ZŁY, a wręcz najgorszy film tego roku: „Volta”

7791662.5.jpg

Widzieliśmy już dużo dzieł złych, słabych, źle napisanych czy po prostu nudnych. Tym razem pierwszy raz przeklinaliśmy to, że postanowiliśmy założyć tego bloga, bo musieliśmy oprzeć się kuszącym propozycjom, by w połowie seansu zrobić coś pożyteczniejszego i pójśc na piwo. Niestety — by napisać recenzję, wypadałoby wytrzymać do końca. Jest oczywiście i zaleta naszych męk: tym razem, jak nigdy, czujemy, że to co robimy ma sens. Musimy Was bowiem lojalnie ostrzec: nie marnujcie czasu ani pieniędzy.

Recenzja-filmu-Volta-2017-polska-komedia-sensacyjna-Jacek-Braciak-Recenzja-Opinie-opis-fabuły

Rozumiemy kwaśne miny.

Volta

Polska 2017

reż. i scen. Juliusz Machulski

wyk. Olga Bołądź, Aleksandra Domańska, Joanna Szczepkowska, Katarzyna Herman, Andrzej Zieliński, Jacek Braciak

Wyszliśmy z kina wyjątkowo wściekli i zażenowani. Trochę nam zajęło ogarnięcie naszych emocji, rozpracowanie złości, frustracji i rozczarowania.

[Tutaj zamieścilibyśmy ostrzeżenie o spoilerach, ale w sumie wszystko, co jest w tym filmie już widzieliście, i to w lepszym wykonaniu. Nie zdradzimy „plot twistu” na który i tak byście wpadli, ale ten film jest tak ZŁY, i to na tylu poziomach, że musimy wgłębić się w niektóre jego problemy uważniej, niż zazwyczaj.]

00000000168765001.JPG

Super, że mamy dwie przyjaźniące się bohaterki! Ale aby naprawdę można było nazwać ten film feministycznym, to trzeba dać im jakiś charakter i wyraźne motywacje, nie mówiąc o interesujących dialogach (i to nie tylko o facetach). 

Tuż przed rozpoczęciem „Volty” usłyszeliśmy podziękowania Machulskiego, że oglądamy jego dzieło z legalnego źródła. Wtedy coś się zacięło i usłyszeliśmy wiadomość po raz drugi. Chłopak Współautorki szepnął wieszczo, że to będzie najśmieszniejszy moment seansu.

Niestety — miał rację.

Po Ambassadzie nie oczekiwaliśmy drugiego Vabanku czy Vinci, ale trailer zapowiadał się przyzwoicie. Poza tym nie przypuszczaliśmy, że robiący przecież DOBRE filmy reżyser może sięgnąć takiego dna…

Niestety, „Volta” to przede wszystkim leniwy scenariusz, zbiór dłużyzn i klisz, traktowanie widzów jak ostatnich tępaków, którzy zaśmieją się z najoczywistszego i najwulgarniejszego dowcipu, przymkną oczy na rażące dziury w prawie nieistniejącej fabule; którym trzeba po tysiąckroć tłumaczyć najbardziej podstawowe rzeczy, aby upewnić się, że żart dojdzie. Przyznajemy, że zdjęcia jeszcze dają radę, choć dużo tutaj nachalnego product-placementu: od Lublina, przez znajdujący się akurat pod ręką numer znanego magazynu historycznego o skarbie ze Środy Wielkopolskiej, po bezczelne zbliżenia na plakaty sztuki reżysera. Na takie numery mogą sobie pozwolić wielcy, mający dystans do siebie, w tym wypadku jednak trąci to bardzo złymi cechami charakteru.

Czy „Volta” powstała w wyniku cynicznego zakładu: komu uda się wyciągnąć najwięcej z PISF-u  najmniejszym nakładem myślenia? Przecież już na poziomie fabuły nic się nie klei. Historia, która w komedii sensacyjno-historycznej, musi być dopracowana do najmniejszych detali, pełna jest tutaj luk, niejasności, a bohaterowie działają według zupełnie niejasnych motywacji. Jest podkładanie podsłuchów przez bohaterów, którzy jeszcze nie wiedzą, że w danym miejscu jest w ogóle coś do podsłuchania. Ludzie wtajemniczeni w „przekręt” robią w samotności czynności, które musieliby robić tylko wtedy, gdyby ktoś ich obserwował.

696302_1.1.jpg

Współautorka już miała powiedzieć, że brakuje tu Kota, ale się pojawił.

Na samym początku widzimy kobietę w więzieniu, która mówi, że zemsta to nigdy nie jest dobre wyjście. Potem mamy pościg. Potem retrospekcję, ba! serię retrospekcji do czasów Kazimierza Wielkiego. Mamy główną bohaterkę, Wiki (Olga Bołądź), która jest brunetką, konserwatorem sztuki (niestety nie jest Vinciowską Magdą) i być może uciekła z więzienia. W pierwszych dziesięciu minutach filmu znajduje pamiętnik walczącego z hiszpańskimi faszystami pradziadka, a zaraz potem koronę Kazimierza Wielkiego w suficie.

