Dobre Nowe Horyzonty

Przejechaliśmy ostatni zjazd na Wrocław. Potem już tylko Berlin. Ja, z tyłu, ogarniałem nawigację, a siedzący z przodu stryjeczny brat kierowcy, nie za bardzo przejmował się całym ambarasem i machając mi przed oczyma komórką, namiętnie perorował coś o jakimś legendarnym wyścigu, na który on się wybiera. Dwa piwa i pół whisky tłumaczyły jego dziwne priorytety życiowe w tym momencie. A ja chciałem po prostu zdążyć do kina, bo ten festiwal jest DOBRY, ale bezlitosny dla spóźnialskich…

Niestety, czasy, gdy brało się zapomogę wakacyjną, kupowało karnet na cały festiwal, ogarniało jakąś w miarę taną i niedaleką od kina Helios (obecnie Nowe Horyzonty) metę w Twierdzy Breslau, na razie odeszły w przeszłość. Urlop nie jest z gumy i sorry albo wakacje we Władysławowie i Sylwester w Zakopanem, albo filmowy maraton we Wrocławiu. Cel 50 filmów w 11 dni nigdy nie był osiągalny, drzemki zdarzały się już piątego dnia, a jeśli ktoś buszował po nocnym Wrocławiu, prędzej czy później trzeba było przyjąć do wiadomości, że organizm ludzki ma swoje ograniczenia. Pomimo nieuchronności zmęczenia materiału, było to jednak totalne doświadczenia filmowe, z fabułami powoli stapiającymi się w jedno, piękne wspomnienie kinowej uczty.

Da się zatem nacieszyć Nowymi Horyzontami w weekend?

Krótko, acz treściwie

Przy festiwalowym karnecie obowiązkiem było zaszycie się w lokalu z dużą ilością latte z podwójnym glutenem i ogarnięcie programu. A przynajmniej odznaczenie na czerwono wszystkich seansów opisanych w programie jako „odważny eksperyment”, „filmowa liryka”, „powrót ulubieńca festiwalowej publiczności, którego pamiętamy z 13 Jezior” (film składający się z 13 ujęć tego samego jeziora.) Przy spontanie związanym z szukaniem — jednocześnie — jakichkolwiek biletów do kina dzień przed seansami, transportu do Wrocławia oraz chaty trochę nie było czasu na wydziwianie. Cóż z tego wyszło?

Nic tak nie cieszy, jak spontan.

Na tapetę poszło kino z Bliskiego Wschodu i Iranu. Filmy z Persji mają u nas renomę, tak dokumenty, jaki i fabuły, więc postanowiliśmy zobaczyć obie formy. Towarzyską senasów była absolwentka iranistyki (ta, która pojawiła się w naszej recenzji filmu o irańskiej wampirzycy), więc łatwiej było wypłapywać błędy tłumaczki w trakcie spotkań.

 „Napisane miasto” było zlepkiem archiwalnych ujęć, stanowiących interesujący esej o historii graffiti w porewolucyjnym Iranie. Napisy na murach miasta, są nie tyle manifestem artystycznej ekspresji, ale przede wszystkim medium. Inofrmują kogo aresztowano i co tak naprawdę sie dzieje. Jest to głos ulicy, a przyglądnięcie się mu dobrze ukazuje zmiany zachodzące w tamtejszym społeczeństwie w ciągu ostatnich 40 lat.

Reżyser Keywan Karimi, obecny na spotkaniu, jest bardzo zaangażowany w sprawę. Ostatnie sceny dedykowane były artystom, których zna osobiście. Smaczku projekcji dodawał fakt, że twórca za swój film, został skazany na karę więzienia i ubiczowanie. Choć odnosiło się wrażenie, że więcej tutaj emocjonalnego stosunku niż chłodnej analizy, to szoł skradła pani ze sceny, która w trakcie sesji pytań i odpowiedzi zapytała, po co Karimi zrobił ten film po raz drugi. (Pierwsza kopia została zniszczona).

Fabularny „Kupal” — przynajmniej na pierwszy rzut oka — był wolny od polityki. Bohater, stroniący od towarzystwa samotny myśliwy, w pewnym momencie zatrzaskuje się w bunkrze swojego domu. Kontrast, miedzy wiernością jego współtowarzysza niedoli — owczarka niemieckiego — a galerią jego taksydermistycznych dzieł, buduje cudowne napięcie. Choć filmowany trochę jak telenowela, ze swoją pstrokacizną i paskudnie brzydkim domostwem, debiut Kazema Mollaie porusza wiele wątków. W świetnie zmontowanej i dramatycznej walce o wolność, dostrzegamy nie tylko wątki ochrony przyrody, religii i relacji damsko-męskich ale i metaforę ucieczki w samotność. W tym momencie dostrzegamy też polityczny wymiar „Kupala”, ukazany przez pryzmat osobistej tragedii.

Na deser pozostał izraelski „Żal” Savi Gabizon. Reklamowany jako „wyjątkowo smutna komedia”, faktycznie urzekał dużymi dawkami melancholii oraz komedii. Sama historia, choć dosyć tragiczna, w swojej plątaninie zawiera taki ładunek komediowy, że sala nieraz parskała śmiechem. Świetny był główny bohater, Ariel, który musiał uprać się z faktem śmierci swojego sytna, o którego istnieniu dowiedział… już po jego śmierci. To niezwykłe uczucie żalu po stracie kogoś bliskiego, kogo się w ogóle nie znało, przybiera postać intrygi, mającej na celu poznanie, kim tak naprawdę był jego potomek. Ślady wiodą do uroczej nauczycieli francuskiego, byłej dziewczyny i kolegów mających to i owo za uszami. Życie syna okazuje się jednak być nie mniej skomplikowane, niż to, co się dzieje w głowie coraz bardziej zdezorientowanego Ariela.

I bez karnetu na całość, warto znaleźć weekend by skoczyć na festiwal.

Pamiętajcie jednak — czytajcie zawczasu opisy! Nawet wypad na dwa dni był DOBRY, choć trzeba było odrobić zadanie domowe i wytrzeźwieć po koncercie Iron Maiden.

Współautor

2 myśli nt. „Dobre Nowe Horyzonty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *