ZŁY film: Jupiter: Intronizacja

Za: cdn.cultofmac.com

Za: cdn.cultofmac.com

Jupiter: Ascending

USA, 2015

reż. i scen. Andy i Lena Wachowscy

wyk. Channing Tatum, Mila Kunis

Dziś do kin w Polsce (ja u siebie widziałem już wczoraj!) wchodzi radosne wynaturzenie kina si-fi: dopieszczone do granic możliwości efekty specjalne, pod nieskończonym deszczem złotych iskier i oślepiających wybuchów, w scenerii baśniowych krain a la planeta Naboo, kryształowych katedr znajdujących się na dziobach międzygwiezdnych karawel i zaułków Chicago kryjące średnio trzymającą się kupy fabułę, naćkaną przegadaną mitologią. Rodzeństwo Wachowskich daje nam karykaturalną wersją tolkienowskiej megalomanii w kwestii tworzenia wyobrażonych światów, pokrytą taką ilością filmowych cudów, przy których „Władca Pierścieni” to przygody misia Koralgola (nie mylić z kolargolem, srebrem koloidalnym!)

Czytaj dalej

DOBRY film: 22 Jump Street

Źródło: www.thebounce.ca

Źródło: www.thebounce.ca

22 Jump Street

USA, 2014

reż. Phil Lord, Christopher Miller,

scen. Michael Bacall, Oren Uziel, Rodney Rothman

wyk. Jonah Hill, Channing Tatum

Pamiętacie „21 Jump Street”? Pytam o film z 2012 r., a nie serialowy oryginał z lat 1987-91 z Johnym Deppem. Podobało się? No cóż, nie było rewelacyjnie, ale film miał swoje momenty. No i najważniejsze — pod płaszczykiem motywu melancholijnego powrótu do pięknych i niewinnych czasów coolegu przemycano żarty niezwykle trafnie ukazujące, jak bardzo zmieniła się obyczajowość młodzieży w ostatnich kilku latach. Okazało się, że z gejów się nie śmiejemy, a wegetarianizm jest czymś oczywistym. W kolejnym filmie o przygodach pary policjantów, którzy pod przykrywką pracują w instytucjach edukacyjnych, z grubsza chodzi o to samo. Powrót do młodości z intrygą kryminalną w tle. I podobnie jak poprzednia część, „22 Jump Street” choć nie grzeszy trzymającą w napięciu od początku do końca fabułą czy festiwalem świetnych żartów, to mimo wszystko jest DOBRĄ komedią na gorące letnie popołudnie.

Czytaj dalej

ZŁY FILM: Panaceum

„Smell the fart acting” albo dotarło do niego w jakiej szmirze gra

„Side Effects”

USA 2013

reż. Steven Soderbergh

wyk. Jude Law, Rooney Mara

Mogliśmy iść na polski film o transwestycie którego dziadek ma mroczny sekret, lecz coś nas podkusiło zaryzykować przedostatni film Soderbergha. Prawda, „Magic Mike” był głupotą silącą się na głębię, ale seria „Oceans 11” to miła rozrywka.  Z tego pierwszego została głupota siląca się na głębię i Channing Tatum, z tego ostatniego Catherine Zeta-Jones i konstrukcja (zagmatwana fabuła, pozory mylą, retrospekcje, pod koniec wszystko się wyjaśnia, zwroty akcji…), która była ciekawa w jego komediach sprzed parunastu lat, lecz teraz jest przewidywalna i nudna.

Podczas seansu (na którym, w przeciwieństwie do kilku osób, dotrwaliśmy do końca) co jakiś czas z ust jednego z nas wydobywały się przytłumiane komentarze w stylu „Po co?”, „Co to ma być?”, „To się nie trzyma kupy!”. To ostatnie najlepiej podsumowywuje film, zaczynając od tłumaczenia tytułu: co ma — zwłaszcza w kontekście całego filmu — panaceum do środków ubocznych? Co komu szkodziło napisać „efekty uboczne”? Przynajmniej coś by się tej kupy trzymało. Cały film jest mocno naciągany, z pistoletów Czechowa można wyposażyć arsenał, tragiczna scena (SPOILER)(SPOILERUJE)(SPOILERA) bo (SPOILER)* wywołała atak głośnego śmiechu u Współautora, a tłumiony chichot u niżej podpisanej. Dlaczego taka rozlazłość? Przecież reżyser ten ma na swym koncie dobre filmy! To wcale nie musiało być złe…

Obsada niezła, choć ja nie mogę zrozumieć jak to się stało, że Channing Tatum uchodzi ostatnio za superprzystojniaka. Jednak w tym filmie grają, jakby uczył ich Joey Tribbiani; zwłaszcza jeśli chodzi o ciągłe miny „smell the fart acting” — kto oglądał „Przyjaciół” to wie o co mi chodzi. Catherine Zeta jest koszmarna i to nie tylko wina okularów. Na Jude’a Law zawsze można popatrzeć, ale tu cały czas rozterki nim szarpią, tyleż mąk przeżywa, że nie warto dla niego iść na ten film, lepiej puścić „The Holiday” i oglądać jak jest panem serwetką. Jeśli ktoś jest fanem klaty Channinga, niech sobie puści Magic Mike’a, tylko bez fonii.  Jeśliby miało się pójść do kina ze względu na wdzięki Rooney Mara to lepiej puścić sobie … inny jej film.

Rybka

P.S. Jak wracałam z kina, spotkałam kolegę, któremu odradziłam pójście na ten film. Twierdząc, że mnie posłucha i nie boi się spoilerów, poprosił mnie o streszczenie. Jak to uczyniłam o mało nie spadł z roweru, a światło jego czołówki o mało mnie nie oślepiło.

*Pod spoilery można podłożyć wiele, bo sytuacja powtarzała się.