(Ma sens?)

Mamy Agę vel Kitek (Aleksandra Domańska), czyli blondynkę z wszystkimi blond-cechami, która jest kucharzem i dziewczyną/utrzymanką Bruna Volty (Andrzej Zieliński), genialnego spin-doctora, który poprawia hiszpański akcent pracownika, ale nie wie, kto rządził po Kazimierzu Wielkim. Mamy klienta Volty, czyli Kazimierza Dolnego (Jacek Braciak — który chyba jako jedyny się stara wyciągnąć coś z postaci, mimo nieprzychylnego scenariusza): nierozgarniętego polityka Polskiej Partii Socjalistyczno-Narodowej, kandydata na prezydenta o ambicjach monarchistycznych, który nie zna polskich powiedzeń, a dowodem słomy z butów ma być to, że zamiast „menu” mówi „jadłospis”. Są też liczne Erazmy, Mariole, gang karłów (śmieszne, prawda?) i tłumy bohaterów o komicznie wydumanych imionach (Współautorka już dawno zauważyła, że im słabsza książka/film, tym wymyślniejsze imiona bohaterów), ale nie poznajemy ich. Pojawiają znikąd i znikają.

0006OP9PRKJY8BWL-C322.jpg

„Zawsze sikasz przez zapięty rozporek? Zawsze!” (W ramach żałoby będziemy cytować dobre filmy Machulskiego)

 

Aktorzy przecież nie byli źli. Wydawałoby się, że wystąpili tu wszyscy, poza Szycem, Lindą i Grabowskim. Z lepszym scenariuszem Andrzej Zieliński może nadawałby się do roli erudyty-konesera, będącego jednocześnie cynicznym spin-doktorem, a Jacek Braciak idealnie sprawdza się jako głupkowaty politykier-marionetka marzący o koronie Piastów i nad zupą deliberujący o swoim królewskim imieniu. Konfrontacje Volty i Dolnego to chyba najlepsze momenty filmu. Niemniej potencjał ten został zaprzepaszczony fatalną fabułą, intrygą wartką jak lodowiec i kompletnie nieprzemyślanymi postaciami.

Już ten tytułowy Volta, którego poznajemy, jako faceta potrafiącego wyczaić szwindel telewizyjny, bo zna liczebniki w 14 językach świata. Tylko po to, by później nie znać podstawowych faktów z historii Polski i dać się nabrać na podpuchę i niesprawdzone informacje „znalezione w internecie”, a całą wiedzę historyczną bierze z jednego, niepewnego źródła. Czy tak pracuje koleś, mający wypromować polityka, mającego realne szanse na urząd prezydenta? Przecież — jak wiemy z dobrych filmów o spin-doktorach — do głównych zadań jest dobrze kłamać i nie dać się przez nikogo wrobić. Powinien być albo cynicznym, lecz inteligentnym geniuszem zła, albo zadufanym w sobie kretynem. Albo jedno, albo drugie! A tu zmienia cechy charakteru w zależności od tego, jaki tym razem „żarcik” ma paść w tej scenie.

volta-juliusz-machulski-fot-dorota-awiorko-kino-swiat-2017-06-21-003.jpg

„Rozumiem, że cię pogięło, ale żeby zaraz psem?” 

ZŁO tego filmu tym bardziej boli, mógł on być może nie wybitną, ale sympatyczną sensacyjną komedyjką. Mamy „zaginione”, wykradane starocie (w tym dziennik pradziadka z lat trzydziestych pisany ręką współczesnej gimnazjalistki oraz koronę Kazimierza Wielkiego gorszej jakości, niż z jakiejkolwiek maskarady). Mamy piękne scenerie (Lublin, Nałęczów, Kazimierz Dolny). Niestety zabrakło humoru, ciekawych bohaterów, dialogów, przyzwoitości. Wszystkiego, co czyni film oglądywalnym.

Za to mamy, jak to ujął Współautor, „doświadczenie fizjologiczne”: marne powtórzenia pomysłów z lepszych filmów, drętwe dialogi, płytkich bohaterów, których prawdziwych motywacji nie znamy i szybko przestają nas je obchodzić, dłużyzny, naciąganą pseudointrygę, żenujące żarty opierające się na „kurwach”, „dupach” i „pedalskości” oraz „satyrę polityczną” na gorszym poziomie niż pierwszy lepszy gimnazjalny kabaret i  (piętnastoletnie żarty z numerków RP itp — przecież jest tyle lepszych sposobów na wyśmianie parti rządzącej!).

Intertekstualność jest na poziomie szkoły podstawowej, jakby twórcy bali się, że jeśli wykroczą odniesieniami kulturowymi ponad podstawowe wiadomości o historii Polski to nikt niczego nie zrozumie (scenograf w jednej, hiszpańskiej retrospekcji może silił się na hasowskie porównania do Rękopisu Znalezionego w Saragossie, ale miał bardzo niski budżet).

