Zły film: Botoks

cont6.naekranie.pl

Najnowszy film Patryka Vegi jest jak obecny rząd: populistyczny, oszczędnie gospodarujący prawdą, acz roszczący sobie monopol na nią. Z wyraźnymi wątkami antyaborcyjnymi, dosadną krytyką III RP i bardzo kontrowersyjny. Nie lubią go elity, ale wychwala lud. Na krytykę reaguje zaś oskarżeniami o spisek. Czy to jednak to stanowi o tym, że film jest zły? 

Botoks

Polska, 2017

reż. i scen. Patryk Vega,

wyk. Olga Bołądź, Agnieszka Dygant

Chociaż tym razem — po służbach specjalnych i policjantach — na tapecie są lekarze, to w gruncie rzeczy obraz Polski jest ten sam. Piękne ujęcia z drona nowoczesnej, zielonej Warszawki, stoją w radykalnej sprzeczności (urgh, łapię się czasem na dialektyce Naczelnika:D) z tym, jak działa państwo. Bohaterowie są zdani właściwie sami na siebie. Nie tylko nie mają co liczyć na instytucje państwa, bo prawo jest spisem bezdusznych reguł, ale i na innych. Związki są oparte na egoizmie i doraźnej korzyści. Facet przyjedzie po partnerkę, która wychodzi po dramatycznym porodzie ze szpitala, ale nie zamieni z nią słowa, bo rozmawia przez telefon.

Jest to świat amoralnych jednostek, które nie mogą oczekiwać nawet na innych, bo liczy się kasa i interes. Hobbesowki stan natury, człowiek człowiekowi wilkiem. Nie ma miejsca na empatię i zrozumienie drugiego, gdy rządzi pieniądz. Karykatura na neoliberalny ład po 1989 r., bezwzględna krytyka patologicznych układów. Happy-end zależy od siły i determinacji bohaterów. Tym razem jednak zamiast macho Majami (śmiesznostka, Stramowski wciela się tutaj w uroczą, metroseksualną wege-łazję) mamy dzielne pracownice służby zdrowia.

bi.gazeta.pl

Oświeciński, etatowy koks Vegi, sprzedaje prezerwatywy Majami, który teraz wciela się w supernieogara.

Daniela (Olga Bołądź) przebywa długą drogę od żula, przez ratownika medycznego, po przedstawicielkę koncernu farmaceutycznego, sprzedającego cukier puder. (Abstrahując od gry Bołądź — Oscar dla charakteryzatorów!) Beata (Agnieszka Dygant) próbuje dojść do siebie po tragicznym wypadku. Ginekolog Magda (Katarzyna Warnke) ma narastające obiekcje wobec wykonywania aborcji, zaś życie Patrycji (Marieta Żukowska) sypie się, gdy zostawia ją mąż.

W długaśny, bo trwający ponad dwie godziny film, wrzucono wszystko: łapówki za cesarkę, burdel organizacyjny, bezduszność lekarzy, ratowników jadących na bani na wezwanie, piekło oddziałów położniczych i tym podobne. Stosunkowo dużo jest przypadków pacjenów z różnymi rzeczami w pochwie czy odbycie. Szczególnie wyróżniono wątek aborcyjny. Z jednej strony bezduszność prawa, z drugiej — mocne sceny samego zabiegu, zostawianie na śmierć głodową w osobnych salach abortowanych dzieci i przemiana Magdy: z bezlitosnej aborcjonistki w empatyczną matkę.

Każdy lekarzyk ma swój cmentarzyk — ginekolog Magda.

Ach — dodajmy, że nie jest to film dla ludzi o słabych nerwach. Ginekologiczne zbliżenie dramatycznego porodu pojawia się co ok. 20 minut. Momentami film zaprawdę zahacza o gatunek medical-gore. Nie trzeba jednak dodawać, że naturalizm i brutalizm niewiele wnoszą do rzeczy, są sztuką dla sztuki, manifestacją pseudoartystycznej odwagi. Przy scenach aborcji są krzykiem ruchu pro-life. (Jakby oczywiście delegalizacja zabiegu przerywania ciąży była sensowną alternatywą, a uwaga Bismarcka, że wyborcy nie powinni widzieć jak się robi kiełbasę i uprawia politykę była tutaj zupełnie nie na miejscu.)

cdn.natemat.pl

Bohaterami są kobiety, co oczywiście jest dużym plusem. Czujemy do nich sympatię, rozumiemy ich dramat, solidaryzujemy się z nimi, gdy walczą z szowinistycznymi bucami pracującymi w szpitalach. Szczęścia szukają w operacjach plastycznych, opiatach, czy szalonej wycieczce do Paryża. Wikłają się w chore związki z łajzami i zapatrzonymi w siebie narcyzami. Życie jest nieustanną katorgą, ukojenie przynosi jedynie ucieczka od niego, ale nasze bohaterki w końcu wychodzą na swoje. By wygrać trzeba połaczyć siły i najpierw pokochać siebie. Ckliwe, ale ładne.

Ten feministyczny wątek jest sympatyczny i wnosi trochę nadziei do tej współczesnej dystopii polskiego państwa. I jest „Botoks” oczywiście miszmaszem anegdot, legend i doniesień z tabloidów o szpitalach, krzywym zwierciadłem polskiej służby zdrowia (przypadek, że film pojawił się w kinach trzy dni przed wejściem w życie reformy służby zdrowia?).

Czym się różni mafia od koncernu farmaceutycznego? Ten drugi ma większy budżet.

Byłoby to wszystko do przełknięcia, choć nie mówię tego bez wątpliwości. W końcu żyjemy w kraju, gdzie wystąpił „efekt Ziobry”; rodzice wykradają noworodka ze szpitala, bo jest napromieniowywane w inkubatorze, albo głodzą dziecko na śmierć, bo tak im zalecił znachor. Krytycy zarzucają filmowi oczywiście wyrywkowość i negatywny portret pracowników służby zdrowia. „Pokażcie, jak oni harują i jaką patologią jest system, a nie pracownicy!” – pada. Z drugiej strony, w komentarzach pojawia się zachwyt nad ukazaniem prawdy o służbie zdrowia, poprzedzona najczęściej opowieścią komentującego o swoich przejściach. I w tym graniu na popularnych stereotypach należy upatrywać kolejnego sukcesu. W weekend otwarcia „Botoks” zaliczył frekwencję rzędu ponad 700 tys. ludzi.

snip

Popularny wpis na jednym z portali internetowych pod recenzją „Botoksu”.

Tym co boli, jest nie perwersyjny świat, ale kijowy warsztat. Niestety, reżyser kontynuuje grzechy poprzednich filmów — szczątkowa fabuła, brak logiki, złe aktorstwo i słabe dialogi.  Patryk Vega stoi jako filmowiec w miejscu — ma dobre historie, ale gubi go nadmiar anegdotyczności. Całość się nie klei, nudy nie rozładuje muzyka, drony, ani siedem mandarynek w pochwie pani Jadwigi. I choć do kin pognają tłumy przekonane o dokumentalistycznym talencie reżysera, to jest to dalej kino złe.

I znowu trzeba sprawdzać, czy to ten sam facet, co kiedyś zrobił serial „Pitbull”.

Współautor

giphy

Grażyna Szapołowska jako demon mafii farmaceutycznej.

 

 

 

Jedna myśl nt. „Zły film: Botoks

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *