejszej niż w „Przed zachodem słońca”. A cała historia stała się o wiele smutniejsza. Pierwsza część wydawała się wyjęta prosto z bajki: ona i on spotykają się w pociągu, wysiadają w nieznanym mieście – i w ciągu kilku spędzonych razem godzin zakochują się w sobie. Częśc druga posiadała jeszcze sporo tego nastroju, choć jednocześnie konfrontowała bohaterów z ich frustracjami i skomplikowanymi życiowymi wyborami. W „Przed północą” czar nieomal pryska – zostaje tylko smutna (?) rzeczywistość. Czterdziestoletni Celine i Jesse są zmęczeni, a pytanie, czy magię młodości da się jeszcze odzyskać, czy może być tak, jak dawniej, przewija się cały czas w tle, aż do finału, boleśnie intymnego i boleśnie szczerego – widz powinien przygotować się na dużo emocjonalnego boksowania po nerkach i, jak to w tej serii bywa, otwarte zakończenie, które przyniesie niewiele ulgi.

Na zakończenie czuję się w obowiązku rozwinąć nieco werdykt wydany już w tytule notki. „Przed północą” to film zdecydowanie dobry – upływ czasu uczynił bohaterów nie mniej fascynującymi, za to dużo prawdziwszymi i bardziej skomplikowanymi – ale gorszy niż poprzednie dwie części, głównie za sprawą zakończenia. Mam przeogromną nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy spotykamy Celine i Jessego, zostawiamy bowiem bohaterów w momencie, kiedy są wystarczająco mądrzy, by wyartykułować swoje problemy, ale niewystarczająco mądrzy, by je rozwiązać.

Ko J.

pulp_header

ZŁY film: Wielkie Nadzieje

Great Expectations

Wielka Brytania, USA 2012

reż. Mike Newell, scen. David Nicholls, na podst. powieści Charlesa Dickensa

wyk. Tim Irvine, Jeremy Irvine, Helena Bonham Carter, Ralph Fiennes

Są dni, kiedy nie jestem pewna co sądzić o filmie. Zwlekam z napisaniem recenzji, pluję sobie w brodę, że uczepiliśmy się konieczności określania czy dany film jest ZŁY czy DOBRY. Tak było i w przypadku tego. W sumie nie jest to jakiś masakrycznie ZŁY film, lecz mógł być znacznie lepszy. Jak zawsze w przypadku takich dylematów, po powrocie z kina chcę się z tym przespać, a jak i drzemka nie pomoże, to jęczę i zatruwam życie towarzyszom seansu. Tym razem ofiarą padła Stefa*. Ze Stefą przyjaźnię się się dziesięć lat, przeszłyśmy razem niejedno. Razem wykradałyśmy jedzenie i uciekałyśmy przed bandą harcerzy, razem chodziłyśmy do podstawówki, gimnazjum i liceum. Stefa wie co to ZŁY film. W ciągu ostatniej dekady widziałyśmy dużo ZŁYCH (i trochę DOBRYCH) filmów. Liczę się z jej diagnozą, za parę lat to właśnie ona będzie mnie leczyć  w mojej hipohondrii (współczuję). Nękana moimi rozterkami, udzieliła mi takiej rady: „Ja bym jednak napisała, że ZŁY, bo jeśli kogoś zachęcisz, pisząc, że DOBRY, to pewnie wyjdzie rozczarowany”.

Przytaknęłam i posłuchałam. Zamiast iść na ten film, lepiej wypożyczyć książkę,przeczytać,  a potem zobaczyć którąś z prawie dwudziestu adaptacji, najlepiej serialowe prod. BBC. Najpierw przeczytajcie książkę, bo jest DOBRA. Najlepsza w Dickensie jest narracja i przekomiczna charakterystyka postaci. Film, niestety, zdziera ten urok dickensowości. Natomiast dla anglistów — i lektura, i film obowiązkowy. Dla fanów Harry’ego Pottera w sumie też, bo to „spoteryzowany” („zrowlingowany”?) Dickens, ale o tym za chwilę.

Czytaj dalej