14047174_1175584532464846_3176691028488919167_o.jpg

Poziom nudy, żenady i nieśmieszności sprawia, że zaczynają irytować też małe niedopatrzenia i detale, na które dobrze bawiący się widz pewnie nie zwróciłby uwagi, jak na przykład braki przecinków, krzyż na grobie komunisty, zmieniające się odbicia. Wnętrza, kostiumy i oderwanie od realnych warunków życia Polaków żywcem wyjęte z pierwszego lepszego serialu TVN. Prawie cała ekspozycja dokonywana jest przez powtarzane w kółko słabe, nienaturalne dialogi, a kilka „pokazujących” scen po wyjaśnieniu „intrygi” nie ma sensu.

Zastanawiające jest, dla kogo właściwie jest ten film. Z jednej strony mamy silenie się na „ryzykowny” antyklerykalizm i obrazoburstwo (nie udało się), z drugiej wtórne homofobiczne żarty, które może kogoś śmieszyły  dwadzieścia lat temu przez pięć minut. Wydawołoby się, że „widz docelowy” to przedstawiciel pseudoliberalnych jelit, który lubi śmiać się ze skrajnej prawicy, ale równocześnie bawią go żarty z pedałów, gwałtów i przemocy wobec kobiet. Film reklamuje się jako film „odważny”, „obrazoburczy” i „błyskotliwy” czy „feministyczny” (JAK? Co z tego, że mamy kilka kobiet, jeśli to są sztampowe, dwuwymiarowe bohaterki?) ale taki nie jest. Chce śmieszyć wszystkich, więc sięga po „bezpieczne” puenty ze słowem „dupa” i odniesienia, które każdy złapie, przez co nie śmieszy, lecz załamuje. Odnosi się nieodparte wrażenie, że film zrobił starszy wyborca którejś z partii niegdyś rządzących, mający prymitywną bekę z polskiej prawicy i spin-doktorów podzielających z nim zasadę „ciemny lud wszystko kupi”, a równocześnie śmiejący się z homoseksualistów, karłów, i domieszką lekkiego szowinizmu.

Oderwanie reżysera od rzeczywistości przejawia się nie tylko sztucznymi dialogami i TVNowsko wypicowaną wizją polskiego miasta, ale i tym, co śmieszy młodych ludzi oraz jak funkcjonuje… cóż, wszystko — nawet internet. Oparcie ważnej części intrygi o to, że ktoś „umieścił linka w internecie”, a research błyskotliwego spin-doctora opierał się na kliknięciu w jeden link i ślepej wierze w pierwsze lepsze informacje, jest tak oczywistym pójściem na scenariuszową łatwiznę, że nie da się odwiesić niedowierzania nawet na chwilę. Świadczy o kompletnym niezrozumieniu przez twórców realiów internetu. Jak ma się robić filmy, bez podstawowej wiadomości o tym, jak działa świat? Mocno tutaj czuć dzielącą nas przepaść pokoleniową. Naprawdę, młodzi mają kupić „znikające linki” i bekę z karłów?

Pazura-Boladz-Kot-i-Wieckiewicz-na-zdjeciach-z-nowej-komedii-Machulskiego_article.jpg

„Co ty myślisz, że po co oni tu są? Że oni bronią nas, przed tobą? Nie! Oni bronią ciebie, przede mną!”

Wyszliśmy z kina źli i smutni. I to nie tylko dlatego, że tych dwóch godzin ciągnących się jak dekada nikt nam nie zwróci. Zastanawialiśmy się, czy Twórcy naprawdę myśleli, że zrobili DOBRY film… Doszliśmy do wniosku, że „Volta” nawet nie miała zarobić, tobyć chyba tylko sposób wyciągnięcia publicznych pieniędzy przy najmniejszym wysiłku intelektualnym. „Julek, weź nakręć jakąś komedię, wiesz, szwindel, złodzieje, robiłeś to już, może trochę historii Polski, bo to teraz na topie, co? Uderz w Pisiorów i będzie heca,  od razu można powiedzieć, że odważny, starać się nie trzeba, ktoś na pewno pójdzie… Z PISF-em się dogadamy, a Lublin, ładne miasto, chce film nakręcić… A fajnie ten Krakówek w „Vinci” pokazałeś, chcesz to?”

Bolało nas też to, że ten nudny i zupełnie nieśmieszny chłam wyszedł spod pióra osoby, której inne filmy z radością cytujemy. Współautorka, której idiolekt składa się w dużej mierze z cytatów z oglądanych wielokrotnie w młodości komedii Machulskiego („Leonardo na ścianie — czad!”), w desperacji posunęła się do snucia teorii spiskowych, że reżyser został porwany przez kosmitów i zastąpiony erzacem-Juliuszem, albo że tak naprawdę scenariusze pisał jego ojciec.

Podsumowując: nie idźcie na ten film.

Ryba & Słoń

Volta.jpg

Przełożony: Masz być jak bulterier!
Komisarz Ryba: Będę.
Przełożony: Jak wściekły byk!
Komisarz Ryba: Będę!
Przełożony: Jak Tommy Lee Jones w „Ściganym”!
Komisarz Ryba: Będę!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *