„Tully” vs. Polański: Dobry i Zły

Choć „Tully” i „Prawdziwa Historia” to dwie różne konwencje, filmy proszą się o wspólną reckę. Motorem historii obu jest frapująca relacja między dwoma kobietami. Starsza jest na życiowym zakręcie, po czym zjawia się ta druga i nadaje wszystkiemu młodzieńczej energii i entuzjazmu. Rodzinna codzienność ciekawsza niż psychodrama z Evą Green?

W „Tully” Charlize Theron (m. in. „Szybcy i Wściekli 8”) bliżej do Aileen Wuornos z „Monster” niż uber-agentki z „Atomic Blonde”. Uroczo jest znowu widzieć gwiazdę odartą z celebryckiej dokonałości, tym razem oczywiście nie jako seryjna zabójczyni, ale w dezabilu rodzinnego chaosu i codziennej gonitwy. Delphine (Emmanuelle Seigner, prywatnie żona Polańskiego) w „Prawdziwej Historii” też nie ma łatwo, ale jej problemy mają bardziej wymiar bardziej twórczy, niż rodzinny. Będąc uznaną pisarką, łapie się na odcinaniu kuponów od sławy i boryka się z brakiem weny. Dla niej pojawienie się tajemniczej, młodej pisarki (Eva Green) będzie okazją do ogarnięcia swojego kryzysu twórczego. Marlo (Charlize Theron) po spotkaniu z Tully (Mackenzie Davis) postara się zaś przezwyciężyć przytłaczający ogrom domowych obowiązków i poczucie braku sensu.

Z obu filmów zdecydowanie ciekawsza jest „Tully”. W dramacie rodzinnym nie ma fajerwerków, ale dylematy życia codziennego: delegacja męża, bogaty acz buckowaty brat (Mark Duplass!) czy nieposkromiony syn. Mimo to wszystko jest ciekawsze, bardziej intrygujące. „Prawdziwa historia” jest gęstniejącą intrygą psychologiczną, gdzie bohaterki zastawiają na siebie nawzajem pułapkę, ale już w trakcie domyślamy się, dokąd to wszystko zmierza.

Sztampowy mistrz

Przykro to pisać, ale Polański zrobił thriller, jakich miliony. Ot tak do zobaczenia na jakiejś tv-on-demand w leniwą sobotę listopadową. Daleko tym od „Rzezi” czy „Ghost-writera”. Sprawnie zrobiony, z pięknymi strojami i wystrojami, zawsze rewelacyjną Evą Green, ale jednak wykorzystujący zgrany chwyt. Finałowa bomba staje się zawilgłym kapiszonem z odpustu. W „Tully” dostajemy świetną opowieść o tym, że pomimo XXI w. życie kobiety z klasy średniej, z trójką dzieci jest jednak wyzwaniem ponad ludzkie siły. Dodatkowo pojawia się interesująca różnica perspektyw i przełamanie stereotypów. Sterana życiem matka trójki dzieci potrafi rzucić mocnym żartem i zdać sięn a odrobinę szaleństwa. Dwudziestolatka zaś, wcale nie musi być nierozganiętym lekkoduchem, gardzącym statecznym życiem rodzinnym.

„Tully” dotyka istotnego i ignorowanego tematu, ale dzięki widocznej chemii między bohaterkami, które stopniowo się poznają, nie ma miejsca na zamułę. Paradoksalnie, nie unika jej Polański, który wybrał — jak by się wydawało — bardziej intrygującą formę.

Cóż — nie przestańmy się dziwić. „Tully” dobra i na pewno lepsza od „Prawdziwej historii”. Choć warto zobaczyć dla porównania oba obrazy, w razie nawału obowiązków polecamy raczej Charlize Theron niż Evę Green.

Sorry, Eva!

Współautor

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *